← Wróć do Popiołu Ery
Dług Matki

Dług Matki

Opowiadanie z Popiołu Ery · 2149

Sektor D żyje na obniżonych racjach, odkąd szkliste mrówki przedostały się do dolnych kanałów serwisowych i uszkodziły pompę dozującą. Sara „Waga” Kres wierzy, że rejestr oddziela racjonowanie od grabieży. Potem audyt znajduje brak siedemdziesięciu dwóch porcji, a ślad dostępu prowadzi do jej własnego dziecka.

Światło awaryjne nad magazynem mrugało na czerwono, równo i bez pośpiechu.

Sara „Waga” Kres zauważyła to, zanim jeszcze otworzyła rejestr. Zauważała takie rzeczy automatycznie: zmianę rytmu pompy, drżenie grodzi, wilgotną smugę pod zaworem, zbyt długą pauzę między sygnałem skanera a potwierdzeniem w terminalu. Po dwunastu latach pracy w Kwaterze Żniwnej Krypty Delta-7 nie była dla niej miejscem. Była układem objawów.

Dzisiaj objawy były spokojne.

To było niepokojące.

Usiadła za stalową ladą, podciągnęła mankiety szarego uniformu i rozłożyła przed sobą listę dziennej dystrybucji. Papier był gruby, żółtawy i szorstki od pyłu, który wciskał się wszędzie mimo filtrów. Każdy wiersz zawierał nazwisko, liczbę osób, przydział, korekty medyczne i podpis odbiorcy. Nad arkuszem wisiała tablica z trzema liczbami:

312 mieszkańców.

6 tygodni zapasu.

0 tolerancji dla rozbieżności.

Sara lubiła tę tablicę. Liczby były uczciwsze od ludzi. Nie obiecywały więcej, niż mogły dać.

Pierwszy mieszkaniec podszedł o szóstej zero pięć. Mężczyzna z sektora C, pracownik pomp, z żółtawymi plamami na skórze dłoni. Jego karta wskazywała czteroosobową rodzinę, ale przydział był obniżony o dziesięć procent z powodu „czasowej niedostępności infrastruktury wodnej”.

Sara zeskanowała kartę.

Pik.

Pobrała z półki trzy większe paczki i jedną mniejszą. Waga pod ladą drgnęła, po czym zatrzymała się na właściwej wartości. Mężczyzna spojrzał na paczki, potem na Sarę, jakby chciał coś powiedzieć. Nie powiedział. Wziął przydział i odszedł.

— Następny.

Kolejka przesuwała się powoli. Ludzie stali pod ścianami, z rękami splecionymi na brzuchach albo przyciśniętymi do kieszeni. Niektórzy siedzieli na posadzce, bo nie mieli siły czekać na stojąco. Powietrze pachniało ozonem, metalem i starym smarem. Gdzieś za ścianą pracowała pompa główna, ciężko i nierówno, jakby co kilka obrotów przypominała sobie, że może się zatrzymać.

Sara wydawała racje, sprawdzała kody, odhaczała nazwiska.

Każdy gram miał swoje miejsce.

Około dziesiątej w kolejce stanęła Marta.

Sara rozpoznała ją po sposobie chodzenia. Córka poruszała się ostrożnie, lekko pochylona, jakby podłoga mogła nagle ustąpić pod jej stopami. Miała szesnaście lat i była zbyt wysoka jak na swoją wagę. Kości obojczyków rysowały się pod cienką warstwą materiału.

Po chorobie oddechowej z wiosny nie wróciła do dawnej formy. Lekarz powiedział wtedy, że płuca potrzebują czasu, a organizm potrzebuje regularnego jedzenia. Sara zapamiętała oba zalecenia. Drugie było trudniejsze do wykonania.

Marta stanęła przed ladą.

— Hej, mamo.

Sara nie podniosła wzroku od rejestru.

— Karta.

Marta podała ją bez słowa.

Sara przesunęła identyfikator przez czytnik. Terminal zaśpiewał cichym, zielonym sygnałem. Rodzina Kres: dwie osoby. Przydział podstawowy, korekta młodej osoby o niepełnej zdolności pracowniczej. Wszystko się zgadzało.

— Trzy paczki — powiedziała Sara.

— Wiem.

Sara odliczyła dwie większe i jedną mniejszą. Waga pod ladą wskazała właściwy ciężar. Papier zaszeleścił, gdy złożyła pakunki i związała je cienkim drutem.

— Jak się czujesz? — spytała.

Marta spojrzała na nią z ukosa.

— Dobrze.

To słowo niczego nie znaczyło. „Dobrze” mogło oznaczać zwykłe zmęczenie, duszność albo to, że człowiek nie chciał mówić przy kolejce. Sara znała wszystkie te znaczenia.

— Jeśli kaszel wróci, zgłoś się do punktu medycznego.

— Wiem.

— Nie czekaj do wieczora.

— Wiem, mamo.

Sara podała jej paczki. Ich palce zetknęły się na sekundę. Dłoń Marty była zimna.

— Następny — powiedziała Sara.

Marta odeszła. Nie obejrzała się.

Sara wpisała odbiór do rejestru i przesunęła wzrok na kolejne nazwisko.

Za szybą magazynu kolejka trwała jak nieruchoma rzeka. Zielone opaski nadzorców przesuwały się wzdłuż ścian. Co jakiś czas któryś zatrzymywał kogoś, mierzył temperaturę albo sprawdzał oddech. Nikt nie podnosił głosu. Wszyscy wiedzieli, że kolejka była przydziałem, a przydział był przetrwaniem.

Na końcu sali wisiała laminowana tablica serwisowa:

SEKTOR D — 60% RACJI

PRZYCZYNA: AWARIA POMPY DOZUJĄCEJ

KANAŁY PONIŻEJ POZIOMU 4 — ZAGROŻENIE SZKLISTYMI MRÓWKAMI

Pod ostatnią linijką ktoś dopisał markerem: *„I DLA GŁUPICH”*.

Sara nie kazała tego zetrzeć. Ostrzeżenie i tak nie działało.

Szkliste mrówki przedostały się do kanałów trzy tygodnie wcześniej przez uszkodzony filtr serwisowy. Były małe, półprzezroczyste i niemal niewidoczne na mokrym metalu. Zostawiały po sobie lepki osad, który zatykał zawory i chemicznie nadżerał uszczelki. Ich ugryzienia nie zabijały, ale powodowały piekące oparzenia i obrzęki. Serwis utrzymywał, że problem jest lokalny i pod kontrolą.

Komisja użyła słowa „drugorzędny”.

Sara nie lubiła tego słowa. W Krypcie wszystko, co było drugorzędne, prędzej czy później trafiało do głównego bilansu.

Po zamknięciu porannej dystrybucji przeszła między półkami. Sprawdziła plomby, oznaczenia i temperaturę w chłodniejszej części magazynu. Przy sektorze D zatrzymała się na chwilę.

Półka była wyraźnie mniej pełna niż trzy tygodnie wcześniej.

Nie dlatego, że wydano za dużo. Przydziały były niższe. To właśnie miało wystarczyć.

Tymczasowo.

Sara dotknęła etykiety.

SEKTOR D — 60% — DO CZASU NAPRAWY

Papier odstawał przy jednym rogu. Przycisnęła go paznokciem i wróciła do biura.

Wieczorem, kiedy kolejka zniknęła, a Kwatera przycichła, otworzyła audyt.

To była najbardziej uporządkowana część dnia. Żadnych rozmów, żadnych próśb, żadnych oczu obserwujących jej ręce. Tylko liczby, które miały potwierdzić, że świat jeszcze trzyma się razem.

Sara porównała wydania z rejestrem magazynowym.

Pierwszy raz wynik się nie zgadzał.

Zmrużyła oczy i zaczęła od początku.

Drugi raz również nie.

Brak wynosił równowartość siedemdziesięciu dwóch porcji z ostatnich czterech tygodni.

Sara przejechała palcem po kolumnie. Siedemdziesiąt dwa. Nie trzy, nie cztery, nie przypadkowy ubytek po uszkodzeniu opakowania. Siedemdziesiąt dwa to był wzór. Osiemnaście porcji tygodniowo. Dwie, czasem trzy paczki dziennie.

Ktoś regularnie pobierał racje poza przydziałem.

Otworzyła logi dostępu.

Każde użycie magazynu miało swój zapis: identyfikator, godzinę, sekcję i liczbę pobranych pakietów. Sara przeszła przez ostatnie cztery tygodnie. Początkowo szukała błędu systemu. Potem zaczęła szukać człowieka.

Ślad pojawił się przy porannych wydaniach.

Kod 7734-S.

Jej kod.

Godziny, w których Marta pomagała jej przy przenoszeniu paczek. Godziny, gdy Sara wychodziła zza lady, żeby sprawdzić stan półek albo uspokoić kolejkę. Godziny, w których ufała, że córka wykonuje dokładnie to, co jej polecono.

Sara cofnęła ekran i sprawdziła log jeszcze raz.

Potem jeszcze raz.

Liczby nie zmieniły się.

W magazynie coś stuknęło. Sara podniosła głowę. Za szybą półki stały w równych rzędach. Czerwone światło awaryjne przesuwało się po foliach i stalowych krawędziach. Z dolnej kratki wentylacyjnej dobiegło suche skrobanie.

Szkliste mrówki.

Sara czekała, aż dźwięk ucichnie.

Nie ucichł od razu.

Wstała i zamknęła drzwi magazynu na wewnętrzny rygiel. Potem wróciła do terminala i sięgnęła po telefon na ścianie. Aparat był stary, ciężki, połączony z centralą grubym przewodem owiniętym taśmą.

Wybrała numer Koordynatora Zasobów.

— Koordynator — odezwał się głos po trzecim sygnale.

— Tu Waga z Kwatery Żniwnej. Mam rozbieżność w audycie.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Jaką?

— Siedemdziesiąt dwie porcje. Cztery tygodnie. Logi nie wskazują awarii systemu.

— Czyli kradzież?

Sara spojrzała na kod na ekranie.

— Prawdopodobnie.

— Zabezpiecz magazyn. Nikt nie wychodzi i nikt nie wchodzi bez mojego potwierdzenia.

— Zrozumiałam.

— Będę za kilka minut.

Koordynator przybył po dwudziestu. Był starszy od Sary o mniej więcej dziesięć lat, miał siwe włosy i twarz pooraną drobnymi bliznami po dawnej ekspozycji na pył. Nie nosił broni. Nie musiał. Jego podpis wystarczał, żeby zamknąć magazyn, zmienić przydziały i pozbawić człowieka dostępu do własnej sekcji.

Za nim weszło dwoje pracowników administracyjnych z notesami.

Sara odsunęła im miejsce przy biurku.

Koordynator przeglądał wydruk bez pośpiechu. Nie wyglądał na zaskoczonego. Wyglądał na zmęczonego.

— Twój identyfikator — powiedział.

— Tak.

— Ty pobierałaś te racje?

— Nie.

— Kto miał dostęp?

Sara poczuła, że gardło zaciska jej się od pyłu, choć w pomieszczeniu nie było go więcej niż zwykle.

— Moja córka — powiedziała. — Pomagała przy wydawaniu.

Koordynator podniósł wzrok.

— Marta Kres?

Sara skinęła głową.

Przez chwilę nikt się nie odzywał. Z wentylacji dobiegło kolejne skrobanie, tym razem słabsze, jakby coś przesuwało się wewnątrz kanału.

— Masz czas do rana — powiedział Koordynator. — Znajdź źródło rozbieżności i przygotuj wyjaśnienie.

— Znalazłam źródło.

— Wiesz, co mam na myśli.

Sara wiedziała.

— Jeśli potwierdzi się kradzież, sprawa trafi do komisji racji — ciągnął. — Przesłuchanie, weryfikacja logów, zastosowanie lokalnego protokołu. Dziewięćdziesiąt dni na siedemdziesięciu procentach dla całej rodziny.

Sara spojrzała na czerwone światło nad drzwiami.

— Rozumiem.

Koordynator oparł dłonie na jej biurku.

— To nie jest kara za karę, Wago. Jeśli pozwolimy, żeby każdy pobierał tyle, ile uważa za potrzebne, za dwa tygodnie nie będzie rejestru. Będą tylko ręce przy półkach. A kiedy zabraknie, ludzie zaczną wybierać, komu wolno jeść.

Sara nic nie powiedziała.

— O szóstej rano wracam po raport — dodał. — Jeśli nie będziesz miała wyjaśnienia, przejmujemy magazyn.

Koordynator zabrał wydruk. Administracja wyszła za nim.

Sara została sama.

Przez kilka minut siedziała bez ruchu, z dłońmi płasko położonymi na blacie. Potem wyłączyła terminal, zamknęła rejestr i sprawdziła zamek magazynu.

W drodze do kwater mieszkalnych mijała ludzi czekających przy automacie z wodą. Nikt na nią nie patrzył. Albo wszyscy patrzyli i udawali, że nie.

Na trzecim poziomie zatrzymała się przed drzwiami swojej kwatery.

Za nimi Marta kaszlała.

Sara położyła dłoń na klamce.

Wiedziała już, że rano będzie musiała wskazać winnego.

Nie wiedziała jeszcze, czy potrafi wskazać własne dziecko.

Sara otworzyła drzwi.

Marta siedziała na krawędzi łóżka, pochylona nad starą kartką papieru. Udawała, że czyta, ale wzrok miała wbity w jedno miejsce. Kiedy podniosła głowę, znad jej obojczyka wydostał się suchy kaszel. Krótki, tłumiony w rękaw.

Sara zamknęła drzwi. Zasuwka zazgrzytała w prowadnicy.

— Gdzie są racje, które wynosiłaś?

Marta nie odpowiedziała od razu. Papier zadrżał w jej dłoniach.

— Mamo…

— Gdzie?

Dziewczyna odłożyła kartkę na łóżko. Była wyższa od Sary, ale w ciasnej kwaterze wyglądała na mniejszą niż zwykle. Za duży kombinezon wisiał na niej luźno. Twarz miała bladą, policzki zapadnięte.

— Dałam je dzieciom — powiedziała.

Sara nie zdjęła płaszcza.

— Jakim dzieciom?

— Z sektora D.

Oczywiście.

Sara wiedziała to już od chwili, gdy zobaczyła kod w logach. Wiedza nie stała się przez to lżejsza. Przeciwnie. Teraz miała głos córki i chudy kształt jej ramion.

— Ile?

— Nie liczyłam.

— Ja policzyłam.

Marta spuściła wzrok.

— Siedemdziesiąt dwie.

Sara podeszła do stołu i usiadła. Krzesło było plastikowe, pęknięte przy oparciu. Przez chwilę patrzyła na dłonie Marty, na drobne nacięcia przy paznokciach, na skórę zaczerwienioną od detergentów i zimna.

— Cztery tygodnie — powiedziała. — Trzy albo cztery porcje dziennie.

— Czasem dwie.

— Czasem cztery.

Marta milczała.

— Pięcioro dzieci?

— Tak.

— Ich rodziny wypadły z systemu?

— Nie całkiem. — Marta potarła kciukiem brzeg rękawa. — Po awarii pompy część rodzin przeniesiono do korekt tymczasowych. Potem zabrakło miejsc w medycznych kartach, potem zabrakło ludzi do sprawdzania kart. Dzieci dostawały sześćdziesiąt procent, a czasem nic, jeśli ich opiekun nie mógł zejść po racje.

— To nie znaczyło, że mogłaś brać je z magazynu.

— Wiem.

Odpowiedź była zbyt szybka. Sara poczuła, jak gniew podnosi się w niej ciepłą falą.

— Wiesz?

— Wiem.

— Używałaś mojego kodu.

— Twój kod otwierał półkę.

— Mój kod otwierał magazyn.

— I dlatego mogłam wejść.

Sara wstała. Wąska kuchnia, łóżko, stół, przewód wentylacyjny pod sufitem. Wszystko było na swoim miejscu, a jednak kwatera wydawała się przekrzywiona, jakby jedna ze ścian osiadła o kilka centymetrów.

— Wiesz, co mówi protokół? — zapytała.

— Dziewięćdziesiąt dni.

— Powiedz.

Marta zacisnęła usta.

— Dziewięćdziesiąt dni na siedemdziesięciu procentach przydziału dla całej rodziny.

— Dla ciebie i dla mnie. Nie dla dzieci z sektora D. Dla nas.

— Wiem.

— Nie, nie wiesz. — Sara poczuła, że głos zaczyna jej się łamać, więc ściszyła go jeszcze bardziej. — Siedemdziesiąt procent to nie jest liczba na papierze. To mniej białka, kiedy wróci kaszel. To brak dodatkowej tabletki, kiedy spadnie ci temperatura. To trzy dni czekania na badanie, bo punkt medyczny będzie pełny. Pamiętasz komorę oddechową?

Marta skinęła głową.

— Pamiętasz, jak nie mogłaś nabrać powietrza?

— Pamiętam.

— Lekarz powiedział, że miałaś szczęście. Szczęście nie jest przydziałem. Nie można go odłożyć na półkę i wydać w razie potrzeby.

Marta odwróciła twarz.

— A te dzieci? — spytała. — One miały przydział?

Sara nie odpowiedziała.

— Miały? — powtórzyła Marta.

— Miały zredukowany.

— Niektóre nie dostawały nawet tego.

— To sprawa komisji.

— Komisja wie.

— Komisja ma procedurę.

— Procedura trwa już trzeci cykl.

Sara chciała powiedzieć, że trzy cykle to nie wieczność. Że pompa wymaga filtra, a filtr wymaga odkażenia kanałów. Że części nie pojawią się od samego patrzenia na dzieci. Że każda dodatkowa porcja zabrana z magazynu zmniejszała szansę na naprawę.

Wszystko to było prawdą.

Marta patrzyła na nią, jakby prawda nie wystarczała.

— Najmłodszy ma siedem lat — powiedziała. — Nazywa się Iwo. Jego matka pracuje przy sortowaniu popiołu. Od dwóch tygodni kaszle krwią, ale nie może zejść z dyżuru, bo wtedy traci korektę opiekuna. Jest jeszcze Nera, bliźnięta Olek i Osa, i chłopak bez nazwiska w karcie. Wszyscy siedzą przy kratce, kiedy wydajemy racje. Wiesz, co robią? Liczą paczki. Tak jak ty.

Sara poczuła ukłucie pod mostkiem.

— Nie kradłaś dla siebie — powiedziała.

— Nie.

To było najgorsze. Gdyby Marta wyjadała porcje sama, można by ją było nazwać głupią, samolubną, przerażoną. Można by ją było oddać procedurze i zachować dla siebie prostą wersję zdarzeń.

— Myślałam, że jeśli dam im choć trochę, dotrwają do naprawy — powiedziała Marta. — Ale naprawa się przesuwała. Zawsze o następny cykl.

Sara oparła dłonie na stole.

— A teraz Koordynator ma logi.

— Wiem.

— Jeśli zgłoszę cię, będziesz ukarana.

— Wiem.

— Jeśli nie zgłoszę, przejmą magazyn. Potem będą szukać, kto fałszował wpisy. Znajdą mój kod. Znajdą ciebie. I może zamkną cały system dystrybucji.

Marta zacisnęła palce.

— Ale te dzieci będą żyć?

Pytanie zostało między nimi. Nie miało w sobie oskarżenia. Było gorsze — było prośbą o odpowiedź, której Sara nie mogła uczciwie udzielić.

— Nie wiem — powiedziała.

Po raz pierwszy tego wieczoru Marta odwróciła wzrok ze wstydem.

Sara wyszła do kuchni. Nie zapaliła światła. Przez szczelinę pod drzwiami wpadała czerwona poświata korytarza. Usiadła przy stole i otworzyła swój prywatny notes, ten bez kodu i bez numeru inwentarzowego.

Napisała:

72 — źródło potwierdzone.

Potem pod spodem:

Marta.

Długo patrzyła na te dwa słowa.

Mogła powiedzieć, że nie wiedziała. Mogła złożyć wyjaśnienie, w którym córka była tylko nieuprawnionym użytkownikiem kodu. Mogła opisać wszystkie uchybienia proceduralne magazynu, opóźnienia komisji, niesprawny filtr, błędy w ewidencji sektora D. Mogła rozłożyć winę tak szeroko, żeby przestała należeć do kogokolwiek.

Mogła też przyznać się do zaniedbania. Powiedzieć, że pozwoliła Marcie pomagać bez osobnego identyfikatora. Że przez cztery tygodnie nie porównała logów dostępu z fizycznym stanem półek. Że jako Waga nie dopilnowała własnego magazynu.

Każde rozwiązanie prowadziło do innych braków. W racjach, w ludziach, w odpowiedzialności.

O piątej rano Krypta zatrzęsła się od dołu.

Najpierw rozległ się długi metaliczny jęk. Potem coś uderzyło w przewody pod podłogą. Kubek stojący na stole przesunął się o szerokość palca, a ze ściany posypał się szary pył.

Marta poderwała się z łóżka.

— Pompa.

Sara już była przy drzwiach.

Drugi dźwięk był krótszy i ostrzejszy. Po nim nastąpiła cisza, w której powietrze nagle zgęstniało. Wentylator w kwaterze zwolnił. Czerwone światło za drzwiami zmieniło się na pomarańczowe.

Awaryjne zawory zaczęły się zamykać.

Jeden po drugim.

— Załóż maskę — powiedziała Sara.

— Nie mam.

Sara sięgnęła po swoją z haczyka i podała ją córce. Marta chciała zaprotestować, ale Sara już otwierała drzwi.

Na korytarzu ludzie wychodzili z kwater. Niektórzy byli boso, inni mieli na sobie tylko cienkie warstwy nocne. Wszyscy słuchali tego samego: głuchego uderzania grodzi i syczenia zaworów.

Z kratki przy podłodze wypadł jasny kształt.

Potem drugi.

Szklista mrówka przesunęła się po metalu, prawie niewidoczna poza cieniem pod odwłokiem. Ktoś nadepnął na nią. Pękła z cichym trzaskiem. Z posadzki podniósł się ostry, kwaśny zapach.

— Mrówki wyszły z kanałów! — krzyknął ktoś dalej.

Inny głos odpowiedział:

— Dzieci z D zeszły na dół!

Sara odwróciła się do Marty.

Córka już zdejmowała maskę z twarzy.

— Nie.

— Muszę tam iść.

— Nie masz dostępu do kanałów.

— One są tam przeze mnie.

— Są tam przez awarię pompy.

— Przeze mnie wiedzą, gdzie jest nisza.

Sara chwyciła ją za nadgarstek. Pod palcami poczuła kość.

— Co zrobiłaś?

— Zostawiłam im paczki za trzecim zaworem. W kanale serwisowym. Mieli zejść, wziąć jedzenie i wrócić, zanim zawory się zamkną.

— A ty?

Marta nie odpowiedziała.

Wystarczyło.

Pobiegły korytarzem w stronę magazynu. Alarm nie wył już ciągle, tylko pulsował krótkimi seriami. Ludzie gromadzili się przy głównej grodzi sektora D. Ktoś walił pięścią w panel. Ktoś inny próbował odciągnąć go od sterownika.

Grodź zatrzymała się w połowie zamknięcia. W szczelinie migotało ciemne wnętrze kanału.

— Otwórzcie! — krzyczała kobieta z tłumu. — Tam są dzieci!

— Jeśli otworzymy, skażenie pójdzie na poziom drugi! — odpowiadał nadzorca.

Koordynator Zasobów stał przy panelu sterowania. Obok niego znajdowało się troje członków komisji, w tym Komisarz Racji. Sara widziała go wcześniej tylko na zebraniach. Miał szeroką twarz, siwe brwi i bliznę biegnącą od ucha do szczęki. Nie wyglądał na człowieka, który lubił wydawać rozkazy. Wyglądał na człowieka, który zbyt często musiał je wydawać.

Koordynator zobaczył Sarę.

— Gdzie Marta?

Sara nie odpowiedziała.

Zza grodzi dobiegł głos dziecka.

— Pomocy!

Marta wyrwała się z jej ręki i dopadła do szczeliny.

— Iwo!

Z ciemności odpowiedział płacz. Potem kaszel. Potem szybkie, suche skrobanie wielu drobnych odnóży o stal.

Tłum cofnął się, gdy z kratki wentylacyjnej wysypało się kilka szklistych mrówek. Ich półprzezroczyste ciała odbiły pomarańczowe światło alarmu. Jedna wspięła się na but mężczyzny. Mężczyzna kopnął ją, a na posadzce została cienka, żrąca smuga. Materiał buta zaczął dymić.

— Wszyscy odsunąć się od kratki! — rozkazał Komisarz.

Ludzie posłuchali, ale nikt nie odszedł. Po drugiej stronie grodzi były dzieci.

Koordynator próbował zresetować panel.

— Sterowanie jest zablokowane przez spadek ciśnienia — powiedział. — Nie otworzymy kanału z tej strony bez ręcznego obejścia.

— Jest obejście w magazynie — powiedziała Sara.

Komisarz spojrzał na nią.

— Jakie?

— Grodź awaryjna od strony zapasu serwisowego. Otwiera przejście techniczne, ale wymaga mojego kodu i pobrania filtra oraz płynu odkażającego.

Koordynator zacisnął szczękę.

— Zapas jest przeznaczony na naprawę pompy.

— Wiem.

— Jeśli go zużyjemy, sektor D zostanie na sześćdziesięciu procentach przez następny cykl.

— Wiem.

— Nie tylko sektor D. Filtr i płyn są częścią całego zestawu naprawczego. Bez nich nie odkażymy kanałów. Pompa będzie dalej zaciągać osad.

— Wiem.

Komisarz patrzył na Sarę przez chwilę.

— A jeśli nie otworzymy?

Z kanału dobiegł krzyk Marty:

— Mamo!

Sara drgnęła. Marta była po drugiej stronie grodzi, w ciemności, z pięciorgiem dzieci. Głos dochodził przez metal zniekształcony, cienki i bliski zarazem.

— Mrówki są przy nich! — krzyczała. — Nie widzę Iwa!

Koordynator odwrócił się do komisji.

— Musimy odciąć kanał — powiedział jeden z członków. — Jeśli rój przejdzie wyżej, stracimy poziom drugi.

— Tam jest pięcioro dzieci — odpowiedział Koordynator.

— A za nimi trzysta siedem osób.

Nikt nie powiedział, że to prosty wybór. Nie był.

Sara znała ten rodzaj ciszy. Ciszę ludzi, którzy liczą w głowie cudze życie i własne zapasy, a potem próbują nie pokazać, że któraś liczba waży więcej.

Komisarz podszedł do niej.

— Wago — powiedział. — Jeśli użyjesz kodu bez autoryzacji, system zapisze naruszenie. Jeśli pobierzesz zapas, zostanie to przypisane do twojego identyfikatora. Jeśli potem zataisz brak siedemdziesięciu dwóch porcji, audyt obejmie wszystko.

— Wiem.

— Nie mówię tego, żeby cię powstrzymać.

— Wiem.

— Mówię, żebyś nie udawała później, że nie wiedziałaś, ile kosztuje ta decyzja.

Sara spojrzała na panel w magazynie. Za drzwiami czekały półki, filtry, płyn odkażający i awaryjne racje. Wszystko miało numer, właściciela i przeznaczenie. Każdy element był już komuś obiecany, choć nikt nie trzymał go jeszcze w rękach.

Z kanału znów dobiegło skrobanie.

Tym razem bliżej.

Marta krzyknęła. Jeden z dzieci zaczął kaszleć tak gwałtownie, że dźwięk urwał się w połowie.

Sara ruszyła do magazynu.

Koordynator zrobił krok za nią.

— Sara.

Odwróciła się.

— Jeszcze możesz pozwolić komisji przejąć decyzję — powiedział. — Zamkniemy grodź, odetniemy kanał i spróbujemy ewakuacji, kiedy ciśnienie wróci. To może potrwać godzinę. Może dwie.

— A dzieci?

Koordynator nie odpowiedział.

Sara położyła dłoń na czytniku.

Metal pod jej palcami był zimny i lekko wilgotny. Przez dwanaście lat ten kod otwierał wyłącznie to, co wolno było otworzyć. Wydawał racje, potwierdzał korekty, zamykał bilanse. Teraz miał otworzyć drogę do zapasu przeznaczonego dla przyszłości.

Za jej plecami Komisarz powiedział:

— Wiesz, co się stanie, jeśli to zrobisz?

Sara wprowadziła pierwsze cyfry.

— Wiem.

Wprowadziła następne.

— Wiesz, że sektor D zostanie bez naprawy?

— Wiem.

— Wiesz, że audyt może zabrać ci wszystko?

Sara spojrzała przez ramię na Martę. Szczelina w grodzi była czarna. Z wnętrza dobiegały oddechy dzieci i chrzęst owadów przesuwających się po metalu.

— Wiem, co kosztuje czekanie — powiedziała.

Wprowadziła ostatnią cyfrę.

Zamek odpowiedział głuchym kliknięciem.

Drzwi magazynu puściły. Sara weszła do środka i zdjęła z półki kanister z płynem odkażającym oraz ciężki filtr awaryjny. Metal był zimny i śliski w dłoniach.

Koordynator stał w progu razem z Komisarzem Racji.

— Jeśli to zużyjesz — powiedział Komisarz — sektor D zostanie na sześćdziesięciu procentach racji przez cały następny cykl. Naprawa pompy zostanie odsunięta.

— Wiem — odparła Sara.

Wyszła na korytarz. Tłum rozstąpił się przed nią. Zza grodzi dochodziło suche, natarczywe skrobanie setek odnóży.

Sara podeszła do panelu awaryjnego i wpisała swój kod. Grodź zaczęła się podnosić z hydraulicznym jękiem. Gorące, gęste powietrze kanału uderzyło ją w twarz.

Rozpyliła płyn odkażający szerokim łukiem. Chemia zasyczała na metalu i osadzie. Szkliste mrówki cofnęły się w panice. Ich skrobanie zmieniło się w chaotyczny chrzęst, ale nie ucichło.

Serwis wbiegł do kanału. Dwaj pracownicy w maskach wynieśli Martę i pięcioro dzieci. Wszystkie były poparzone i osłabione. Marta kaszlała, a jej przedramię było czerwone od oparzeń.

Kiedy ostatnia osoba znalazła się za grodzią, Sara zamknęła stalową płytę. Mechanizm zazgrzytał i zablokował się. Skrobanie za stalą nie ustało. Szkliste mrówki wycofały się głębiej, ale nie zostały pokonane.

Sara wróciła do magazynu. Usiadła przy terminalu. Czerwona lampka audytu mrugała nad biurkiem.

Otworzyła rejestr i wpisała:

„Straty techniczne — skażenie kanału serwisowego.”

Zatwierdziła wpis swoim kodem.

Lampka pozostała czerwona.

Na ekranie terminala widniał bilans:

312 / MINUS 72

Sara nie zmieniła liczby.

Wstała i wróciła za ladę. Ustawiła pierwsze paczki racji na blacie. Kolejka już się formowała. Ludzie stali w milczeniu, spoglądając na pustą półkę po zapasie awaryjnym.

Marta stanęła w drzwiach magazynu. Oparła się o framugę, blada, z zabandażowanym ramieniem. Kaszel wrócił — suchy, głęboki i uporczywy.

Z dolnego korytarza dochodziło uporczywe skrobanie szklistych mrówek.

Czerwone światło audytu mrugało nad głową Sary.

Kolejka ruszyła naprzód.

Ciąg dalszy

▶ Zagraj w tym świecie🎧 Audiobook wkrótce
Oceń to opowiadanie
Udostępnij

Masz własną historię?

Napisz oryginalne opowiadanie osadzone w świecie AnyVerse. Najlepsze zgłoszenia publikujemy na stronie — a te najwyżej oceniane mogą stać się grywalnymi scenariuszami.