I
Kharra całowała filary przed robotą.
Nie z pobożności.
Jeśli kamień był cieplejszy od jej ust, gdzieś za nim pracowała woda. Jeśli zimniejszy — można było zacząć się martwić.
Tego ranka filar oddał pocałunek.
Kharra cofnęła głowę.
— Niedobrze.
Młody czeladnik stojący dwa kroki dalej przełknął ślinę.
— Co?
Kharra przyłożyła policzek do granitu.
— Nic.
— Powiedziałaś „niedobrze”.
— Tobie. Za pytanie, zanim posłuchałeś.
Poziom Dziewiąty Kadar-Belan nie należał do miejsc, w których rozsądna istota chciała się zatrzymywać.
Ściany były tutaj stare, ciemne i spocone. Woda zbierała się w porach granitu, spływała cienkimi nitkami po fugach i kapała na metalowe rynny prowadzące do niższych zbiorników. Nad głową biegły mosiężne rurociągi, a jeszcze wyżej, za kamieniem, którego nie dało się zobaczyć, dudniły koła wielkich pomp.
Całe Kadar-Belan miało pion.
Na górze, wysoko ponad nimi, Korona łapała prawdziwe światło przez rozpadliny w górze. Lustra kierowały je w dół, więc raz dziennie złoty słup przecinał miasto niemal do Poziomu Ósmego.
Niżej były warsztaty, wiszące rynki, kuźnie i mieszkania.
Jeszcze niżej — studnie, przepompownie i stare hale fundamentowe.
Poziom Dziewiąty był pierwszym miejscem, gdzie Kadar-Belan przestawało udawać, że jest miastem, a zaczynało przypominać ranę w skale.
Kharra wyjęła z pasa mosiężny młotek stroicielski.
Nie był duży.
Nie musiał.
Najgorsze rzeczy w kamieniu rzadko wymagały dużych narzędzi.
Uderzyła raz.
Ton poszedł przez filar.
Wysoki.
Czysty.
Za czysty.
Kharra zmarszczyła brwi, potem uderzyła drugi raz. Odpowiedź wróciła niżej.
Czeladnik spojrzał na nią.
— Zmienił się.
— Masz uszy.
— Co to znaczy?
— Że nadal ich używasz.
Wyjęła róg podsłuchowy. Stożek z cienkiej miedzi kończył się kościaną oliwką, którą wsunęła do ucha.
Najpierw usłyszała pompę.
Potem wodę.
Dalekie stukanie raka dzwonnika gdzieś w rurze.
A pod tym wszystkim coś niskiego.
Tak niskiego, że bardziej czuła to w zębach niż słyszała.
Buuum.
Przerwa.
Buuum.
Nie echo.
Nie odpowiedź.
Coś pomiędzy.
Kharra odsunęła róg.
— Kto pracuje pod nami?
— Nikt. Dolny szyb zamknięty od sześciu dni.
— Dlaczego?
— Zarząd.
— To nie powód. To choroba.
Czeladnik uśmiechnął się nerwowo.
Kharra nie.
Podeszła do liny zwisającej w czarnym szybie technicznym.
— Trzymaj.
— Sama?
— Nie. Z moją głupotą. Jest wystarczająco ciężka.
Owinęła linę wokół pasa i sprawdziła węzeł. Przy jej budowie większość ludzi źle oceniała wagę krasnoluda. Kharra była niska, szeroka w barkach i ciężka jak dobrze osadzony blok. W szybie miało to zalety. Wiatr mniej nią rzucał.
Miało też wady.
Jeśli lina puściła, spadało więcej Kharry.
Stanęła na krawędzi.
Pod nią ciemność.
Woda kapała gdzieś daleko.
Bardzo daleko.
Wzięła oddech.
Nienawidziła chwili przed zejściem.
Nie samego zejścia.
Tam zawsze wracał Darin.
Nie twarz.
Nie głos.
Tylko dźwięk.
Krótki, suchy trzask.
Potem huk skały trwający trzy sekundy.
A potem cisza tak pełna, że wszyscy wiedzieli.
Kharra zacisnęła palce na linie.
— Puść dwa łokcie.
Zjechała.
Kamień przesuwał się przy twarzy. Lampa ciśnieniowa przy pasie rzucała błękitny krąg na mokrą ścianę.
Pięć łokci.
Dziesięć.
Piętnaście.
— Stop.
Lina szarpnęła.
Kharra zawisła, zbyt ciężka, by wiatr mógł nią zakręcić, ale wystarczająco blisko ściany, by oprzeć na niej buty.
Przyłożyła dłoń do skały.
Czuła drżenie.
Regularne.
Nie od pompy.
Zbyt wolne.
Buuum.
Przerwa.
Buuum.
— Jeszcze pół!
Lina puściła.
Wtedy coś złapało ją za włosy.
Głowa odskoczyła do tyłu.
Jej długi, ciężki warkocz napiął się tak gwałtownie, że kark zapiekł.
Ciemność pod nią przestała być abstrakcją.
Stała się kierunkiem.
— Trzymaj!
Czeladnik szarpnął linę.
Kharra uderzyła ramieniem w ścianę. Warkocz ciągnął dalej, jakby ktoś chwycił go z dołu.
Nie krzyknęła.
Wyciągnęła klin.
Jednym ruchem przecięła włosy przy karku.
Warkocz zniknął w czerni.
Kharra została z głową lekką jak po gorączce.
— Kharra?!
Spojrzała niżej.
Nic.
Tylko woda.
Wiedziała, co się stało.
Podciśnienie.
Wąska szczelina zasysała wodę i powietrze do bocznej komory. Warkocz znalazł się w strudze.
Żadna ręka.
Żaden potwór.
Głębia nie potrzebowała palców, żeby zabić.
— Ciszej — powiedziała.
— Co?!
Dotknęła obciętych włosów.
— Słucha fryzury.
Czeladnik zaklął.
I wtedy skała pod jej dłonią zaśpiewała.
Nie pomruk.
Nie trzask.
Ton.
Czysty.
Metaliczny.
Przeszedł przez granit i przez jej kości.
Kharra zamarła.
Ton wzrósł.
Potem opadł.
Jakby coś daleko pod nią próbowało znaleźć właściwą wysokość.
Mosiężny młotek przy jej pasie odpowiedział sam.
Cicho.
Dzyń.
Kharra patrzyła w ciemność.
— Wyciągaj mnie.
Tym razem czeladnik nie pytał.
*
Godzinę później siedziała przed Zarządem Wód.
Na stole między nią a trzema urzędnikami leżał jej obcięty warkocz.
Położyła go tam specjalnie.
Przewodniczący Zarządu, Orvek Sann, patrzył na niego z wyraźnym dyskomfortem. Był człowiekiem o bardzo czystych rękach jak na kogoś zarządzającego całą wodą Kadar-Belan.
Po lewej siedział krasnoludzki mistrz cechowy Hadrun Kel.
Kiedy Kharra weszła, nie spojrzał najpierw na jej twarz.
Spojrzał na włosy.
Długie robocze warkocze nie były dla krasnoludów święte ani obowiązkowe, ale w starszych cechach oznaczały ciągłość fachu: lata przy piecach, szybach i młotach, których nie trzeba było zaczynać od nowa.
Hadrun patrzył teraz na jej obcięty kark z miną człowieka, któremu ktoś pokazał pęknięte narzędzie mistrza.
Kharra od razu go za to nie polubiła bardziej.
Po prawej siedziała elfia urzędniczka harmoniczna, Ilaeth, z woskowymi zatyczkami wiszącymi na mosiężnym łańcuszku.
Kharra nie lubiła komisji złożonych z trzech ras.
Zbyt wiele sposobów ignorowania oczywistości w jednym pomieszczeniu.
— Czy ten warkocz musi leżeć na stole? — zapytał Orvek.
Kharra opukała blat.
Drewno odpowiedziało pustawo.
— Stół jest gorszy.
— Mówię o włosach.
— Moje.
— Widzimy.
— Dobrze.
Orvek zamknął oczy na sekundę.
— Powtórz — powiedział Hadrun.
— Skała śpiewa.
Orvek westchnął.
— Użyjmy języka technicznego.
— Technicznie: skała śpiewa.
Ilaeth uniosła brew.
— Ward?
— Zdrowy.
— Pompa?
— Równo.
— Naprężenie?
— Jest.
— Jak zawsze.
Kharra pochyliła się.
— Nie jak zawsze.
— Co słyszałaś?
— Ton.
— Jaki?
— Niski.
— To nie jest jednostka.
Kharra popatrzyła na nią.
— Było ciemno, mokro i coś próbowało wciągnąć mi włosy do szczeliny. Następnym razem zabiorę orkiestrę.
Hadrun nadal zerkał na jej obcięty kark.
— Główny szyb studzienny też zaczął brzmieć.
Kharra odwróciła głowę.
— Od kiedy?
— Trzy dni.
— I mówicie mi teraz?
— Mieliśmy studniarzy.
— To po co ja tu jestem?
Orvek wsunął w jej stronę kartę.
Pieczęć Zarządu.
Druga pieczęć cechu.
Trzecia harmoniczna.
— Bo teraz śpiewa sześć studni.
Kharra przeczytała.
— I?
— Ludzie zaczęli słyszeć głosy.
Kharra odłożyła kartę.
— Ludzie słyszą głosy po źle przepędzonym Cugowcu.
— Dzieci słyszą swoje imiona.
— Dzieci słyszą swoje imiona wszędzie. Rodzice je wrzeszczą.
Ilaeth wyjęła zatyczki.
Jej długie uszy poruszyły się lekko.
— Ja też słyszałam.
Kharra spojrzała.
— Słowa?
— Nie.
— Więc nie głos.
— Ludzki mózg nie potrzebuje słów, żeby rozpoznać nawoływanie.
— Ludzki mózg rozpoznaje świętych w pleśni na serze.
Orvek przesunął kolejny dokument.
— Chcemy, żebyś to naprawiła.
Kharra zaśmiała się krótko.
— Co dokładnie?
— Dźwięk.
— Świetnie. Po południu naprawię zimę.
Hadrun nie uśmiechnął się.
— Jeśli ustalisz przyczynę i przywrócisz stabilność, wniosek o pełny znak mistrzowski przejdzie bez kolejnej próby.
Kharra zamilkła.
Orvek zauważył.
Oczywiście.
Urzędnicy słyszeli ciszę wtedy, kiedy przynosiła im korzyść.
— Pełny znak? — zapytała.
Hadrun skinął.
— Twoja praca na Poziomie Dziesiątym była wystarczająca technicznie. Brakowało zadania o znaczeniu miejskim.
— I teraz mi je dajecie.
— Jeśli chcesz.
Kharra spojrzała na własny warkocz.
Potem na pieczęcie.
Pełny znak.
Wreszcie.
Nie „dobra jak na córkę Teralda”.
Nie „dobry dotyk, za miękka ręka”.
Nie „po tym, co stało się z Darinem, może powinna pracować wyżej”.
Pełny znak.
Jej.
— Kto prowadzi studnie? — zapytała.
Orvek skrzywił się, zanim odpowiedział.
— Sammel Uth.
Kharra oparła głowę o krzesło.
— Ten śpiewak?
Ilaeth poprawiła:
— Studniarz.
— On sam mówi „śpiewak”.
— Ma certyfikat.
— Karczma „Pod Przeciekiem” też ma certyfikat.
— Dwukrotnie odnawiany — powiedział Orvek.
Kharra wstała.
Wzięła warkocz.
— Ward jest zdrowy. Czyli problem ma zęby.
II
Sammel Uth śpiewał do pustego kufla.
Nie metaforycznie.
Stał przy barze „Pod Przeciekiem”, trzymał gliniane naczynie na wysokości twarzy i wydawał niski, czysty ton.
Kufel odpowiedział lekko wyżej.
Sammel zmarszczył nos.
— Źle wypalony.
Karczmarz nawet nie podniósł wzroku.
— To trzeci dziś.
— Dwa poprzednie były uczciwe.
— Ty jesteś pijany.
— Jeszcze nie.
Kharra zatrzymała się w wejściu.
Sammel miał srebrzyste włosy związane nisko i twarz elfa, który na pierwszy rzut oka wyglądał na trzydzieści kilka lat, a na drugi — na kogoś, kto pamiętał przebudowę ulic starszych niż rozmówcy.
Przy pasie nosił mosiężne kamertony.
Na szyi szeroki kołnierz chroniący gardło przed lodowatym cugiem.
Ilaeth miała rację.
Certyfikat pewnie też.
Szkoda.
Sammel zauważył Kharrę.
Spojrzał na jej obcięte włosy.
Nie skomentował.
Plus jeden.
— Stroicielka.
— Studniarz.
— Kamieniarka.
— Śpiewak.
— To obraza?
— Jeszcze nie zdecydowałam.
Sammel odstawił kufel.
— Piwo?
Kharra opukała blat.
— Krzywy.
— Pytam o piwo.
— Też.
Karczmarz postawił przed nią kubek żelaznej herbaty.
— Dziś nie pijesz.
Kharra spojrzała.
— Od kiedy?
— Od kiedy szyby strzygą ci włosy.
Sammel uśmiechnął się.
— Podciśnienie? — zapytał.
— Tak.
— Dobrze.
— Co dobrze?
— Że nie duch.
Kharra wypiła.
Herbata smakowała metalem i cierpkim porostem.
— Studnia Czwarta.
Sammel przestał się uśmiechać.
— Kiedy?
— Teraz.
— Za godzinę będzie niższy ruch wind.
— Teraz.
Sammel westchnął.
— Elfom wolno czekać.
— Skała nie wie, że jesteś elfem.
— Właśnie dlatego powinna się nauczyć.
Kharra wstała.
Sammel opróżnił kufel jednym ruchem.
— Piję, bo suche gardło kłamie gorzej niż pijane.
— Jeszcze raz powiesz coś podobnego przy studni, klin pójdzie w kolano.
— To jest krasnoludzki flirt?
Kharra spojrzała.
Sammel podniósł dłonie.
— Techniczne pytanie.
*
Studnia Czwarta znajdowała się na Poziomie Siódmym, w okrągłej hali o ścianach obłożonych starym czarnym granitem.
Wokół cembrowiny zebrało się kilkudziesięciu ludzi.
Kharra nie lubiła tłumów przy studniach.
Studnia nie potrzebowała publiczności.
Publiczność za to zawsze potrzebowała katastrofy.
Orvek stał przy wejściu z dwoma strażnikami.
— Rozproszyć ich — powiedziała Kharra.
— Próbowaliśmy.
— Źle.
Sammel przeszedł obok niej.
— Ja spróbuję.
Stanął na krawędzi.
— Jeśli ktoś wpadnie, Zarząd pobiera opłatę za wydobycie ciała!
Tłum cofnął się natychmiast.
Kharra spojrzała na Orveka.
— Widzisz?
Sammel zdjął kołnierz i wyjął jeden z kamertonów.
Uderzył.
Ton był ledwo słyszalny.
Potem schował instrument.
— Nie potrzebujesz? — zapytała Kharra.
— Chcę usłyszeć, co było pierwsze.
— Przesąd.
— Fach.
Sammel zamknął oczy.
Wziął oddech.
Zaśpiewał.
Jeden niski ton.
Czysty.
Kharra poczuła go w mostku.
Dźwięk opadł w studnię.
Jedna sekunda.
Dwie.
Trzy.
Cztery.
Pięć.
Sześć.
Z dołu wróciło echo.
Ale nie ten sam ton.
Kharra uniosła głowę.
Sammel otworzył oczy.
Echo rozdzieliło się najpierw na dwa dźwięki, potem trzy.
Metaliczne.
Głębokie.
Jakby gdzieś pod nimi ktoś uderzył w ogromne misy z brązu.
Kamień pod nogami zadrżał.
Ludzie umilkli.
Kharra spojrzała na Sammela.
— Zrobiłeś to?
— Chciałbym.
Studnia odpowiedziała czwartym tonem.
Niższym.
Nie należał do akordu.
Sammel zmarszczył brwi.
— To nie jest echo.
— Wiem.
— To odpowiedź.
— Rezonans.
— Każda odpowiedź jest rezonansem czegoś.
Kharra uklękła i przyłożyła dłoń do granitu cembrowiny.
Drżał.
Nie regularnie.
Wzór się zmieniał.
Sammel zaśpiewał ponownie.
Inny ton.
Studnia odczekała.
Odpowiedziała niżej.
— Nie powtarza — powiedziała Kharra.
— Nie.
— Przesuwa.
— Tak.
— Dlaczego?
— Gdybym wiedział, nie potrzebowalibyśmy ciebie.
Kharra spojrzała.
— Pierwsza rozsądna rzecz.
Z tłumu ktoś krzyknął:
— To przodkowie!
Starsza kobieta obejmowała dziecko.
— Mój ojciec pracował przy tej studni! Słyszałam go wczoraj!
— Co powiedział? — zapytała Kharra.
Kobieta zamarła.
— Nie… słowa.
— Więc nie powiedział.
— Wołał.
Kharra chciała odpowiedzieć.
Sammel dotknął jej ramienia.
Lekko.
— Nie teraz.
— Dlaczego?
— Bo ludzie wolą zmarłego ojca od rury.
— To nie rura.
— Jeszcze gorzej.
Z bocznego korytarza dobiegł dziecięcy głos.
— Sammel!
Chudy chłopiec w skórzanym kasku przecisnął się między dorosłymi. Miał może dziesięć lat, na ramieniu zwój cienkiej linki, a u pasa mały miedziany róg.
— Vetch — powiedział Sammel. — Dlaczego nie jesteś na Ósmym?
— Bo Ósmy śpiewa.
— Wszystkie śpiewają.
— Nie tak.
Vetch dopadł do cembrowiny.
Kharra złapała go za kołnierz.
— Nie.
— Pracuję tu.
— Przestałeś.
Chłopiec spojrzał na Sammela.
— Powiedz jej.
— Ma rację.
Vetch skrzywił się.
Jego dłonie były już za twarde jak na dziesięciolatka. Paznokcie miał czarne od rur i smaru.
— Zmieniła końcówkę — powiedział.
Kharra puściła kołnierz.
— Co?
— Studnia.
Sammel spoważniał.
— Pokaż.
Vetch zanucił trzy krótkie dźwięki.
Nieładne.
Dziecięce.
Studnia odpowiedziała.
Nie echem.
Czwartym dźwiękiem.
Dokładnie takim, którego Vetch nie zaśpiewał.
W hali ktoś upuścił metalowy kubek.
Vetch uśmiechnął się, ale nie triumfalnie. Raczej tak, jak robotnik, któremu wreszcie ktoś uwierzył w przeciek.
— Od rana tak robi.
Sammel pobladł.
— Jeszcze raz.
Vetch zaśpiewał inną sekwencję.
Studnia dokończyła.
Kharra poczuła, jak krótkie włosy na karku unoszą się.
Sammel powiedział:
— To nie powtarza.
— Wiem.
— Uczy się?
Kharra spojrzała w ciemną cembrowinę.
Na dole coś zaśpiewało bez pytania.
III
Zarząd Wód wydał zakaz używania słowa „głos”.
Następnego ranka całe Kadar-Belan mówiło o głosach.
Na Wiszącym Rynku sprzedawano korki na duchy studzienne.
Przed Studnią Drugą pewien człowiek za dwa żetony dźwigowe oferował rozmowę ze zmarłymi.
Przy Studni Piątej zostawiano miedziane druciki.
Na Placu Echa dwóch kapłanów pokłóciło się publicznie, czy dźwięk należy błogosławić, czy egzorcyzmować.
Zarząd odpowiedział formularzem.
Kharra trzymała go w ręku.
— „Zgłoszenie nieautoryzowanego zjawiska głosowego”.
Sammel pił herbatę.
— Elegancko.
— Punkt czwarty: „Czy zjawisko podaje się za przodka, ducha, świętego lub pracownika Zarządu?”
— Jeśli poda się za Zarząd, zamykamy studnię.
Vetch siedział na skrzyni i rozłupywał skorupę raka dzwonnika kamieniem.
Kharra spojrzała.
— Powinieneś być na zmianie.
— Zmianę zamknęli.
— Zjadłeś?
Vetch wzruszył ramionami.
Kharra przesunęła w jego stronę połowę swojego placka.
Nie podziękował.
Zjadł.
To jej się podobało bardziej.
Na stole leżały kamertony, igły szczelinowe, mokre karty z zapisanymi tonami i dwie klatki z rakami.
Skorupiaki były niespokojne.
Stukały szczypcami o drut.
Tik.
Tik-tik.
Tik.
Kharra patrzyła.
— To nie przeciek.
Sammel skinął.
— Zaczęły godzinę temu.
— Wszystkie?
— Tylko z poziomów poniżej Szóstego.
Vetch przełknął placek.
— One słyszą wcześniej.
— Raki nie słyszą pieśni — powiedziała Kharra.
— To czemu stukają razem?
Sammel uniósł klatkę.
Raki rzeczywiście uderzały niemal w rytm.
Tik.
Tik-tik.
Tik.
Przerwa.
Kharra wyjęła młotek i odpowiedziała tym samym rytmem w blat.
Raki zamarły.
Po chwili wszystkie jednocześnie uderzyły trzy razy.
Tik-tik-tik.
Sammel spojrzał na Kharrę.
— Nie podoba mi się to.
— Dobrze.
— Dlaczego dobrze?
— Bo wreszcie się zgadzamy.
*
Zeszli na Poziom Dziesiąty klatką balastową.
Nie miała ścian.
Tylko drewnianą platformę, trzy rzędy łańcuchów i czarną przepaść wokół.
Kharra stała szeroko na nogach. Jej niski środek ciężkości dawał jej przewagę na kołyszącej się platformie, ale dłoń na łańcuchu miała zaciśniętą zbyt mocno.
Sammel zauważył.
Nic nie powiedział.
Vetch siedział na worku z liną i zaczął wysuwać nogi nad pustkę.
Kharra złapała go za tył kaftana.
— Nogi.
Schował.
Bez żartu.
Dobrze.
Klatka opadała.
Kadar-Belan otwierało się wokół nich.
Na Poziomie Piątym minęli Plac Echa.
Na Szóstym słup prawdziwego światła przecinał przepaść, zapalając na chwilę mosiężne rury i mokre mosty.
Na Siódmym wisiało pranie.
Na Ósmym zaczynała się wilgoć.
Na Dziewiątym powietrze robiło się zimniejsze.
Na Dziesiątym nie było już dziennego światła.
Tylko bursztynowe kaganki.
Porostówki.
Rury.
I nieustanny dźwięk wody.
Sammel wyjął zatyczki.
Przyłożył palec do ucha.
— Co? — zapytała Kharra.
— Nic.
— Kłamiesz.
Spojrzał.
— Skąd?
— Śpiewasz równo.
Sammel uśmiechnął się.
Za późno.
Kharra zapamiętała.
Klatka zatrzymała się z jękiem.
Operator bez brwi otworzył blokadę.
— Dalej pieszo. Dolna Nadzieja stoi.
Kharra spojrzała na tabliczkę.
KLATKA BALASTOWA NR 6 — NADZIEJA
Pod spodem ktoś napisał węglem:
LINA — ZOBACZYMY
Sammel parsknął.
Kharra tylko pokręciła głową.
*
Korytarz prowadzący do starej cembrowiny był pusty.
Zbyt pusty.
Kharra wyjęła porostówkę.
Zielone światło pokazało wilgotne ściany.
— Ognia nie zapalaj — powiedział Sammel.
— Wiem.
— Mówię do Vetcha.
— Też wiem — mruknął chłopiec.
Kharra przykucnęła.
Przyłożyła dłoń do podłogi.
— Gaz.
Sammel spojrzał.
— Czujesz?
— Nie.
Wsunęła igłę szczelinową w rysę. Kropla wosku na końcu zadrżała.
— Powietrze schodzi w dół.
Vetch podał miedziany róg.
Sammel przyłożył.
— Echo umarło.
— Kieszeń.
— Tak.
Vetch już zakładał mokrą chustę.
Kharra złapała go za ramiona.
— Wracasz.
— Przejście jest za wąskie dla was.
— Wiem.
Nie lubiła tego słowa.
Sammel powiedział:
— Sześć łokci. Potem krata. Nosi porostówkę i linkę.
— Wysyłacie dzieci w kieszenie gazowe.
— Wysyłamy nasłuchiwaczy tam, gdzie nie wchodzą dorośli.
— To nie brzmi lepiej.
Vetch stał bez ruchu.
Nie był podekscytowany.
Po prostu czekał na decyzję dorosłych, od których zależało, czy dziś dostanie wynagrodzenie.
To zirytowało Kharrę bardziej niż jego wcześniejsza bezczelność.
Uklękła i zaciągnęła węzeł na jego pasie.
— Jeśli porost przygaśnie, wracasz. Jeśli zakręci ci się w głowie, wracasz. Jeśli linka dwa razy szarpnie bez twojej ręki—
— Wracam.
— Dobrze.
Vetch zniknął w szczelinie.
Kharra została z linką.
Sześć łokci.
Dziesięć.
Dwanaście.
— Za daleko — powiedziała.
Sammel przyłożył palce do liny.
— Idzie.
— Wiem.
— Drżysz.
— Lina.
— Nie.
Kharra spojrzała.
Sammel nie uśmiechał się.
— Darin?
— Nie.
— Dobrze.
— Co dobrze?
— Nie chciałem, żebyś mówiła.
Vetch zawołał:
— Jest krata!
Kharra natychmiast wróciła do pracy.
— Co za nią?
— Woda.
— Ile?
— Nie widzę dna.
Sammel przykucnął.
— Vetch. Jeden ton.
Kharra odwróciła głowę.
— Nie.
— Musimy wiedzieć, czy odpowiada przez tę komorę.
— Dziecko siedzi w kieszeni gazowej.
Vetch zaśpiewał bez pytania.
Krótko.
Nisko.
Kharra zaklęła.
Cisza.
Potem odpowiedź.
Nie przez powietrze.
Przez skałę.
Ściana przy jej ramieniu zadrżała.
Porostówka rozbłysła.
Sammel wstał.
— To przeszło bokiem.
Kharra położyła dłoń na murze.
Ton biegł przez granit dalej i głębiej.
Nie od studni.
Studnie tylko go zbierały.
Linka nagle szarpnęła.
Raz.
Drugi.
Kharra zaczęła ciągnąć.
Sammel pomógł.
Vetch wysunął się blady, ale przytomny.
Kharra sprawdziła jego źrenice.
— Co?
Chłopiec oddychał szybko.
— Tam jest ciepło.
— Woda?
— Kamień.
Dotknęła jego dłoni.
Była ciepła.
Za ciepła.
— Co jeszcze?
Vetch spojrzał w szczelinę.
— Ściana się ruszyła.
Sammel spoważniał.
— Pękła?
— Nie.
Chłopiec przesunął dłonią bardzo powoli.
— Tak jak… jak brzuch przy spaniu.
Kharra nie odpowiedziała.
Pod jej własną dłonią ściana właśnie zrobiła to samo.
Mikroskopijny nacisk.
Potem odprężenie.
Jak wdech.
IV
Tej nocy Kharra nie spała.
Leżała twarzą do ściany.
Jak zawsze od śmierci Darina.
Na stoliku stał kubek żelaznej herbaty.
Wystygł.
Po drugiej stronie izby obcięty warkocz leżał zwinięty jak martwe zwierzę.
Kharra patrzyła na mur.
Oddychał?
Nie.
Oczywiście, że nie.
Kamień pracował.
Uginał się.
Oddawał ciśnienie.
Zmieniało go ciepło i woda.
Kharra znała sto powodów.
Sto jeden.
Żaden jej się nie podobał.
Za ścianą coś stuknęło.
Tik.
Przerwa.
Tik-tik.
Tik.
Kharra usiadła.
Rak?
Nie.
Za wysoko.
Wstała i przyłożyła ucho.
Ten sam rytm co w klatce.
— Nie.
Ściana nie odpowiedziała.
Położyła się.
Pięć minut później była ubrana.
*
Sammel mieszkał dwa poziomy wyżej.
Otworzył po trzecim uderzeniu.
Bez koszuli.
Kharra patrzyła sekundę za długo.
Nie spodobało jej się to.
— Masz ton?
Sammel spojrzał na korytarz.
— Dobry wieczór również.
— Ton.
Kharra wystukała rytm na framudze.
Tik.
Tik-tik.
Tik.
Sammel spoważniał.
— Gdzie?
— W mojej ścianie.
Wpuścił ją.
Mieszkanie było małe.
Na stole stały trzy kamertony, dwa puste kufle i garnek z czymś, co ewidentnie przegrało walkę z gotowaniem.
Kharra zajrzała.
— Co to?
— Kolacja.
— Była.
Sammel westchnął.
— Elfy nie muszą być dobre we wszystkim.
— Spróbuj jedzenia.
Usiadła i opukała stół.
— Krzywy.
— Wynajmuję.
— Powtórz ton.
Sammel zanucił.
Za drugim razem zadrżało szkło.
Kharra spojrzała.
— Co?
— Nic.
— Znowu śpiewasz równo.
Sammel przestał.
— Co masz z tym?
— Kiedy kłamiesz, jesteś zbyt czysty.
Długo milczał.
— Nie słyszę tego — powiedział.
— Czego?
— Dolnej składowej.
— Dziś słyszałeś.
— Widziałem wasze reakcje. Znałem wzór. Uzupełniłem.
Kharra patrzyła.
— Od kiedy?
— Kilka lat.
— Kilka?
— Dla mnie niedawno.
— Dla człowieka to trzy pogrzeby.
Sammel uniósł brew.
— Dziwnie konkretne.
— Prawdziwe.
Kharra wstała.
— Nie możesz prowadzić studni.
— Mogę.
— Nie słyszysz.
— Słyszę wystarczająco.
— To nie jest jednostka.
Sammel uśmiechnął się bez humoru.
— Brzmisz jak Zarząd.
— Cofam.
— Dziękuję.
— Brzmisz jak idiota.
— Lepiej.
Kharra podeszła do okna wykutego w skale. Otwierało się na studnię wentylacyjną pełną drobnych lamp.
— Dlaczego nikomu nie powiedziałeś?
— Bo mój fach umiera.
— Twój słuch.
— To samo.
Kharra odwróciła się.
— Nie.
Sammel spojrzał.
— Łatwo powiedzieć komuś z dobrym uchem.
Kharra dotknęła pasa, gdzie zwykle wisiał młotek.
Nie miała go.
Dziwnie.
— Mój brat zginął w zawale.
Sammel nie poruszył się.
— Wiem.
— Nie wiesz.
— Znam imię.
— To nie to samo.
— Nie.
Kharra patrzyła na niego.
— Od tamtej pory, kiedy słyszę zły ton, chcę go uciszyć.
Sammel skinął.
— Rozumiem.
— Nie mów.
— Dobrze.
— I nie śpiewaj.
— To trudniejsze.
Prawie się uśmiechnęła.
Za ścianą coś nisko zawibrowało.
Sammel odwrócił głowę.
— Nie słyszę.
Kharra przyłożyła dłoń do muru.
Drżenie było wyraźne.
— Ja czuję.
Sammel podszedł.
— Pokaż.
Wzięła jego dłoń.
Przyłożyła do granitu.
Palce miał dłuższe i lżejsze niż jej.
— Tu.
Sammel zmarszczył brwi.
— Nic.
Przesunęła jego rękę o szerokość paznokcia, własną dłoń zostawiając na wierzchu.
— Teraz?
Jego oczy się rozszerzyły.
— Tak.
Nie odsunęli rąk od razu.
Kharra zauważyła.
Sammel również.
Pierwszy zabrał swoją.
— To może być problem dla całej mojej tożsamości.
— Przeżyjesz.
— Pocieszająca.
— Nie pocieszam.
— Wiem.
Kharra powiedziała:
— Nauczę cię słuchać rękami.
— Jeśli?
— Nauczysz mnie fałszować.
Sammel uśmiechnął się.
— To akurat umiem.
V
Dwa dni później Kadar-Belan prawie utonęło na Poziomie Szóstym.
Nie w wielkiej powodzi.
W czymś gorszym.
W wodzie, która pojawiła się tam, gdzie nie powinna.
Najpierw cienka struga wyszła ze ściany mieszkania nad piekarnią.
Potem druga z kanału wentylacyjnego.
Potem cała magistrala na Poziomie Siódmym wydała dźwięk podobny do pękającego zęba.
Kharra była na Wiszącym Rynku, kiedy go usłyszała.
Sammel, stojący przy stoisku z suszonym mięsem, odwrócił się w tej samej chwili.
Vetch pierwszy powiedział:
— Biegnie.
Kharra już biegła.
*
Słup wody szedł w górę klatką schodową.
Nie spadał.
Wspinał się.
To właśnie przeraziło ludzi.
Woda nie powinna iść w górę.
Ciśnienie nie pytało, co powinno.
Na Poziomie Szóstym zebrała się masa mieszkańców.
Dzieci.
Worki.
Klatki z przepiórkami.
Jedna kołyska pływała między stopniami.
Kharra dopadła do magistrali.
Z pęknięcia wychodził strumień cienki jak ręka i ciął drewnianą poręcz.
— Nie dotykać!
Mężczyzna z wiadrem zatrzymał się.
— Chciałem—
— Chcesz mieć mniej palców?
Sammel dopadł obok.
— Skąd?
Kharra przyłożyła młotek do ściany.
Nie uderzyła.
Słuchała przez trzonek.
— Z dołu.
— Wszystko jest z dołu.
— Nie teraz.
Kolejny huk.
Kharra spojrzała na szyb windy.
Nadjeżdżała „Nadzieja”.
Pusta.
Operator próbował ściągnąć ją w górę.
— Zatrzymaj!
— Nie mogę!
— Zetnij balast!
— Zwariowałaś?!
— Tak!
Sammel już biegł do dźwigni.
Operator złapał go.
— Nie dotykaj!
Kharra uderzyła człowieka płaskim klinem w mostek.
Nie mocno.
Wystarczająco.
— Protokół nie pływa.
Sammel zwolnił balast.
Klatka opadła pół poziomu.
— Lina! — wrzasnęła Kharra.
— Która?!
— Zobaczymy!
Sammel popatrzył sekundę.
— Naprawdę?
— Teraz?!
Przecięli prowadzenie.
Nadzieja obróciła się i uderzyła bokiem w wąski prześwit między ścianami.
Metal zawył.
Platforma stanęła w poprzek kanału.
Woda walnęła w nią.
Na moment klatka stała się tamą.
— Dzieci najpierw! — krzyknął Sammel.
— Kto ma nogi, biegnie! — poprawiła Kharra.
Vetch wszedł do wody.
— Vetch!
Chłopiec nie spojrzał.
Złapał kołyskę, popchnął ją do kobiety wyżej i dopiero wtedy cofnął się.
Kharra chciała go wyciągnąć, ale z szybu dobiegł metaliczny jęk.
Nadzieja się wyginała.
— Trzy minuty — powiedziała.
Sammel spojrzał.
— Skąd wiesz?
— Nie wiem.
— Pocieszające.
— Dwie.
Woda rosła.
Do kolan.
Do ud.
Sammel stał na schodach i wydawał polecenia głosem tak nośnym, że przebijał huk.
Nie śpiewał.
Mówił.
Kharra zauważyła różnicę.
Gdy ostatnia rodzina przeszła na górę, metal jęknął drugi raz.
— Teraz!
Sammel złapał Vetcha.
Kharra ruszyła za nimi.
Nadzieja puściła.
Woda przebiła się przez szyb.
Uderzenie rzuciło Kharrę na ścianę.
Przez chwilę nie widziała.
Potem ktoś ciągnął ją za kołnierz.
Sammel.
— Wstawaj!
— Wiem!
— To wstawaj!
Nie mogła rozluźnić palców.
Zacisnęły się na kracie tak mocno, że knykcie zbielały.
Sammel zobaczył.
Nie ciągnął mocniej.
Po prostu położył własne dłonie na jej palcach i odgiął jeden po drugim.
Kharra pozwoliła.
Pierwszy.
Drugi.
Trzeci.
Dopiero kiedy ręka była wolna, spojrzała mu w oczy.
— Nikomu.
— Co?
— Nikomu.
— Oczywiście.
Pobiegli.
Za nimi woda niosła deski, garnki, fragment stołu i jedną przerażoną przepiórkę siedzącą na odwróconym wiadrze.
Kharra parsknęła.
Sammel również.
Nie dlatego, że było zabawnie.
Dlatego, że prawie nie było.
*
Godzinę później siedzieli na mokrej kracie.
Kharra miała rozcięty łokieć.
Sammel krwawił z nosa.
Vetch jadł placka bielicowego obiema rękami.
— Magistrala była zdrowa — powiedziała Kharra.
Sammel otarł nos.
— Nie lubię już tego słowa.
— Ja też.
— Woda poszła przeciwnie do spadku.
— Ciśnienie.
— Skąd?
Kharra spojrzała w dół.
— Z czegoś, co oddycha.
Sammel nie zażartował.
Vetch przeżuł.
— Za robotę dziś płacą?
Kharra spojrzała.
— Powinni.
— Bo jeśli zamkną poziom, właściciel izby i tak weźmie czynsz.
Kharra wyciągnęła z kieszeni monetę.
Vetch popatrzył.
— To za dużo.
— Wiem.
Wziął.
Nie podziękował.
Sammel siedział tak blisko, że ich mokre ramiona się dotykały.
— Zarząd będzie chciał zamknąć dolne studnie.
— Tak.
— I klinować.
— Tak.
— Możesz ich powstrzymać?
Kharra długo milczała.
— Mam pełny znak na stole.
Sammel spojrzał.
— A.
— Nie mów „a”.
— Nic więcej nie mam.
— Dobrze.
Kharra popatrzyła na własne dłonie.
— Jeśli to usterka, naprawiam.
— A jeśli nie?
Sammel dotknął jej ramienia.
Jak zawsze przed czymś ważnym.
— Wtedy może pierwszy raz w życiu nie musisz.
VI
Zeszli poniżej Poziomu Trzynastego bez zgody Zarządu.
Kharra uważała, że zgoda jest przydatna głównie wtedy, kiedy człowiek planuje wrócić tą samą drogą.
Vetch miał zostać na górze.
Oczywiście zszedł.
Kharra odkryła to, kiedy kichnął za nimi.
Odwróciła się.
— Nie.
— Zmianę i tak mi odwołali.
— Wracasz.
— Sam?
Kharra spojrzała na Sammela.
Elf podniósł dłonie.
— Nie jestem jego opiekunem.
— Jesteś starszy od mojej babki.
— To nie czyni mnie mądrzejszym.
— Wreszcie prawda.
Szli dalej.
Na dole zmieniała się skała.
Granity robiły się ciemniejsze.
Spoin było mniej.
Niektóre ściany wyglądały, jakby zostały wygładzone wodą, choć wody nie było.
Kharra dotknęła jednej.
Ciepła.
— To nie jest robota krasnoludzka — powiedział Sammel.
— Nie zaczynaj.
— Nie powiedziałem „przedludzka”.
— Pomyślałeś.
— Oczywiście.
— Ludzie i elfy lubią, kiedy coś jest starsze od nich.
— Krasnoludy nie?
— My wolimy, kiedy jest dobrze zrobione.
Przeszli pod starym wardem fundamentowym.
Znak był wykuty w monolicie.
Kharra zatrzymała się.
— Zdrowy.
— Znowu to słowo.
Ward świecił słabo.
Kharra trzymała mosiężny młotek w dłoni i patrzyła przez bursztynowy monokl na drobne rysy kwarcu.
Nie szukała cudu.
Uderzała.
Obserwowała.
Porównywała.
Czytała geometrię naprężeń po tym, jak kamień oddawał impuls.
Młotek dotknął skały.
Ward odpowiedział.
Ale ton nie osłabł.
Przeciwnie.
Ten sam czysty dźwięk pojawił się w ścianie trzydzieści kroków dalej.
Potem jeszcze dalej.
Potem gdzieś nad nimi.
Sammel spojrzał w górę.
— Poszło przez całe miasto.
— Wardy nie są tak połączone.
— Przed chwilą były.
Kharra przycisnęła policzek do kamienia.
Drżenie.
Nie ward.
Coś niżej.
Sammel uderzył kamertonem.
Nic.
Przesunął się pół kroku.
Pobladł.
— Co?
— Węzeł fali.
Kharra poczuła chwilę później.
Nacisk w brzuchu.
Mdłości.
Vetchowi popłynęła krew z nosa.
— Cofnij!
Przesunęli się.
Objawy zniknęły.
— Fala stojąca — powiedział Sammel.
— Od czego?
— Ty mi powiedz.
Kharra patrzyła w tunel.
Nie miała odpowiedzi.
I zaczynało ją to drażnić bardziej niż strach.
*
Komora znajdowała się niżej niż jakakolwiek mapa Zarządu.
Nie była idealnie okrągła.
Nie była zbudowana.
To ucieszyło Kharrę.
Gdyby była zbudowana, ktoś natychmiast wymyśliłby cywilizację, która wszystko wyjaśnia.
Komora była naturalna.
Olbrzymia.
Strop ginął w ciemności.
Z sufitu zwisały pasma białego kalcytu i kwarcu cienkie jak korzenie.
Na dole przesuwała się czarna woda.
Kharra położyła dłoń na ścianie.
Ciepło.
Drżenie.
Powolny nacisk.
— Tu.
Sammel stanął obok.
— Co?
— Rośnie.
— Skała?
— Nie wiem.
— Bardzo technicznie.
Kharra przesunęła dłoń.
Pod palcami struktura nie była jak zwykły granit.
Cienkie warstwy nakładały się na siebie.
Jak kamień budowany sam na sobie.
Vetch dotknął niżej.
— Miększe.
— Nie dotykaj.
— Ty dotykasz.
— Jestem starsza.
— Sammel też.
— To nie argument — powiedziała Kharra.
Sammel zaśpiewał krótki ton.
Komora odpowiedziała setkami mikroskopijnych drżeń.
Kwarc na stropie zadrżał.
Woda zmarszczyła się.
Kharra poczuła wzór pod dłonią.
Sammel zaśpiewał wyżej.
Reakcja się zmieniła.
— Reaguje — powiedział.
— Tak.
Vetch zmarszczył brwi.
— Nie tak jak studnia.
— Jak?
— Studnia kończy. To… oddycha piosenką.
Kharra nie chciała metafory.
Metafora przyszła sama.
Struktura pod miastem nie była jednym blokiem.
Była siecią mineralnych warstw.
Woda przechodziła między nimi.
Ciśnienie je otwierało i zamykało.
Powoli.
Bardzo powoli.
To rosło.
Nie jak roślina.
Nie jak zwierzę.
Ale rosło.
Kharra poczuła zimno.
Nie od komory.
Od myśli.
— Darin.
Sammel nic nie powiedział.
Kharra odsunęła rękę.
— Jeśli kamień przenosi dźwięk przez lata…
— Kharra.
— Nie.
— Nie wiesz.
— Nie.
— I właśnie dlatego—
— Nie.
Przyłożyła młotek.
Uderzyła rytmem używanym podczas zawalu Darina.
Trzy krótkie.
Dwa długie.
Żywy pod gruzem.
Czekała.
Komora odpowiedziała.
Trzy krótkie.
Dwa długie.
Kharra przestała oddychać.
— Jeszcze raz — powiedziała.
Uderzyła.
Trzy.
Dwa.
Odpowiedź.
Ta sama.
— Darin?
Sammel złapał ją za ramię.
— Nie.
— Puść.
— Nie.
— Sammel.
Vetch nagle uderzył dłonią w skałę innym rytmem.
Cztery szybkie.
Jeden wolny.
Komora odpowiedziała.
Cztery.
Jeden.
Potem Vetch zmienił rytm.
Komora zmieniła.
Sammel spojrzał na Kharrę.
Nie musiał nic mówić.
To nie pamiętało Darina.
Reagowało teraz.
Na nich.
Na każdy nowy wzór.
Nadzieja pękła w niej bez dźwięku.
Kharra cofnęła się.
— To nie on.
— Nie.
Uderzyła młotkiem w ziemię.
Raz.
Mocno.
Kwarc odpowiedział brzydkim trzaskiem.
— Nie jest nawet głosem.
— Nie.
— Więc dlaczego ludzie słyszą ludzi?
Sammel spojrzał na wodę.
— Bo studnia robi z drgania coś podobnego do tego, co znamy. A resztę dopowiada głowa.
Vetch powiedział:
— Jak kiedy człowiek słyszy własne imię w tłumie, choć nikt nie wołał.
Kharra patrzyła w czerń.
Darin nie był pod nimi.
Nigdy nie był.
Była skała.
Woda.
I coś tak wolnego, że potrzebowało pokoleń, żeby ktoś zauważył, że się porusza.
Kharra uklękła.
Przyłożyła obie dłonie do ściany.
Poczuła nacisk.
Wzrost.
I po raz pierwszy nie szukała miejsca, w które trzeba wbić klin.
VII
Przez następne dwa dni uczyli się siebie nawzajem.
Sammel próbował słuchać rękami.
Kharra próbowała śpiewać.
Pierwsze szło źle.
Drugie gorzej.
— Jeszcze raz — powiedział Sammel.
Stali w suchej komorze pomiędzy Poziomem Ósmym a Dziewiątym.
Kharra zaczerpnęła powietrza i wydała niski dźwięk.
Sammel skrzywił się.
— Źle.
— Mówiłeś, że mam fałszować.
— Fałszować. Nie zabijać muzykę.
Kharra zrobiła krok.
— Jeszcze jedno słowo.
Sammel uniósł dłonie.
— Jest głęboki. Szorstki. Niewyszkolony.
— Nadal mówisz.
— Komora go lubi.
Kharra zatrzymała się.
— Co?
Sammel wskazał rurę rezonansową.
— Mój czysty ton podbija odpowiedź. Twój rozprasza ją na kilka częstotliwości.
— Mój głos jest lepszy?
Sammel wyglądał, jakby bolało go to fizycznie.
— Nie użyłbym słowa „lepszy”.
— Użyj.
— Nie.
Kharra złapała go za pasek manierki i przyciągnęła.
Pocałowała.
Krótko.
Brudno.
Smakował żelazną herbatą, pyłem i czymś, co czekało między nimi już od chwili, gdy rozluźniał jej palce na zalanym poziomie.
Sammel zastygł.
Kharra puściła.
— To za obrazę głosu.
— Jeśli to kara—
— Nie kończ.
— Technicznie—
— Sammel.
Uśmiechnął się.
Nie było romantycznej ciszy.
Na podłogę spadł pusty kubek.
Oboje odwrócili głowy.
Kubek uderzył.
Echo nie wróciło.
Kharra natychmiast przestała myśleć o pocałunku.
— Źle.
— Bardzo.
Cisza była zbyt pełna.
Kharra uklękła i dotknęła podłogi.
Nic.
— Gdzie rezonans?
Sammel zaśpiewał.
Ton zgasł pół kroku od ust.
— Kharra.
— Wiem.
Cisza przesuwała się przez komorę.
Nie dźwięk.
Brak dźwięku.
Tam, gdzie przechodziła, znikała pompa.
Woda.
Kroki.
Sammel powiedział coś, ale Kharra widziała tylko ruch ust.
Złapała go za rękaw.
Nie za głos.
Cofnęli się.
Jeden krok.
Dwa.
Na trzecim dźwięk wrócił nagle.
Kubek stuknął.
Woda kapała.
Sammel oddychał.
Kharra zaklęła.
— Co to było?
— Dwa rezonanse znosiły się niemal idealnie.
— Po naszemu.
— To pod nami zmienia rytm szybciej.
Kharra spojrzała w dół.
— Rośnie.
— Tak.
— A my je ściskamy nowymi odwiertami.
— I po awarii przekierowaliśmy wodę.
Sammel zamilkł.
Kharra spojrzała.
— Co?
— Zarząd planuje Wielkie Klinowanie jutro.
— Co?
— Podpisali rano.
Kharra ruszyła.
Sammel złapał ją za przedramię.
— Nie naprawisz tego, uderzając szybciej.
Odwróciła się.
— Wiem.
— Na pewno?
Kharra otworzyła usta.
Potem zamknęła.
— Nie.
To była najuczciwsza odpowiedź, jaką miała.
VIII
Zarząd Wód miał dwadzieścia trzy pieczęcie.
Kharra rozważała, czy można nimi zatkać studnię.
— Wielkie Klinowanie jest standardową procedurą — powiedział Orvek.
— Dla martwego górotworu.
— Górotwór jest martwy.
— Nie ten.
Cisza.
Orvek spojrzał na Hadruna.
Hadrun na Kharrę.
Ilaeth siedziała z wyjętymi zatyczkami.
— Wyjaśnij — powiedziała.
Kharra nie chciała.
Każde słowo brzmiało głupiej niż kamień pod dłonią.
— Struktura pod miastem rośnie.
Orvek zamknął oczy.
— Kamień.
— Tak.
— Rośnie.
— Tak.
— Jak roślina?
— Nie.
— Jak grzyb?
— Nie.
— Więc jak?
Kharra uderzyła dłonią w stół.
— Jak kamień.
Orvek patrzył.
— Warstwami. Przez wodę. Pod naciskiem. Reaguje na drgania. Przestawia naprężenia. Nie jest jednym martwym blokiem.
Ilaeth powiedziała:
— To możliwe.
Orvek spojrzał na elfkę.
— Na jakiej podstawie?
— Na podstawie pomiarów, których nie rozumiesz, i ludzi, których zatrudniłeś właśnie dlatego, że rozumieją.
Hadrun pochylił się.
— Nawet jeśli przyjmiemy, że zachowuje się jak system żywy, miasto potrzebuje wody.
— Wielkie Klinowanie ją uszkodzi.
— Skąd wiesz?
— Czuję naprężenia.
— To nie dowód.
— Klin też nie.
Orvek przesunął dokument.
— Po ostatniej awarii pięć tysięcy mieszkańców ma ograniczony dostęp do wody. Dwa poziomy są częściowo ewakuowane. Windy działają na połowie przepływu.
— Wiem.
— Jutro zaczynamy.
Kharra spojrzała na papier.
Na dole:
pełny znak mistrzowski dla prowadzącego stabilizację.
Jej imię już tam było.
Hadrun powiedział:
— To twoja praca.
— Nie.
— Prosiłaś o zadanie miejskie.
— To nie jest naprawa.
— Ludzie chcą ciszy.
Kharra podniosła głowę.
— Cisza nie znaczy, że dach jest zdrowy.
Hadrun odpowiedział:
— A śpiew nie znaczy, że przeżyjemy noc.
Słusznie.
To bolało najbardziej.
Kharra wzięła dokument.
Podarła na pół.
Orvek pobladł.
— Co ty robisz?
— Nie podpisuję.
Hadrun wstał.
— W takim razie nie prowadzisz prac.
— Dobrze.
— Znak zostanie wstrzymany.
— Wiem.
Pod stołem poruszyło się coś.
Vetch.
Oczywiście.
Chłopiec patrzył na połowę dokumentu leżącą przy jego bucie.
Podniósł ją.
— Za dobry papier dają pół miski zupy przy składzie.
Kharra spojrzała.
Vetch schował arkusz za koszulę.
— Co? Już wam niepotrzebny.
Sammel odwrócił głowę, żeby ukryć uśmiech.
Nawet Hadrun parsknął.
Orvek nie.
*
Wielkie Klinowanie rozpoczęło się przed świtem.
Bez Kharry.
Z nią na miejscu.
Nie pytano.
Hadrun prowadził.
Kharra stała na górnym pomoście głównego szybu i patrzyła, jak robotnicy wbijają pierwsze dębowe kliny w gniazda stabilizacyjne.
Ciężkie.
Dobre narzędzia.
W złym miejscu.
Sammel stał obok.
Vetch pracował niżej przy ekipie nasłuchowej.
— Nie pozwolą ci zatrzymać — powiedział Sammel.
— Wiem.
— Co robimy?
Kharra patrzyła na klin.
— Słuchamy.
Hadrun dał sygnał.
Pierwszy młot opadł.
BUM.
Cały szyb odpowiedział.
Nie echem.
Krzykiem kamienia.
Kharra poczuła ból w zębach.
Woda wyrzuciła fontanny z zaworów.
Stare wardy fundamentowe zapaliły się jednocześnie na sześciu poziomach.
Białe linie przecięły mrok.
Sammel zatkał uszy.
— Kharra!
— Jeszcze nie!
Drugi młot.
BUM.
Z głębi przyszła fala.
Most pod nimi uniósł się o szerokość palca.
Potem opadł.
Ludzie krzyknęli.
Hadrun podniósł rękę.
— Stop!
Za późno.
Z dołu odezwał się alarm.
Trzy szybkie.
Dwa długie.
Kharra zamarła.
Sygnał.
Żywy pod gruzem.
Darin.
Nie.
Nie Darin.
Teraz.
— Vetch — powiedział Sammel.
Kharra już biegła.
IX
Główny szyb nie zawalił się.
Jeszcze.
Najpierw zniknęła woda.
Cała.
Dolny zbiornik opróżnił się w mniej niż minutę.
Potem pod nim coś pękło i woda wróciła od dołu, ciepła i pod takim ciśnieniem, że zatrzasnęła dolną kratę serwisową jak drzwi.
Vetch i dwaj skrobacy zostali uwięzieni po jej drugiej stronie.
Układ był prosty i paskudny.
Nad nimi ciągnął się *główny pionowy szyb*, którym ciśnienie mogło pójść prosto ku zamieszkanym poziomom.
Po lewej istniał *stary boczny kanał ulgowy*, od lat prawie nieużywany, teraz zaciśnięty przez przemieszczony kamień.
Pomiędzy nimi stała krata.
Napór wody od dołu dociskał ją tak mocno, że nie dało się jej ruszyć.
Kharra spojrzała raz i wiedziała:
najpierw musi otworzyć boczny odpływ.
Dopiero wtedy puści krata.
Dopiero kiedy ludzie będą wyżej, będzie mogła zamknąć główny szyb.
Nie wcześniej.
— Lina! — powiedziała.
Operator podał.
Sammel złapał Kharrę za ramię.
— Ja schodzę.
— Nie.
— Kharra.
— Nie słyszysz dolnego tonu.
Sammel zamarł.
Wokół krzyczeli ludzie.
Woda rosła.
Elf odpowiedział spokojnie:
— Wiem.
To było pierwszy raz, kiedy powiedział to przy innych.
— Zostajesz na górnym gzymsie — powiedziała Kharra. — Vetch daje ci ton. Ja daję ci kamień.
Sammel skinął.
— Lina.
Zawiązał ją wokół jej pasa.
Dotknął ramienia.
— Nie pocieszaj — powiedziała.
— Nie.
— I nie śpiewaj ładnie.
— To boli zawodowo.
— Przeżyjesz.
Kharra zeszła.
*
Dolny gzyms był zalany po kolana.
Po chwili po uda.
Woda była ciepła.
Czuła w niej drżenie, jakby cały zbiornik miał puls.
Za kratą Vetch trzymał się mosiężnej rury. Jeden skrobak leżał na platformie, drugi próbował utrzymać jego głowę nad wodą.
— Kharra!
— Żyjesz.
— To nie pytanie.
— Za dużo Sammela.
Chłopiec prawie się uśmiechnął.
Kharra zbadała kratę.
Zakleszczona.
Napór z drugiej strony trzymał każdy zawias.
Nie było sensu ciąć.
Spojrzała w lewo.
Stary kanał ulgowy.
Wlot prawie całkowicie zarośnięty nową warstwą mineralną.
Nie zatkany gruzem.
Zaciśnięty przez coś, co przez lata narastało.
Kharra przyłożyła dłoń.
Drżało.
— Sammel!
Głos elfa spadł z góry.
— Jestem!
— Potrzebuję tonu!
Sammel zaśpiewał.
Piękny.
Czysty.
Woda natychmiast podniosła się o szerokość dłoni.
Kharra zaklęła.
— BRZYDSZY!
Z góry zapadła sekunda obrażonej ciszy.
— Co?!
— BRZYDSZY!
Sammel przeszedł poza czystość.
Obniżył ton.
Rozszczepił go.
Woda przestała rosnąć.
Vetch przyłożył ucho do rury.
— Jeszcze niżej!
Sammel fałszował.
Celowo.
Kharra położyła obie dłonie na kamieniu przy bocznym kanale.
Czuła, jak naprężenie zmienia się z tonem.
Wyższy — ściskało wlot.
Niższy — naprężenie przechodziło w dół.
Szorstki interwał sprawiał, że jedna warstwa drżała odrobinę inaczej niż druga.
Kharra zrozumiała.
Nie musiała rozbić nowej struktury.
Musiała znaleźć chwilę, kiedy sama odpuszczała.
— Vetch! Powtarzaj jego fałsz!
Chłopiec zaczął śpiewać.
Brzydko.
Głośno.
Sammel odpowiadał z góry.
Głębia odpowiadała naprężeniem.
Kharra wsunęła pierwszy klin przy krawędzi kanału.
Nie głęboko.
Drugi po przeciwnej stronie.
Czekała.
— Teraz niżej!
Sammel zszedł o pół tonu.
Kamień pod palcami zmiękł w drżeniu.
Kharra uderzyła.
Nie żeby zamknąć.
Żeby otworzyć.
Pierwsza cienka szczelina pobiegła wzdłuż starego kanału.
Zasyczała woda.
— Jeszcze!
Vetch śpiewał.
Sammel fałszował.
Kharra prowadziła pęknięcie.
Drugi klin.
Trzeci.
Kamień puścił.
Boczny kanał otworzył się z hukiem.
Strumień uderzył w ciemność po lewej.
Poziom wody za kratą zaczął opadać.
— Krata! — wrzasnęła Kharra.
Vetch i sprawny skrobak pchnęli.
Tym razem drgnęła.
Kharra wsunęła klin między pręty i użyła całej masy ciała.
Krata ustąpiła.
— Rannego pierwszego!
Przeciągnęli skrobaka.
Sammel i robotnicy na górnym gzymsie ciągnęli go liną.
Potem drugi.
Potem Vetch.
Chłopiec wspiął się na wyższy występ i dopiero stamtąd spojrzał na Kharrę.
— Ty też!
— Zaraz.
— Kharra!
— WYŻEJ!
Vetch ruszył.
Dopiero kiedy wszystkie trzy sylwetki były ponad linią starego gzymsu, Kharra spojrzała w górę.
Główny szyb jęknął.
Znała ten dźwięk.
Za dobrze.
Wielkie Klinowanie naruszyło jego wschodnią ścianę.
Jeśli teraz zostawi główny pion otwarty, następna fala ciśnienia znowu pójdzie prosto ku miastu.
Boczny kanał był już drożny.
To była ich nowa droga dla wody.
Stary szyb trzeba było poświęcić.
— Sammel!
— Tak?!
— Ewakuuj górny pomost! Zamykam główny!
Cisza.
— Jeśli go położysz, nie otworzą go przez lata!
— Wiem!
— Dolne poziomy stracą połowę przepływu!
— Wiem!
— Kharra—
Roześmiała się.
— Jaki znak?!
Przez moment nic.
Potem Sammel odpowiedział:
— Dwie minuty!
— Nareszcie pesymista!
Kharra weszła pod główny filar.
Teraz musiała zrobić rzecz, której bała się najbardziej.
Nie zapobiec zawałowi.
Wywołać go.
Precyzyjnie.
Tak, żeby dolny odcinek szybu osiadł *poniżej górnego gzymsu*, zamykając drogę ciśnienia w górę, ale nie zasypując ludzi już wyciągniętych nad linię odcięcia.
Zawał, który zabił Darina, był chaosem.
Ten miał być rzemiosłem.
Pierwszy klin wbiła po wschodniej stronie filaru.
Drugi niżej.
Trzeci przeciwnie.
Nie w pęknięcia.
Obok nich.
Prowadziła nowe.
Darin wrócił.
Nie głosem.
Pamięcią dłoni.
Tamten huk.
Pył.
Trzy sekundy.
Kharra poczuła, jak palce sztywnieją.
— Nie — powiedziała.
Położyła dłoń na filarze.
— Nie pękasz źle.
Wbiła czwarty klin.
— Pękasz gdzie indziej, niż chcę.
Piąty.
Kamień jęknął.
— To moja wina. Nie twoja.
Z góry Sammel śpiewał.
Fałszował.
Pięknie źle.
Vetch odpowiadał mu z wyższego gzymsu.
Kharra czuła pod dłońmi wzór.
Nie słowa.
Nie prośbę.
Naprężenie.
Woda już szła bocznym kanałem.
Główny pion był teraz pustszy.
Gotowy.
— Tutaj.
Ostatni klin wszedł.
Kharra uderzyła.
Raz.
Pęknięcie pobiegło po wyznaczonej linii.
Nie w stronę ludzi.
W dół.
Filar złamał się.
— TERAZ!
Lina naprężyła się.
Kharra skoczyła ku górnemu gzymsowi.
Sammel i dwóch robotników ciągnęli.
Vetch złapał ją za pas.
Poniżej ogromny blok granitu osiadł w głównym szybie.
Nie eksplodował.
Po prostu spadł o kilka łokci i zaklinował się między ścianami.
Huk przeszedł przez Kharrę jak wspomnienie.
Główny pion zamknął się pod nimi.
Woda, pozbawiona drogi ku górze, ryknęła w otwarty kanał boczny.
Ciśnienie opadło.
Kharra leżała na gzymsie.
Przez sekundę była znowu przy Darinie.
Za późno.
Potem Vetch ugryzł ją w rękę.
Kharra odskoczyła.
— Co?!
— Puść mnie!
Dopiero wtedy zauważyła, że ściska chłopca tak mocno, że wbija mu klamrę kaftana w żebra.
Puściła.
— Przepraszam.
Vetch spojrzał.
Kharra też.
— Powiedziałaś—
— Nie przyzwyczajaj się.
Chłopiec potarł bok.
— Nie zamierzałem.
Za nimi głębia śpiewała.
Nie głośniej.
Inaczej.
Spokojniej.
X
Kadar-Belan przetrwało.
Nie elegancko.
Główny szyb został zamknięty.
Poziom Dziesiąty stracił część przepływu.
Poziomy Jedenaście i Dwanaście przez dwa tygodnie korzystały z racji.
Trzy windy przestały działać.
Wiszący Rynek podniósł ceny żywności.
Zarząd Wód zwołał siedem posiedzeń.
Na ósmym uznał, że siedem było przesadą.
Kharra nie dostała znaku mistrzowskiego.
Hadrun wręczył jej oficjalne pismo.
Przeczytała:
— „Rażące odstępstwo od zatwierdzonej procedury stabilizacyjnej”.
— Tak.
— „Celowe zniszczenie infrastruktury miejskiej”.
— Tak.
— „Jednocześnie działania skutkujące ocaleniem trzech pracowników i stabilizacją przepływu”.
— Tak.
Kharra spojrzała.
— Nie umieliście wybrać tonu.
Hadrun westchnął.
— Zarząd.
— Oczywiście.
— Znak zostaje odroczony.
— Wiem.
— Możesz się odwołać.
— Nie.
Hadrun zmarszczył brwi.
— Nie?
Kharra złożyła dokument.
— Nie chcę go za naprawę, której nie zrobiłam.
— Co więc zrobiłaś?
Pomyślała.
— Dostroiłam.
Hadrun prychnął.
— To nie jest zawód.
— Jeszcze.
Hadrun spojrzał na jej krótko odrastające włosy.
Tym razem nie z niesmakiem.
Raczej jak rzemieślnik na narzędzie, które wróciło z roboty inne, niż wyszło.
— Warkocz odrośnie — powiedział.
Kharra popatrzyła.
— To ma być pocieszenie?
— Nie umiem.
— Dobrze.
*
Sammel nadal tracił słuch.
Pewnego ranka nie usłyszał najwyższego z trzech tonów Studni Czwartej.
Powiedział Kharrze.
Bez żartu.
Nie pocieszała.
Dała mu młotek.
— Ręka.
Sammel przyłożył trzonek do cembrowiny.
Kharra zaśpiewała.
Źle.
Studnia odpowiedziała.
Sammel poczuł drżenie.
Uśmiechnął się.
— Twój ton jest nadal okropny.
— I nadal działa.
Vetch siedzący na brzegu studni powiedział:
— Mój lepszy.
Kharra i Sammel jednocześnie:
— Nie.
Vetch wzruszył ramionami i wrócił do czyszczenia miedzianego rogu.
*
W mieście zaczęto uczyć nowych praktyk.
Nie oficjalnie.
Jeszcze.
Studniarze śpiewali przed zmianą przepływu.
Kamieniarze przykładali dłonie do filarów przed użyciem klinów.
Operatorzy wind nauczyli się rozpoznawać jeden niski ton jako sygnał do zatrzymania klatki.
Dzieci nauczyły się go pierwsze i używały, żeby zatrzymywać windy dla zabawy.
Zarząd wydał zakaz.
To tylko pogorszyło sytuację.
W „Pod Przeciekiem” pojawił się nowy napój.
Głęboki Fałsz.
Sammel spróbował.
— Za słodki.
Kharra opukała kufel.
— Źle wypalony.
Karczmarz rzucił w nich ścierką.
— Wynocha oboje.
Nie wyszli.
*
Darin został na dole.
Kharra zeszła sama do zamurowanego tunelu starego zawalu.
Pierwszy raz od lat.
Nie po to, żeby słuchać.
Wiedziała już, że go nie usłyszy.
Przyniosła fragment starego klina.
Tego samego typu, którego używali tamtego dnia.
Położyła go pod ścianą.
Nie wykuła imienia.
Nie było potrzeby.
Darin nie był w kamieniu.
Był w niej.
To wystarczało.
Przyłożyła kłykcie do policzka.
Potem do muru.
— Dobrze — powiedziała.
Ściana milczała.
Tym razem milczenie nie bolało.
XI
Miesiąc po zawałach Kharra, Sammel i Vetch zeszli do nowego bocznego szybu.
Nie należał jeszcze do żadnego cechu.
Zarząd nie wiedział, jak go sklasyfikować.
Kharra uważała to za najlepszą cechę szybu.
Vetch przyniósł porostówkę.
Sammel trzy kamertony.
Kharra młotek.
Usiedli przy wilgotnej ścianie.
— Co teraz? — zapytał Vetch.
— Nic.
— Po co zeszliśmy?
— Słuchać.
Chłopiec spojrzał na Sammela.
— Ona się popsuła?
— Prawdopodobnie.
Kharra położyła młotek obok.
Nie w dłoni.
Przyłożyła ucho do skały.
Vetch zrobił to samo.
Sammel siedział trochę dalej.
Nie śpiewał.
Nie udawał już, że słyszy wszystko.
Przez chwilę była tylko woda.
Potem odległe koło pompy.
Potem rak dzwonnik.
Tik.
Tik-tik.
Tik.
A głębiej—
długa niska nuta.
Tak niska, że Kharra czuła ją bardziej w żebrach niż w uszach.
Nie była imieniem.
Nie była wiadomością.
Nie była proroctwem.
Nie mówiła, czego chce.
Nie mówiła nic.
Żyła.
Vetch otworzył oczy.
— Słyszysz?
Kharra skinęła.
Z góry, z przejścia, odezwał się robotnik:
— Przodkowie znowu śpiewają?
Kharra otworzyła usta.
Chciała poprawić.
Wyjaśnić, że przodkowie nie mają z tym nic wspólnego. Że to woda, ciśnienie, wzrost i rezonans czegoś żywego w tempie, którego ich życia nie potrafiły dotąd zobaczyć.
Sammel spojrzał na nią.
Vetch czekał.
Kharra zamknęła usta.
Przyłożyła policzek mocniej do mokrego kamienia.
— Nie teraz — powiedziała.
Głębia poczekała pół taktu.
Potem odpowiedziała.



