I
Idris zawsze twierdził, że bogatego domu nie poznaje się po srebrze.
Srebro można pożyczyć.
Pozłacany świecznik wypożyczyć na wesele, dywan odziedziczyć po ciotce, a trzy konie przed wejściem mogą równie dobrze należeć do gości.
Prawdziwe bogactwo poznawało się po talerzach.
W domu Dhorrena Vaela było ich czterdzieści siedem.
Idris policzył.
Dwanaście na głównym stole.
Osiemnaście na bocznych.
Siedem wynoszonych do kuchni.
Dziesięć już pustych.
Czterdzieści siedem talerzy i ani jednego wyszczerbionego.
To był majątek.
— Pan się gapi — powiedziała kobieta obok.
Idris odwrócił wzrok od porcelany.
— Podziwiam sztukę.
— To talerz.
— Właśnie dlatego robi wrażenie. Nikt jeszcze nie kazał mu symbolizować cierpienia ludzkości.
Kobieta uniosła brew.
Była elfką. Nie dało się tego pomylić nawet bez lekko spiczastych uszu. Miała twarz kogoś może trzydziestoletniego i spokój człowieka, który widział wystarczająco dużo zim, by przestać się spieszyć z większością odpowiedzi. Włosy spięła wysoko. Palce miała poplamione atramentem, a jeden przedni ząb również nosił niebieskawy ślad, jakby odruchowo gryzła pióra.
— Tavé Quin.
— Idris Vale.
Nazwisko wymyślił dwie godziny wcześniej.
Było wystarczająco nijakie, żeby brzmieć drogo.
Tavé spojrzała na jego kołnierz.
— Źle pan go zapiął.
— W tym regionie tak się nosi.
— Nie.
— W moim tak.
— Powiedział pan, że jest pan z południowego brzegu.
— Na północnym południu.
— Fascynujące miejsce.
Idris uśmiechnął się pół sekundy za długo.
Wiedział o tym.
Tavé też.
Poprawiła mu kołnierz jednym ruchem.
Idris automatycznie sprawdził, czy przy okazji nie wyjęła mu czegoś z kieszeni.
Nie.
Dobrze.
Profesjonalistka.
Wokół nich salon Vaela pulsował cichym bogactwem. Nie takim, które krzyczy złotem. Gorszym. Takim, które zakłada, że wszyscy rozpoznają cenę rzeczy bez pytania.
Ciemne drewno.
Szkło.
Wino nalewane do kieliszków cienkich jak skorupka cebuli.
Na ścianach mapy, narzędzia, fragmenty tkanin i przedmioty, które kiedyś służyły ludziom do jedzenia, pracy, ślubu albo pochówku, a teraz spoczywały pod lampami z etykietkami.
Niektóre gabloty połyskiwały bladymi liniami.
Krasnoludzkie wardy konserwacyjne.
Cienkie, geometryczne sploty znaków biegły po mosiężnych ramach i znikały w kamieniu podłogi. Stabilizowały wilgoć, temperaturę i naprężenie materiału. Drewno nie paczyło się. Metal nie korodował. Tkaniny nie gniły.
Idris nienawidził ich trochę właśnie dlatego, że działały tak dobrze.
Minął nóż żniwny z rogową rękojeścią.
ASHEN VALLEY DOMESTIC IMPLEMENT. PROVENANCE UNCERTAIN.
Proweniencja niepewna.
Bardzo ładne słowa oznaczające:
ktoś miał, ktoś stracił, my kupiliśmy.
— Pańska specjalność? — zapytała Tavé.
— Narzędzia.
— Myślałam, że ogniska.
— Ognisko jest narzędziem. Tylko ludzie mają zwyczaj przywiązywać się do niego bardziej niż do młotka.
— Pan nie?
— Ja do młotków przywiązuję się bardzo.
— Widać po dłoniach.
Spojrzała na jego palce.
Idris miał paznokcie za zadbane jak na rzemieślnika i dłonie za zniszczone jak na kupca.
Dokładnie takie, jakie powinien mieć ktoś, kto chce być jednym i drugim.
— Magister Vael czeka — powiedziała Tavé. — Ma pan dokonać atestacji przed pokazem.
— Słyszałem.
— Słyszał pan od kogo?
— Od człowieka, który płaci.
— To zawsze niepokojąca odpowiedź.
Ruszyła.
Idris poszedł za nią.
Po drodze ukradł z tacy kawałek sera.
Tavé nawet się nie obejrzała.
— Kuchnia jest po lewej.
— Nie jestem głodny.
— Oczywiście.
Ser był bardzo dobry.
To również niepokoiło.
*
Żar-Węzeł stał w szklanej gablocie na czerwonym aksamicie.
Idris zobaczył go i przez chwilę zapomniał o talerzach.
O planie.
O Tavé.
O tym, jak miał oddychać.
Na etykiecie napisano:
PRZENOŚNE NACZYNIE OGNIA DOMOWEGO. ASHFOLK. PÓŹNY OKRES DOLINY ASHEN.
Idris znał lepszą nazwę.
Kol-Dur.
W domu mówili po prostu:
Węzeł.
Ten konkretny był wielkości pięści.
Ciemna porowata glina w koszyku z miedzianego splotu.
Trzy stare obręcze.
Pętla do zawieszenia przy pasie albo nad paleniskiem.
Na jednym boku biegła ledwo widoczna rysa przecinająca miedź.
Idris znał ją.
Jako dziecko wkładał tam paznokieć, kiedy Nereth nie patrzyła.
Ona uderzała go wtedy drewnianą łyżką.
Raz na tyle mocno, że przez tydzień twierdził, iż doznał wstrząśnienia mózgu.
Nereth twierdziła, że najpierw musiałby mieć mózg.
Idris poczuł smak popiołu na języku.
Nie magia.
Jeszcze nie.
Pamięć ciała.
Dom.
Wokół podstawy gabloty świecił ward Vaela.
Pięć połączonych figur wykutych w mosiądzu.
Krasnoludzka kotwica zachowania.
Idris rozpoznał zasadę, choć nie szczegóły: przedmiot znajdujący się pod jej opieką był magicznie „przywiązany” do stanu, w jakim został zarejestrowany. Próba wyrwania go siłą uruchomiłaby całą sieć.
Nie ogień.
Nie piorun.
Coś gorszego dla złodzieja.
Gablota zaczęłaby dzwonić poprzez kamień całego domu.
— No? — Tavé stanęła obok. — Autentyczny?
Idris nie odpowiedział.
Pod szkłem Kol-Dur wyglądał źle.
Za czysto.
Ktoś wyszorował go ze starej sadzy.
Miedź wypolerowano.
Wyjęto resztki ziół ze szczelin.
Dom Nereth pachniał kiedyś jałowcem, przypalonym łojem, mokrą wełną i zupą, której nikt rozsądny nie próbował nazywać.
Tutaj Węzeł nie pachniał niczym.
— Nie dotykać jeszcze — powiedziała Tavé.
— Nawet nie zamierzałem.
— Kłamie pan lepiej, kiedy nie patrzy na przedmiot.
Wyjęła kartę katalogową.
Potem przycisnęła dwa palce do bocznej płyty gabloty.
Ward poruszył się.
Nie zgasł.
Rozluźnił.
Geometryczne światło wycofało się z jednej krawędzi szkła.
— Teraz.
Idris spojrzał na nią.
— Elfka, która otwiera krasnoludzki ward.
— Czy to komplikuje pański świat?
— Odrobinę.
— Uczyłam się.
— Jak długo?
Tavé zastanowiła się.
— Dłużej, niż pan żyje.
— Pani elfy bardzo lubicie mówić takie rzeczy ludziom.
— Wy ludzie bardzo lubicie dawać nam okazję.
Idris uniósł szkło.
Wsadził dłoń.
Kol-Dur był chłodny.
Nie martwy.
Chłodny.
Objął palcami miedziany splot.
Znał ciężar.
Nierówny.
Lekko ściągał w lewo.
Nereth zawsze zawieszała go po prawej stronie pieca.
Idris zamknął oczy.
W szkoleniu odzyskiwaczy mówiono, żeby nie dawać się przedmiotom.
To znaczyło mniej więcej tyle, co mówić pijakowi, żeby nie dawał się alkoholowi.
Pod kciukiem czuł rysę.
Jedną z obręczy.
Porowatą glinę.
I wtedy coś pod jego dłonią drgnęło.
Tavé cofnęła się o pół kroku.
W szczelinach gliny pojawiła się ciemnoczerwona linia.
Cieniutka.
Jak żar pod popiołem.
Pobiegła przez całą kulę.
Potem drugą.
Trzecią.
Miedziany koszyk ogrzał się.
Nie parzył.
Po prostu przestał być zimny.
A atrium nagle pachniało:
jałowcem,
pieczoną rzepą,
starym tłuszczem,
mokrym drewnem,
i czymś, czego Idris nie umiał nazwać inaczej niż *domem Nereth*.
Otworzył oczy.
Tavé patrzyła na Węzeł.
— Nie robił tego.
Idris nic nie powiedział.
— Nigdy — dodała.
— Jak długo tu jest?
— Trzydzieści dwa lata.
Czerwona linia pulsowała.
Raz.
Drugi.
Jak oddech.
Idris poczuł coś pod żebrami.
Nie wspomnienie.
Nie głos.
Nie wizję.
Raczej pewność ciała:
to ten sam ogień.
Ogień zmienia drewno, garnki, miasta.
Ale ciągłość była tam.
Cienka.
Żywa.
— Autentyczny — powiedział.
Tavé obserwowała go.
— Jest pan pewien?
— Teraz tak.
— Co się właśnie wydarzyło?
Idris wyjął dłoń.
Żar zaczął gasnąć.
Zapach domu rozpływał się w chłodnym powietrzu galerii.
— Powiedział „dzień dobry”.
— Przedmiot?
— Dom.
Tavé spojrzała na niego.
— To różnica?
— Dla pani?
— Pytam pana.
Idris popatrzył na Węzeł.
— Cała.
Tavé powoli zamknęła szkło.
Krasnoludzki ward wrócił.
Blada geometria objęła Kol-Dur.
Czerwona smuga w glinie zgasła.
Dla Idrisa wyglądało to nagle jak zamknięcie żywego w lodzie.
I właśnie wtedy plan przestał być pracą.
Stał się osobisty.
II
— Nie kradnij mi ogniska — powiedziała Nereth rano.
Idris uznał to za żart.
Powinien był wiedzieć lepiej.
Babka żartowała najczęściej wtedy, kiedy nie chciała, żeby człowiek zauważył nóż.
Siedziała na niskim stołku przy wspólnym palenisku Gniazda, z nogami owiniętymi starym kocem i drewnianą łyżką w dłoni.
Była człowiekiem.
Popielną.
Siedemdziesiąt kilka lat, może więcej.
Nikt w rodzinie nie był pewien.
Nereth twierdziła, że urodziła się w roku, w którym trzy kozy weszły do domu poborcy i zjadły rejestr podatkowy.
Nie dało się tego sprawdzić.
W Gnieździe pachniało mokrą gliną, dymem olchowym i kociołkiem dymnym. Kilka rodzin dzieliło podwórze, piec do chleba i ławkę, na której codziennie ktoś spał mimo protestów wszystkich pozostałych.
Dzieci biegały pomiędzy suszącymi się garnkami.
Ktoś na piętrze kłócił się o węgiel.
Młoda kobieta przy studni klepnęła chłopaka mokrą ścierką po tyłku, a on odpowiedział jej z godnością człowieka pokonanego w dyskusji filozoficznej.
Idris przysiadł obok babki.
— Nie kradnę.
— Oczywiście.
— Odzyskuję.
— Zmieniasz słowo, bo pierwsze gorzej pachnie.
— Dobre słowa są połową zawodu.
— Druga połowa to szybkie nogi.
Nereth podała mu miskę.
Idris spróbował.
— Za słone.
— Kłamiesz.
— Dlaczego miałbym kłamać o zupie?
— Żeby mnie zdenerwować.
— Działa?
— Nie. Musisz się bardziej postarać.
Kolek był gęsty od rzepy, baraniny, ciecierzycy i jałowca.
Idris zjadł kolejną łyżkę.
— Vael ma go w kolekcji.
Nereth przeżuła.
— Wiem.
— Wiedziałaś?
— Całe miasto wie. Rozwiesił zaproszenia.
— I nic?
— Co mam zrobić? Wejść na Górny Taras i walnąć krasnoluda łyżką?
Idris spojrzał na łyżkę.
— Byłoby to kulturowo znaczące.
— Ciebie nią wychowałam. Wynik przeciętny.
— Przyniosę Węzeł.
Nereth prychnęła.
— Przynieś sól. Tańsza.
— Babciu.
— Nie „babciu” mnie teraz. „Babciu” jest wtedy, kiedy niesiesz węgiel.
Idris pochylił się.
— To nasz Kol-Dur.
— Był.
— Nadal jest.
— Wszystko jest „nadal”, jeśli młody człowiek wystarczająco długo nie patrzy.
Idris spojrzał na nią.
— Chcesz go?
Nereth jadła.
— Chcę, żebyś przestał pytać mnie jak klienta.
— Czyli?
— Wchodzisz tu, robisz tę minę, stawiasz bohatera na stole i pytasz, czy mam ochotę go kupić.
— Nie robię miny.
Nereth spojrzała.
Idris odruchowo ją poprawił.
— Robisz.
Na drugim końcu podwórza dziewczynka oderwała skórkę od szarego chleba i wrzuciła ją do paleniska.
Płomień chwycił.
W miedzianym węźle nad ogniem przebiegła na moment czerwona smuga.
Dom odpowiedział.
Nereth patrzyła.
— Nie przynoś mi ogniska, jeśli będziesz musiał spalić pół świata, żeby je postawić na moim stole.
— Nie spalę.
— Znam cię.
— Ja też.
— Ty siebie? To nowość.
Idris uśmiechnął się.
— Ładny jestem w profilu. W anfas widać wady.
— W anfas widać twoją matkę.
Uśmiech zniknął.
Nereth wróciła do jedzenia.
— Włóż czyste gacie.
— Co?
— Jak cię złapią. Niech mają wstyd, nie wesz.
Idris roześmiał się.
Babka też.
Ale kiedy odchodził, złapała go za rękaw.
Mocno.
— Idris.
Odwrócił się.
Nereth rzadko używała jego imienia bez żartu.
— Jak wejdziesz tam jako oni, wyjdź jako my.
— Zawsze wychodzę.
— Nie o nogi mi chodzi.
Puściła.
Idris uznał, że rozumie.
Nie rozumiał.
III
Plan miał siedem punktów.
Idris twierdził, że proste plany są najlepsze.
Siedem nadal uważał za liczbę prostą moralnie.
Pierwszy punkt był już wykonany:
wejść legalnie.
Drugi:
poznać zabezpieczenia.
Trzeci:
zdobyć dostęp do katalogu.
Tavé prowadziła go przez zaplecze kolekcji.
Tutaj dom Dhorrena Vaela tracił aksamit.
Korytarze były węższe.
Kamień chłodniejszy.
Służba chodziła szybko i bez zainteresowania losem cywilizacji.
Po ścianach biegły miejscami cienkie krasnoludzkie linie wardów.
Tavé dotknęła jednego znaku.
— Nie stawaj tutaj.
Idris zatrzymał nogę.
— Dlaczego?
— Liczy ciężar przechodzących.
— Po co?
— Jeśli nocą przejdzie więcej osób, niż wpisano do służby, kamień budzi dozorcę.
Idris popatrzył na znak.
— Wasza kolekcja jest paranoiczna.
— Dhorren jest krasnoludem.
— To nie odpowiedź.
— Dla niego tak.
Idris ominął płytę.
— Gabinet ma drugi katalog.
Tavé nie spojrzała.
— Skąd pan wie?
— Domy z czterdziestoma siedmioma talerzami zawsze mają drugi katalog.
— Czterdzieści dziewięć.
Idris zatrzymał się.
— Co?
— Talerzy.
— Dwa ukradli?
— Dwa są w naprawie.
— To się nie liczy.
— W ewidencji się liczy.
— Pani jest niebezpieczna.
Tavé otworzyła drzwi.
Pomieszczenie za nimi pachniało octem, pergaminem, pyłem i klejem.
Półki pełne kart.
Setki.
Może tysiące.
Każda rzecz w domu miała tutaj drugie życie.
Nie prawdziwe.
Zapisane.
— To jest gorsze niż cmentarz — powiedział Idris.
— Dlaczego?
— Na cmentarzu przynajmniej ludzie wiedzą, że nie żyją.
Tavé usiadła.
— Czego pan szuka?
— Dostępu do gabloty.
— Dostęp pan ma.
— Bez pani.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo wczoraj przedstawił się pan jako Idris Vale, a dziś rano strażnik powiedział mi, że pański koń zna komendę w języku, którego pan podobno nie mówi.
Idris usiadł naprzeciw.
— Koń jest wykształcony.
— Nie ma pan konia.
— Tym bardziej.
Tavé uniosła kartę.
— Kim pan jest?
Idris spojrzał na drzwi.
Dwa kroki.
Na półkę.
Trzy.
Okno zamknięte.
Jedna ciężka księga w zasięgu.
— Człowiekiem, którego pani zaprosiła.
— To wiem.
— To już dużo.
Tavé westchnęła.
— Nie zamierzam wołać straży.
— To proszę nie mówić takim tonem. Człowiek się robi nerwowy.
— Chce pan zabrać Kol-Dur.
Idris milczał.
Nie użyła słowa z katalogu.
Użyła właściwego.
To było gorsze.
— Powiedziałam: nie wołam straży.
— Jeszcze.
— Jeszcze.
Położyła przed nim kartę.
PORTABLE DOMESTIC HEARTH. ASHFOLK. ACQUIRED LAWFULLY.
Idris poczuł irytację.
— „Acquired lawfully”.
— Tak.
— Pięknie.
— Nie twierdzę, że wystarczająco.
— A co pani twierdzi?
Tavé podparła brodę.
— Że mam osiemdziesiąt dziewięć lat i zdążyłam zobaczyć trzy razy więcej zniszczonych przedmiotów, niż pan odzyska.
Idris spojrzał na jej twarz.
Wyglądała młodziej niż on czuł się po niektórych nocach.
— Osiemdziesiąt dziewięć.
— Tak.
— I nadal gryzie pani pióra.
— Czas nie leczy wszystkiego.
— Dla pani osiemdziesiąt lat to niedawno.
— Dla elfa? Tak.
— Dla człowieka to trzy pogrzeby.
Tavé zamilkła.
Dobre.
Idris wstał.
Podszedł.
Poprawił jej kołnierz.
— Co pan robi?
— Był krzywo.
— Nie był.
— Teraz jest lepiej.
— Co pan ukradł?
— Zaufanie.
— Odda pan?
— Nie.
Tavé chwyciła go za nadgarstek.
Idris pochylił się.
— Pocałuj mnie albo wołaj wartę.
— To pańskie dwie podstawowe metody?
— Mam trzecią, ale wymaga drabiny.
Tavé patrzyła mu w oczy.
— Warta — powiedziała cicho.
Idris uśmiechnął się.
Tavé pocałowała go.
Krótko.
Jak podpis.
Kiedy się odsunęła, Idris zauważył brak małego klucza przy własnym pasie.
— Pani kradnie.
— Odzyskuję.
Położyła klucz na jego dłoni.
— Nie wchodź do drugiego katalogu.
— Oczywiście.
— Mówię serio.
— Ja też.
Tavé spojrzała na niego.
— Właśnie tego się boję.
IV
Dhorren Vael był krasnoludem, który wyglądał tak, jakby ktoś wyrzeźbił człowieka z bloku kamienia, a potem uznał, że poprawianie proporcji jest stratą materiału.
Niski.
Szeroki.
Dłonie ciężkie.
Siwa broda spleciona w cztery krótkie warkocze, spięte stalowymi tulejami.
Idris wolałby, żeby okazał się świnią.
Świnie łatwiej się okrada.
Dhorren był uprzejmy.
Jeszcze gorzej.
— Pan Vale.
— Magister Vael.
— Tavé mówi, że Węzeł odpowiedział.
— Mówi dużo.
— Za to jej płacę.
Stali w Gabinecie Kuriozów.
Dhorren podszedł do gabloty.
— Przez trzydzieści dwa lata nie widziałem ani jednego żaru.
— Bo wsadził go pan pod krasnoludzką kotwicę, która magicznie zabrania mu się zmieniać.
Dhorren spojrzał.
— Chroni go.
— Właśnie.
— To źle?
Idris odetchnął.
— Dla Węzła?
— Proszę.
— On ma się zmieniać.
Krasnolud spojrzał na Kol-Dur.
— Przedmiot mistrzowski nie powinien być rozbierany bez potrzeby.
— A kto ustala potrzebę?
— Ten, kto zna się na przedmiocie.
— Właśnie po to mnie sprowadziliście.
Dhorren roześmiał się.
Głęboko.
— Ma pan rację.
Idris natychmiast zrobił się podejrzliwy.
— Niech pan nie robi tego zbyt często.
Dhorren przejechał dłonią po mosiężnej ramie gabloty.
Ward zalśnił.
— W moim domu jest zawias starszy od dziadka mojego dziadka. Nadal pracuje.
— Gratuluję zawiasowi.
— Przedmiot wykonany dobrze powinien przeżyć twórcę.
— A dom?
Dhorren zmarszczył brwi.
— Słucham?
— Dom powinien przeżyć człowieka?
— Jeśli został dobrze zbudowany.
Idris pokręcił głową.
— I tu mamy problem.
— W czym?
— My budujemy tak, żeby dom mógł iść z człowiekiem.
Dhorren patrzył na niego dłużej.
— Wy ludzie macie strasznie krótkie życie na takie komplikacje.
— Dlatego robimy je szybciej.
W kąciku ust krasnoluda pojawił się uśmiech.
— Lubię pana.
— To osłabia moje stanowisko zawodowe.
Dhorren odwrócił się ku kolekcji.
— Pierwszy przedmiot z Doliny, który kupiłem, był nożem. Zardzewiałym. Bez rękojeści. Sprzedawca używał go do podważania desek.
— Tragiczna historia.
— Był piękny.
— Pan myśli, że piękno wystarczy.
— Nie. Myślę, że wystarczy, by ktoś się zatrzymał.
Dhorren mówił spokojnie.
— Widział pan, co czas robi przedmiotom. Drewno gnije. Metal koroduje. Tkanina znika. Moje wardy potrafią zatrzymać to na stulecia.
— Czasem problemem jest właśnie zatrzymanie.
— Tak mówią ludzie.
— Jestem człowiekiem.
— Zauważyłem.
Idris parsknął.
— Jutro odbędzie się formalna autentykacja Węzła — powiedział Dhorren. — Chcę w pełni opisać jego pochodzenie.
— Po co?
— Żeby za sto, dwieście lat nikt nie musiał zgadywać.
— Dwieście lat.
— Niedługo.
— Dla was.
Dhorren wzruszył ramionami.
— Przedmioty są cierpliwsze od ras.
— I dlatego lubi pan je bardziej?
Pytanie wyszło ostrzej, niż Idris chciał.
Dhorren nie obraził się.
— Być może.
Spojrzał na gablotę.
— Nie mam dzieci.
Idris milczał.
— Kolekcja zostanie po mnie.
No i proszę.
Pod wszystkim to samo.
Nie miłość do historii.
Strach przed końcem.
Dhorren był tylko bogatszy.
— Chce pan kiedyś oddać te rzeczy?
— Miejscom, które potrafią je zachować.
— Nie ludziom?
— Ludzie umierają.
Powiedział to bez okrucieństwa.
Dlatego zabolało.
Idris popatrzył na Kol-Dur.
— Przedmioty też.
— Nie, jeśli się o nie dba.
Idris pomyślał:
Nie, jeśli nie pozwala im się żyć.
V
Drugi katalog znajdował się pod schodami.
Idris wszedł do niego dwadzieścia trzy minuty później.
Klucz Tavé nie pasował.
Oczywiście.
Zamek był krasnoludzki.
Ciężki.
Trzy zapadki mechaniczne.
Jedna magiczna.
Idris wyjął cienką miedzianą blaszkę.
Mechanikę rozbroił po dwóch minutach.
Magiczna zapadka nie drgnęła.
— Cholera.
— Techniczny termin? — odezwała się Tavé za nim.
Idris odwrócił się.
— Bardzo stary.
— Odsuń się.
Elfka uklękła.
Przyłożyła palce do kamienia.
Nie rzuciła zaklęcia.
Nie wyszeptała słów.
Wyjęła niewielki pręt z ciemnego metalu, przyłożyła do symbolu i przez chwilę badała układ wardu jak rzemieślnik pęknięcie.
— Vael zmienił kotwienie.
— Zdrada.
— Dwa miesiące temu.
— Jeszcze gorzej.
Tavé przekręciła pręt.
Znak zgasł.
— Uczyłaś się dłużej, niż żyję?
— Mniej więcej.
— To niesprawiedliwe.
— Natura rzadko konsultuje się z tobą.
Otworzyli drzwi.
Księgi.
Karty.
Drugie życie wszystkich rzeczy.
Tavé wyjęła tom z dolnej półki.
Odnalazła numer Kol-Dur.
Idris nachylił się.
Data.
Pośrednik.
Cena.
Pochodzenie.
Znak.
Trzy kreski spięte łukiem.
Znał go.
Nereth wycinała go na łyżkach.
Na skrzyniach.
Na spodzie stołu.
Na wszystkim, co uważała za własne i co ktoś mógłby pomylić z cudzym.
— Nie — powiedział Idris.
Tavé nie odezwała się.
Idris przeczytał drugi raz.
ZBYWCA: NERETH VETCH.
Cena:
dwie miary zboża.
Prawo przejazdu dla pięciu osób.
Jedna karta pobytowa.
Idris usiadł.
— Niemożliwe.
— Dlaczego?
— Bo go zabrali.
— Kto?
Idris otworzył usta.
Nie wiedział.
Zawsze było „oni”.
Kupcy.
Straż.
Ludzie Korony.
Szabrownicy.
Ktoś.
Nigdy człowiek z imieniem.
— Babka mówiła…
Co?
Że Węzeł był w domu.
Że nie wrócił.
Że ludzie tracili rzeczy.
Że on jest głupi.
Nigdy:
ukradli mi go.
Idris poczuł złość.
Najpierw na Nereth.
Potem na siebie.
To było gorsze.
— Sprzedała.
— Wygląda raczej na wymianę.
— Za zboże.
Tavé przesunęła palcem niżej.
— I przejazd.
Idris przeczytał nazwiska.
Pięć osób.
Jednym była jego matka.
Miała siedem lat.
Zamknął oczy.
Święty Kol-Dur.
Skradziony dom.
Dwie miary zboża i prawo przejścia przez bramę.
Tyle ważyła legenda.
— Idris.
Pierwszy raz Tavé użyła jego prawdziwego imienia.
— Zamknij się.
— Dobrze.
Prawie gorsze.
Idris spojrzał na kartę.
— Dhorren wie?
— Wie, że kupił legalnie od pośrednika.
— O babce?
— Nie.
— Ty wiedziałaś?
Tavé milczała sekundę za długo.
— Podejrzewałam.
Idris roześmiał się.
Bez radości.
— Dlatego mnie ściągnęłaś.
— Potrzebowałam kogoś, komu Węzeł odpowie.
— Popielnego na papier.
— Tak.
— Ładnego?
— Niefortunny dodatek.
Idris wstał.
— Jutro wpiszecie „nabyto legalnie”.
— Mogę wpisać prawdę.
— Którą?
— Że Nereth Vetch oddała go podczas głodu za żywność i przejazd rodziny.
Idris zatrzymał się.
— Vael pozwoli?
— Katalog jest mój.
— Dom jego.
— Pismo moje.
Patrzyli na siebie.
— Dlaczego? — zapytał.
Tavé wzruszyła ramionami.
— Bo „legalnie” to czasem prawda, która kłamie.
Idris patrzył.
— Nie lubię cię.
— Kłamiesz.
— Tak.
Tavé zrobiła krok.
— Dobrze.
— Co?
— Wreszcie mówisz własnym głosem.
Idris dopiero wtedy usłyszał, że stracił akcent swojej przykrywki.
To przestraszyło go bardziej niż ward.
VI
Plan umarł o dziewiątej siedemnaście.
Idris wiedział, bo wtedy zadzwonił dzwon mennicy z dolnego miasta.
Punkt pierwszy:
legalne wejście.
Udało się.
Punkt drugi:
rozpoznanie.
Udało się.
Punkt trzeci:
rozbrojenie gabloty.
Tavé zrobiła za niego.
To liczył jako sukces osobisty.
Punkt czwarty:
wyjąć Kol-Dur.
Tutaj świat zaprotestował.
Najpierw pies.
Duży.
Kosztowny.
Zwyczajny.
Czyli znacznie trudniejszy do oszukania niż magiczny.
Idris wyszedł z bocznego korytarza.
Pies już tam był.
— Dobry.
Pies nie uwierzył.
Idris wyjął ser.
— Jesteśmy ludźmi interesu.
Pies zawarczał.
— Przepraszam. Psem interesu.
Rzucił ser.
Pies nie ruszył się.
Idris poczuł szacunek.
I strach.
Z kuchni wyszedł służący.
Spojrzał.
— Znam cię.
Źle.
— Możliwe. Mam twarz publiczną.
— Jarmark przy Jesionowej Bramie.
Jeszcze gorzej.
— Sprzedawałeś zamki.
— Handlowałem.
— Ukradłeś mistrzowi Dovanowi sakiewkę.
— To oszczerstwo.
— Widziałem.
— Słaby dowód, ale emocjonalny.
Służący złapał go za nadgarstek.
Idris walnął go dzbankiem śmietany.
Dzban pękł.
Śmietana i krew.
Pies uznał negocjacje za zakończone.
Idris pobiegł.
*
Tavé czekała przy gablocie.
— Co zrobiłeś?
— Dyplomację.
— Masz śmietanę na rękawie.
— Element regionalny.
Krasnoludzki ward świecił.
Tavé dotknęła pierwszego węzła.
Potem drugiego.
— Nie wyłączę całego.
— Dlaczego?
— Dhorren zmienił kotwienie po ostatniej konserwacji.
— Dzisiaj wszyscy coś zmieniają bez pytania.
— Mogę otworzyć górę. Jeśli podniesiesz Węzeł, kotwica spróbuje go utrzymać.
— „Spróbuje”?
— Nie wiem, jak zareaguje Kol-Dur.
— Wspaniale.
Tavé spojrzała mu w oczy.
— Idris.
— Co?
— Jeśli oba systemy pociągną w przeciwną stronę, może pęknąć glina.
Tego nie chciał.
Nie po tym wszystkim.
— Otwieraj.
Ward rozluźnił się.
Idris wsunął dłonie.
Kol-Dur obudził się natychmiast.
Czerwień pobiegła przez glinę.
Zapach Nereth wypełnił atrium.
Jałowiec.
Kiszonka.
Mokry płaszcz.
Stary dym.
Tavé wciągnęła powietrze.
— Bogowie.
— Nie. Babka.
Idris uniósł Węzeł.
Ward odpowiedział.
Białe linie wystrzeliły z podstawy gabloty i zacisnęły się wokół miedzianego splotu.
Nie fizycznie.
Przestrzeń wokół Kol-Dur zgęstniała.
Idris poczuł, jakby próbował wyjąć coś z zamarzniętej wody.
Czerwone linie w glinie rozjarzyły się.
Białe wardy Dhorrena trzymały.
Kol-Dur próbował wrócić do ruchu.
Dwie magie.
Dwie idee.
Zachowaj.
Przenieś.
Miedź jęknęła.
— Odłóż! — powiedziała Tavé.
Idris nie.
Spojrzał na splot.
I nagle zrozumiał.
Nie musi wyjąć przedmiotu.
Dhorren zabezpieczył *formę*.
Nie ogień.
Idris wsunął paznokieć pod pierwszą obręcz.
Tavé chwyciła go.
— Co robisz?
— Przenoszę.
— Zniszczysz!
— Nie.
— Idris!
— To nie jest rzecz, którą się ma.
Odchylił splot.
Miedź puściła.
Białe wardy rozjarzyły się mocniej.
Kol-Dur odpowiedział czerwienią.
Glina pękła.
Nie rozsypała się.
Otworzyła.
W środku:
stary popiół,
sól,
zwęglone włókna,
mały fragment drewna albo kości.
I jeden punkt żaru.
Maleńki.
Ciemnoczerwony.
Po trzydziestu dwóch latach.
Tavé przestała oddychać.
— To niemożliwe.
— Nie.
Idris wyciągnął małe gliniane naczynie.
Wsypał do niego rdzeń.
Żar oderwał się od starej gliny.
Przeszedł.
Naprawdę.
Cienka smuga czerwieni przebiegła po jego palcach, nie parząc skóry, i wślizgnęła się w popiół nowego naczynia.
W jednej chwili nowy rdzeń ogrzał mu dłoń i wypuścił zapach jałowca, starej wełny, pieczonej rzepy i mokrego drewna.
A w gablocie zostało już tylko coś zupełnie innego.
Chłodna miedź.
Wosk meblowy.
Szkło.
Ani śladu domu.
Białe wardy uspokoiły się.
Dostały to, czego chciały.
Stara forma nadal leżała na aksamicie.
Zachowana.
Pusta.
Idris poczuł śmiech rosnący gdzieś w brzuchu.
— O bogowie — powiedziała Tavé.
— Nadal babka.
W wejściu stał Dhorren Vael.
Za nim dwóch strażników.
Krasnolud patrzył na pusty splot.
Nie na Idrisa.
— Co pan zrobił?
Idris trzymał gliniane naczynie przy piersi.
— Zabrałem dom.
Dhorren zrobił krok.
— Zniszczył pan obiekt starszy niż—
— Nie.
— Nie ma w nim już—
— Właśnie.
Dhorren spojrzał na ward.
Potem na pustą skorupę.
Magia konserwacyjna nadal działała.
Idealnie.
Chroniła to, co zostało.
— To jest absurdalne — powiedział.
— Dla krasnoluda?
— Dla każdego rzemieślnika.
Idris spojrzał na niego.
— Nie każdy fach polega na tym, żeby rzecz została taka sama.
Dhorren zamilkł.
Strażnik ruszył.
Tavé stanęła pomiędzy.
— Nie.
— Tavé.
— Jeśli go teraz przewrócicie, rdzeń może zgasnąć.
Nie wiedziała.
Brzmiała świetnie.
Idris prawie ją pocałował.
Nie było czasu.
— Pani pomaga złodziejowi.
— Pomagam obiektowi zgodnie z ustaloną funkcją kulturową.
Dhorren zamknął oczy.
— To najgorsze zdanie, jakie dziś usłyszałem.
— Dziękuję.
Pies zaszczekał w korytarzu.
Idris westchnął.
— A teraz przechodzimy do mniej naukowej części wieczoru.
Strażnik ruszył.
Idris rzucił w niego drewnianą podstawę ekspozycji.
Tavé otworzyła boczne drzwi.
— Kuchnia!
— Wiedziałem, że mnie lubisz.
— Chcę odzyskać katalog!
— To bardziej romantyczne.
Pobiegli.
VII
Kuchnia pachniała tłuszczem, cebulą i paniką.
Idris wpadł pierwszy.
Tavé za nim.
Straż za nimi.
Kucharz spojrzał.
— Nie.
— Przepraszam.
— Nie.
— Naprawdę.
— Nie tutaj.
Idris złapał garnek.
— Co jest?
— Sos.
— Gorący?
— Tak.
— Wspaniale.
Wylał go na podłogę.
Pierwszy strażnik poleciał.
Drugi obszedł.
Tavé rzuciła deską do krojenia.
Nie trafiła.
— Nie masz treningu.
— Zamknij się.
Drzewce trafiło Idrisa pod żebra.
Nie jak w opowieściach, gdzie bohater tylko syczy i biegnie dalej.
Powietrze zniknęło całkowicie.
Idris złożył się wpół.
Nie mógł wciągnąć oddechu.
Nie mógł nawet zakląć.
Przez kilka sekund istniały tylko kamienie pod kolanem, kwaśny smak śmietany i krwi w ustach oraz absurdalna pewność, że właśnie umrze obok beczki z cebulą.
Strażnik podniósł drzewce ponownie.
Tavé ruszyła pierwsza.
Złapała ciężką miedzianą patelnię i uderzyła go w przedramię.
Mężczyzna zaklął.
Idris wciąż nie oddychał.
Elfka stanęła między nimi.
— Wstawaj.
Idris otworzył usta.
Nic.
Tavé odbiła drugi cios patelnią.
— Teraz byłby dobry moment na jedną z twoich błyskotliwych uwag.
Idris pokazał jej obraźliwy gest.
— Lepiej.
Powietrze wróciło nagle.
Bolesnym, urywanym haustem.
Żebra zaprotestowały tak, jakby każde miało własne zdanie.
Idris wstał krzywo.
Strażnik ruszył.
Idris wyjął nóż.
Nie w ciało.
W pasek.
Jedno cięcie.
Kaftan zsunął się mężczyźnie na biodra.
Zaplotły mu się nogi.
Tavé kopnęła go w goleń.
Tym razem Idris był w stanie mówić.
— Teraz masz trening.
— Zamknij się i oddychaj.
— Rozkazująca.
— Żywa.
— To też.
Pobiegli do zsypu na popiół.
Każdy krok ciągnął Idrisa pod żebrami.
Nie mógł już udawać, że nic mu nie jest.
Tavé widziała.
Nic nie powiedziała.
Za to zwolniła o pół kroku.
Idris zauważył.
Nie skomentował.
To było prawie intymniejsze niż pocałunek.
Przy zsypie Tavé spojrzała w dół.
— Nie.
— Tak.
— Tam jest popiół.
— Dlatego nazwa jest trafna.
— I kanał.
— Kolejna zaleta.
Idris skoczył.
Błąd.
Lądowanie wycisnęło z niego resztę powietrza.
Upadł na bok w zbity popiół i przez chwilę po prostu leżał.
Tavé wylądowała obok, tym razem nie na nim.
— Idris?
— Żyję.
— Nie pytałam.
— Widzisz? Nereth już na ciebie działa.
Usiadł powoli.
Ruch kłuł.
Tavé podała mu rękę.
Idris przyjął.
Bez żartu.
To zaniepokoiło ją bardziej.
Sprawdził gliniane naczynie.
Żar wciąż był.
Słaby.
Pulsował.
Raz.
Drugi.
Jak małe serce, którego nie wolno było zgubić.
Z kanału dobiegł głos.
— Spóźniłeś się.
Keth.
Ludzki kuzyn Idrisa siedział na kamieniu.
Obok niego stał paser.
Idris znał człowieka.
Wystarczająco.
— Co on tu robi?
Keth nie patrzył.
— Potrzebowałem pieniędzy.
Idris spróbował się wyprostować.
Natychmiast pożałował.
— Ja też. Dlatego mam zawód.
Paser wyciągnął rękę.
— Węzeł.
— Nie mam.
— Nie jestem ślepy.
— To nie Węzeł.
— Co za różnica?
Idris spojrzał.
Właśnie.
To była cała różnica.
Paser wyjął nóż.
Tavé stanęła bokiem.
— Ilu?
— Jeden.
— Dlaczego pytam?
— Bo jesteś rozsądna.
— A ty?
— Mam żebro.
Paser ruszył.
Kanał był wąski.
Woda do połowy łydki.
Śliskie kamienie.
Idris próbował uskoczyć.
Za wolno.
Ból pod żebrami odebrał mu pół kroku.
Nóż przeciął rękaw i skórę na ramieniu.
Piekło.
Tavé złapała deskę.
Keth stał.
— Pomóż!
— Komu?!
— Rodzinie, idioto!
Keth rzucił się na pasera.
Wpadli do wody.
Nóż błysnął.
Idris dostał łokciem w twarz.
Świat zamigotał.
Sprawdził językiem zęby.
Wszystkie.
Metaliczny smak krwi rozlał mu się po ustach.
Godność później.
Uderzył pasera głową.
Źle.
Bolało bardziej jego.
Tavé trafiła deską.
Paser zachwiał się.
Idris ciął go w bok.
Płytko.
Wystarczająco.
Mężczyzna osunął się pod ścianę, przyciskając dłoń do rany.
— Zabiję cię.
Idris splunął krwią do wody.
— Zapisz.
Spojrzał na Ketha.
I walnął go w twarz.
Kuzyn upadł.
— Za co?!
— Za kanał.
— Uratowałem cię!
Idris przycisnął dłoń do żeber.
— Dlatego tylko raz.
Tavé otarła policzek.
— Czy wszyscy twoi krewni są tacy?
— Nie.
— Dobrze.
— Niektórzy są gorsi.
Nad nimi zaszczekały psy.
Idris spróbował ruszyć.
Ból przeszył bok.
Zatrzymał się.
Tavé wsunęła jego rękę na swoje ramię.
— Nie potrzebuję pomocy.
— Oczywiście.
— Mogę iść.
— To idź szybciej.
Idris westchnął.
— Zaczynam cię nie lubić.
— Kłamiesz.
— Niestety.
Ruszyli.
Żar w naczyniu zabłysnął słabo.
— Dokąd? — zapytała Tavé.
Idris spojrzał na niego.
— Do domu.
Pierwszy raz tej nocy nie musiał zastanawiać się, który ma na myśli.
VIII
Nereth nie spała.
Oczywiście.
Siedziała przy palenisku, zawinięta w koc, z miską na kolanach.
Kiedy Idris wszedł z rozciętą wargą, zakrwawionym rękawem, jednym ramieniem wspartym na elfce, mokrymi butami i sadzą we włosach, babka spojrzała na niego.
— Gacie czyste?
Idris zamknął oczy.
— Prawie umarłem.
— Nie pytałam.
Tavé zakryła usta.
Nereth spojrzała na nią.
— Ty kto?
— Tavé.
— Elfka.
— Tak.
— Żona?
— Nie.
— Szkoda. Wygląda, jakby umiała czytać.
— Umiem.
— To zostań.
Idris usiadł ostrożnie.
Żebra bolały przy każdym oddechu.
Wyjął gliniane naczynie.
Postawił przy ogniu.
W szczelinie rdzenia pulsowała ciemna czerwień.
Nereth przestała jeść.
Twarz zmieniła się odrobinę.
— Co zrobiłeś?
— Przeniosłem.
Nereth wyciągnęła dłoń.
Żar zareagował.
Natychmiast.
Rozjaśnił się.
Powietrze wokół stołka Nereth wypełniło się zapachem:
jałowca,
dymu,
starej wełny,
pieczonego chleba.
Tavé wstrzymała oddech.
Idris patrzył na babkę.
— Vael mówił, że przez trzydzieści dwa lata ani razu się nie obudził.
— Bo nie miał do kogo.
Nereth zamknęła dłoń wokół naczynia.
Żar rozszedł się czerwonymi liniami pomiędzy jej palcami.
Nie parzył.
Poznawał.
— Nasz — powiedziała.
Idris poczuł ulgę.
Głupią.
Dziecinną.
— Wiedziałem.
Nereth spojrzała.
— Nie wiedziałeś nic.
— Sprzedałaś go.
Czerwień przygasła.
— Znalazłeś papier.
— Sprzedałaś.
— Tak.
— Za dwie miary zboża.
— Tak.
— Przejazd.
— Tak.
— Kartę pobytową.
— Dla twojej matki.
Idris zacisnął szczękę.
— Całe życie myślałem—
— Twoje myślenie znowu wraca.
— Mogłaś powiedzieć.
— Mogłeś zapytać.
— Pytałem!
— Pytałeś: „kto zabrał?”. Nigdy: „co zrobiłaś?”.
— To semantyka.
— Nie mów przy mnie jak elfka od katalogu.
Tavé uniosła palec.
— Protestuję.
Nereth spojrzała.
— Dobrze.
Idris wziął oddech.
Bolało.
— Sprzedałaś dom.
Nereth popatrzyła długo.
— Sprzedałam glinę, miedź i popiół.
— Kol-Dur.
— Kol-Dur robi się znowu.
Idris zamarł.
Nereth odłożyła miskę.
— Myślałeś, że ten był pierwszy?
— Był rodzinny.
— Tak.
— Od pokoleń.
— Tak.
— To jak—
Nereth wyciągnęła ręce.
Palce miała skrzywione.
Paznokcie ciemne od sadzy.
— Robiłam je.
— Co?
— Węzły.
— Ty?
— Nie, krasnoludzki kolekcjoner.
Tavé roześmiała się.
Nereth spojrzała na nią.
— Lubię tę.
Idris nie.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— Bo nie pytałeś, jak się robi. Pytałeś tylko, gdzie jest stary.
Nereth otworzyła skrzynkę przy ścianie.
W środku:
czarna glina,
miedziany drut,
sól,
włókna,
żywica,
drobne fragmenty drewna.
Materiały na Kol-Dur.
Idris patrzył.
— Mogłaś zrobić nowy.
— Mogłam.
— To dlaczego…
Nereth stuknęła go łyżką w kolano.
— Bo chciałam zobaczyć, czy któregoś dnia przestaniesz kraść przeszłość i nauczysz się robić przyszłość.
Idris spojrzał na Tavé.
— Ona zawsze taka?
— Znam ją od dwóch minut — powiedziała Tavé. — Ale mam nadzieję.
Nereth wsypała część odzyskanego popiołu do nowej gliny.
— Siadaj.
— Siedzę.
— To przestań wyglądać, jakbyś robił mi przysługę.
— Jestem ranny.
— Masz drugą rękę.
Idris westchnął.
— Przynajmniej udawaj, że martwi cię moje żebro.
— Jakby było złamane, jęczałbyś mniej.
Tavé spojrzała na Idrisa.
— Ma rację.
— Zdrada.
Nereth podała mu drut.
— Skręć.
Zrobił.
— Źle.
— Dopiero zacząłem.
— Już źle.
Idris spojrzał na Tavé.
Tavé uśmiechała się.
— Ani słowa.
— Proweniencja niepewna — powiedziała.
Nereth roześmiała się.
Idris zaczął od nowa.
IX
Tavé wróciła do domu Vaela o świcie.
Dhorren czekał w Gabinecie Kuriozów.
Nie spał.
Na czerwonym aksamicie spoczywał pusty splot.
Krasnoludzki ward konserwacyjny świecił spokojnie wokół niego.
Chronił formę.
Idealnie.
Dhorren patrzył.
— Zniszczyliście go.
— Nie.
— Nie ma żaru.
— Żar nie był pański.
Dhorren odwrócił głowę.
Tavé położyła obok gabloty nową kartę.
Krasnolud przeczytał:
**KOL-DUR — ŻAR-WĘZEŁ DOMOWY.
WYRÓB POPIELNIAŃSKI.
ZBYTY PRZEZ NERETH VETCH W OKRESIE GŁODU W ZAMIAN ZA ŻYWNOŚĆ I PRAWO PRZEJAZDU DLA RODZINY.
RDZEŃ PRZENIESIONY ZGODNIE Z TRADYCJĄ CIĄGŁOŚCI OGNISKA.
POZOSTAŁOŚĆ SPLOTU.**
Dhorren czytał długo.
— „Pozostałość”.
— Tak.
— Wartość kolekcjonerska spadła.
— Znacząco.
— Magia obiektu również zniknęła.
— Przeniosła się.
— Semantyka.
— Kultura.
Dhorren popatrzył na pusty splot.
— W mojej rodzinie młot przechodził z mistrza na ucznia przez jedenaście pokoleń.
— U Popielnych czasem trzeba było zostawić młot i zabrać ogień.
Krasnolud nie odpowiedział.
Tavé mówiła dalej:
— Pan zachował przedmiot przez trzydzieści dwa lata.
— A on go rozebrał w minutę.
— I dzięki temu pierwszy raz od trzydziestu dwóch lat zrobił to, do czego został wykonany.
Dhorren spojrzał na ward.
Potem na kartę.
— Chce pani, żebym to wystawił?
— Tak.
— Pustą skorupę?
— Dowód, że przedmiot żył.
Dhorren odetchnął.
— Elfka tłumaczy krasnoludowi, że trwałość nie jest najwyższą wartością.
— Mamy długie życie. Stać nas na ironię.
Na twarzy Dhorrena pojawił się bardzo mały uśmiech.
— Straż twierdzi, że pomogła pani uciec złodziejowi.
— Straż twierdzi również, że kuchnia zaatakowała ich sosem.
— Czyli?
Tavé poprawiła kartę.
— Dokumentacja wydarzeń pozostaje niepełna.
Dhorren westchnął.
— Proweniencja niepewna?
Tavé spojrzała.
— Uczy się pan.
X
Nowy Kol-Dur był brzydki.
Idris uważał to za obrazę.
Nereth za dobry znak.
— Za dużo miedzi.
— Dałaś mi tyle.
— Dałam. Ty użyłeś.
— Widzisz problem?
— Tak. Ty.
Idris siedział przed wspólnym paleniskiem Gniazda.
Żebra wciąż bolały. Każdy głębszy oddech przypominał mu kuchnię Vaela, ale przynajmniej mógł już śmiać się bez składania wpół.
Na podwórzu pachniało szarym chlebem.
Ktoś smażył koźli łój.
Dzieci biegały z glinianym ptaszkiem, który gwizdał jak gotujący się czajnik.
Keth miał podbite oko.
Idris również.
Nie rozmawiali.
Chwilowo najlepsze dla rodziny.
Tavé siedziała na ławce.
Bez stroju kustoszki.
Nereth zdążyła wypytać ją o pracę, pochodzenie, zarobki, wiek, plany małżeńskie i to, jakim cudem elfka żyjąca prawie dziewięćdziesiąt lat wciąż zgadza się, żeby krasnolud poprawiał jej katalog.
Tavé odpowiadała.
Idris zaczął się jej bać.
— Teraz sól — powiedziała Nereth.
Idris wsypał.
— Za dużo.
— Ile?
— Mniej.
— To nie jednostka.
— Działa od setek lat.
— Dlatego potem elfy robią katalogi.
Tavé chrząknęła.
Nereth spojrzała.
— Bez urazy.
— Oczywiście.
— Dobra dziewczyna.
Idris przewrócił oczami.
Nereth podała mu szczyptę odzyskanego popiołu.
Tego ze starego Węzła.
— Ty.
Idris trzymał go w palcach.
Ciemny.
Zwykły.
Trochę sadzy.
Trochę soli.
Drobina drewna.
Nie było w nim głosu przodków.
Nie było wizji Doliny.
Nie było objawienia, które można pokazać urzędnikowi i powiedzieć:
to jest dowód, że jestem sobą.
Był popiół.
Nereth wskazała nowy rdzeń.
— Wsyp.
Idris zrobił.
— Zamknij.
Skręcił drut.
Wolniej niż wcześniej.
Nereth tym razem milczała.
To było niepokojące.
Kiedy skończył, podała mu Kol-Dur.
— Teraz.
Wzięła cienki węgielek ze wspólnego paleniska.
Przyłożyła do otworu w glinie.
Idris dmuchnął.
Raz.
Drugi.
Nic.
Trzeci.
W środku pojawił się ciemnoczerwony punkt.
Idris czekał.
Czerwień rozeszła się po glinie.
Jedna linia.
Druga.
Trzecia.
Miedziany splot ogrzał mu dłonie.
Wokół nich powietrze zmieniło zapach.
Stary popiół.
Jałowiec.
Nereth.
A potem coś nowego.
Ocet i atrament Tavé.
Kanał.
Mokra glina Gniazda.
Szary chleb.
Idris zmarszczył brwi.
— To nie pachnie jak stary dom.
Nereth prychnęła.
— Oczywiście, że nie.
— Dlaczego?
— Bo to nie stary dom.
Idris patrzył na żar.
Kol-Dur nie odtwarzał przeszłości.
Nie był pamięcią zamkniętą w przedmiocie.
Brał ciągłość i niósł ją dalej.
Różnica uderzyła Idrisa nagle.
Pomyślał o wszystkich skrzyniach, które ukradł.
O nożach.
Miskach.
Spinkach.
Rzeczach, które chował, polerował i nazywał odzyskanymi.
Dhorren robił dokładnie to samo.
Tylko miał lepsze szkło.
Nereth podała mu Węzeł.
— Powieś.
Idris zawiesił go nad paleniskiem.
Krzywo.
Miedź nierówna.
Glina nadal wilgotna.
Jedna obręcz zdecydowanie za luźna.
— Brzydki.
— Twój.
— To nie pociesza.
— Nie miało.
Tavé podeszła.
— Mogę?
Idris spojrzał na Nereth.
Babka wzruszyła ramionami.
Idris zdjął z paleniska mały węgielek.
Położył na żelaznej łyżce.
Tavé rozsypała suszone ziele.
Idris podał żar.
Elfka zapaliła.
Dym pachniał jałowcem.
Kol-Dur rozjarzył się odrobinę mocniej.
Jakby zaakceptował gościa.
— I co teraz? — zapytała Tavé.
Nereth odpowiedziała:
— Teraz jesteś gościem.
— A wcześniej?
— Inwentaryzacją.
Tavé roześmiała się.
Idris usiadł.
Ktoś przyniósł szary chleb.
Nereth odkroiła pierwszą skórkę.
Rzuciła ją w palenisko.
Płomień chwycił.
Idris patrzył.
Całe życie myślał, że dom to rzecz, którą komuś odebrano.
Kamienie.
Dolina.
Próg.
Węzeł.
Przedmiot pod szkłem.
Teraz siedział na nierównej ławce, bolały go żebra, Keth miał pretensje, Tavé pachniała kanałem i octem, Nereth krytykowała sposób krojenia chleba, a nowy Kol-Dur wisiał krzywo nad paleniskiem i pulsował spokojnym czerwonym światłem.
Było głośno.
Tłusto.
Za ciepło.
Ktoś na piętrze znowu kłócił się o węgiel.
Nereth podała Idrisowi kromkę.
— Jedz.
— Jestem zajęty przeżyciem wewnętrznym.
— Przeżywaj z pełnymi ustami.
Idris ugryzł.
Chleb był kwaśny.
Ciężki.
Przypalony z jednej strony.
Wspaniały.
— Babciu.
— Co?
— Dlaczego nigdy nie powiedziałaś, że umiesz robić Węzły?
Nereth przeżuła.
— Bo nigdy nie pytałeś, jak.
Idris spojrzał na nowy Kol-Dur.
Potem na własne dłonie.
Brudne.
Poparzone na jednym palcu.
Niezgrabne.
Własne.
— Jutro zrobimy drugi.
Nereth roześmiała się tak głośno, że dzieci odwróciły głowy.
— Nie przesadzaj. Najpierw naucz się robić jeden.
Idris chciał odpowiedzieć.
Nie znalazł nic lepszego.
Więc jadł.
Nad nimi miedziane obręcze nowego Kol-Dur stuknęły cicho o hak.
Czerwone linie w glinie pulsowały w rytmie ognia.
I nikt nie próbował zamknąć go pod szkłem.



