Trzysta siedem sztuk. W tym chroma jałówka, która stała na skraju stada z opuszczoną głową i już rano nie wyglądała jak bydlę zdolne przeżyć dziesięć dni drogi.
Oakes oparł przedramiona na wierzchniej żerdzi zagrody i liczył jeszcze raz. Przed świtem, jak zawsze. Liczenie przed świtem miało tę zaletę, że bydło jeszcze nie chodziło, więc dało się je ogarnąć wzrokiem bez ciągłego korygowania, ale tę wadę, że w szarym świetle wszystkie krowy wyglądają jednakowo, a jednakowo wyglądające krowy nie mówią nic o swojej kondycji. Dlatego Oakes liczył dwa razy: raz przed świtem — liczba; raz po świcie — jakość.
Powietrze było zimne — październikowe zimno High Prairie nie ustępowało z pierwszym światłem, tylko czekało, aż słońce wejdzie wyżej. Bydło stało ciasno. Oddech trzystu zwierząt unosił się nad zagrodą jak niska, ruchoma chmura. Zapach — nawóz, mokra sierść, ziemia — był tak gęsty, że można go było prawie dotknąć.
Trzysta siedem.
Jałówka chromała na lewą przednią. Ścięgno albo kopyto — nie było widać z tej odległości, ale sposób, w jaki rozkładała ciężar, mówił wystarczająco. Oakes otworzył notes, oblizał koniuszek ołówka i postawił krzyżyk obok numeru, który nie miał już sensu, bo zwierzę nie miało nazwy, a jednak przez lata nauczył się zapisywać wszystko, co mogło się zmienić między świtem a południem.
Obok niego stał Harlan Fitch i patrzył na stado tak, jak ludzie patrzą na pieniądze — szybko, z nadzieją, że jest ich więcej, niż się wydaje.
— Dobra trzysetka — powiedział Fitch.
— Trzysta siedem — odpowiedział Oakes. — Może trzysta sześć do wieczora.
— Co jest z tą jedną?
— Kuleje. Nie dojdzie do Red Junction.
— Tu nikt nic nie kupuje — powiedział Oakes, zanim Fitch zdążył zaproponować jej sprzedanie.
Eagle Flat żyło z bydła, które przez nie przechodziło. Nie było tu stacji kolejowej ani rzeźni wartej nazwy. Dalej był Red Junction — rampy, wagony i ludzie, którzy płacili za sztuki zdolne wejść do wagonu o własnych nogach.
Fitch widział w jałówce kilka utraconych dolarów. Oakes widział zwierzę, które spowolni tyłówkę i wcześniej czy później wymusi decyzję tam, gdzie nie będzie komu go zostawić.
— Kontrakt — powiedział Fitch. — Chcesz go przejrzeć jeszcze raz?
Oakes nie chciał go przeglądać jeszcze raz. Przejrzał go dwukrotnie poprzedniego wieczoru, przy lampie, w pokoju wynajętym za pięćdziesiąt centów, który cuchnął wilgocią i poprzednim lokatorem. Kontrakt był prosty: doprowadzić stado do Red Junction, do ramp kolejowych, w oknie dziesięciu dni od wymarszu. Premia za terminowość — czterdzieści dolarów. Standardowa stawka za głowę. Minus straty powyżej pięciu procent.
Warunki były gorsze niż rok temu. Rok temu były gorsze niż dwa lata temu. Matematyka się nie zmieniała — po prostu kurczyła się za każdym razem, kiedy Oakes na nią patrzył.
— Kontrakt jest jasny — powiedział Oakes.
— To dobrze. — Fitch wyciągnął rękę.
Oakes uścisnął ją. Dłoń Fitcha była twarda i sucha, dłoń człowieka, który sam pracował z bydłem, zanim zaczął za nie płacić. Pył z zagrody osiadł jasną smugą na ciemnej skórze dłoni Oakesa. Gdyby Fitch miał lepszy sposób na ten transport, nie stałby tu o świcie z Oakesem.
Oakes zszedł z ogrodzenia i ruszył wzdłuż zagrody, licząc konie. Siedem. Dwa zapasowe. Jeden z zapasowych — kasztanowaty wałach, którego kupił dwa lata temu w Dusthaven — miał lekki obrzęk na lewej pęcinie. Nic poważnego. Ale na dziesięć dni drogi „nic poważnego” ma zwyczaj stawać się czymś poważnym gdzieś w połowie, gdy nie ma nikogo w promieniu trzydziestu mil, kto mógłby pomóc.
Konie stały spokojnie, parując w chłodnym powietrzu. Oakes sprawdził kopyta gniadosza — swojego głównego — oczyścił kamyk z lewej tylnej podkowy i przejechał dłonią po pęcinach. Ciepłe, ale nie za ciepłe. W porządku. Przy gniadoszu wszystko było w porządku. To był koń, którego znał od pięciu lat i który znał go równie dobrze; między jeźdźcem a takim koniem nie trzeba wielu słów, bo ciało robi resztę.
Zapisał stan koni w notesie. Strona była już w połowie zapełniona — lista rzeczy, które mogły pójść źle. Oakes uważał, że człowiek, który nie prowadzi takiej listy, jest albo geniuszem, albo głupcem. Przez czterdzieści sześć lat życia poznał wyłącznie głupców.
Przed wyjazdem było tyle roboty, że nikt nie miał czasu na rozmowy, co było najlepszym sposobem na poznanie ludzi — przez to, jak pracują, kiedy nie gadają.
Nate Calhoun sprawdzał siodła. Miał pięćdziesiąt jeden lat, siwe włosy przy skroniach, ręce jak skórzane rzemienie i nawyk nucenia pod nosem czegoś, co mogło być hymnem kościelnym albo piosenką, której słowa dawno zapomniał. Oakes znał go od jedenastu lat. Pracowali razem na czterech szlakach, dwóch round-upach i jednym katastrofalnym zimowym transporcie pod Cimarron, o którym żaden z nich nie lubił mówić. Nate zdjął siodło z popręgu, obejrzał skórę pod spodem, przyłożył dłoń do grzbietu konia, sprawdził, czy nie ma otarć. Metodycznie. Bez pośpiechu. Tak jak zawsze.
— Ten popręg trzeba skrócić o dziurkę — powiedział do nikogo w szczególności.
— To go skróć — odpowiedział Oakes.
— Zamierzam.
To było typowe dla Nate’a. Nie pytał o pozwolenie — informował. Był najlepszym starszym poganiaczem, jakiego Oakes mógł dostać za pieniądze, które Fitch był skłonny zapłacić i obaj wiedzieli, że to nie jest komplement.
Tomás Baca pakował juczną torbę z precyzją, której Oakes nie widział u wielu ludzi. Każdy przedmiot miał swoje miejsce. Sznur zwój przy zwoju. Zapasowe podkowy owinięte w płótno, żeby nie brzęczały. Trzydzieści jeden lat, z okolic Santa Luz. Oakes widział go wcześniej na dwóch round-upach i zapamiętał jedno: Baca nie robił rzeczy, których nie umiał, a rzeczy, które umiał, robił bez potrzeby opowiadania o tym.
Webb Kinney siodłał konia szybko — za szybko, jak na gust Oakesa. Dwadzieścia dwa lata. Ramiona szerokie od pracy na ranczu, szczęka pewna siebie w sposób, który jeszcze nie zderzył się ze światem wystarczająco mocno. Popręg zaciągnął jednym ruchem, koń sapnął, Webb poklepał go po szyi i od razu odszedł do następnego zadania. Oakes zauważył, że nie sprawdził grzbietu pod siodłem.
— Kinney — powiedział.
— Tak?
— Sprawdź grzbiet.
Webb cofnął się, podniósł siodło, sprawdził. Nic tam nie było — żadnych otarć, żadnych ran. Ale o to nie chodziło. Chodziło o nawyk. Oakes nic nie dodał. Webb zamknął usta i wrócił do pracy.
Wóz kuchenny był w stanie, który Spoon Dillard opisał trzema słowami, po czym przeszedł do pakowania z rezygnacją człowieka, który gotuje na szlaku od trzydziestu lat i widział gorsze. Spoon miał sześćdziesiąt jeden lat i organizm zbudowany wyłącznie z żył, skóry i uporczywości. Kiedy pakował garnki, robił to w kolejności, którą narzucił sam sobie dawno temu i której żaden argument nie mógł zmienić — wielki garnek na dno, mały garnek w wielki, czajnik na bok, patelnia płasko, drewniana łyżka za pasek. Łyżka za paskiem była jedynym narzędziem, którego nigdy nie pakował, bo nigdy jej nie potrzebował szukać.
— Mąki mam na osiem dni — powiedział Spoon do Oakesa, nie podnosząc głowy. — Kawy na sześć. Soli na dwadzieścia, ale soli zawsze jest za dużo, bo nikt jej nie je tak szybko, jak ludzie myślą. Suszonego mięsa na siedem. Fasoli wystarczy.
— Fasoli zawsze wystarczy — powiedział Nate.
— Bo nikt jej nie lubi na tyle, żeby jeść dużo — dodał Spoon.
Fitch podjechał na własnym koniu i usiadł w siodle z miną człowieka, który wie, że jego pieniądze właśnie zaczęły chodzić na czterech nogach i mogą nigdy do niego nie wrócić. Nie pomagał w pakowaniu. Nie przeszkadzał. Po prostu siedział i czekał, aż ludzie, którym zapłacił, skończą robić to, co umieli.
Oakes wskoczył na gniadosza, objechał zagrodę i dał sygnał. Nate otworzył bramę.
Trzysta siedem sztuk bydła wylało się na prerię jak powolna, ciężka rzeka.
Pierwszy dzień na otwartej High Prairie nie był trudny i o to właśnie chodziło. Oakes znał to dobrze: pierwszy dzień jest po to, żeby ludzie i bydło nauczyli się siebie na nowo i żeby system się ustabilizował, zanim cokolwiek zacznie go niszczyć.
Nate i Tomás jechali przy czole stada. Webb brał tylną flankę i cały kurz. Spoon trzymał wóz na twardszej ziemi, trochę z boku. Fitch jechał za nim. Oakes przesuwał się tam, skąd widział naraz przód, oba boki i tył. Gdy widok się zamykał, zmieniał miejsce.
Bydło szło wolno — dwie, może trzy mile na godzinę. Szybciej nie miało sensu. Krowy, które idą za szybko pierwszego dnia, trzeciego dnia nie idą wcale. Oakes, Nate i Tomás wiedzieli to bez rozmowy. Fitch płacił za dni.
High Prairie otworzyła się przed nimi jak coś, co nie ma końca. Horyzont był daleki i czysty, trawa sucha i krótka — koniec sezonu, koniec lata, ta pora roku, kiedy preria oddaje wszystko, co urosło i szykuje się na zimę. Niebo tak wysokie, że ptaki wyglądały jak punkty narysowane ołówkiem. Wiatr szedł z północnego zachodu i niósł zimno, które dopiero zapowiadało zimę, ale jeszcze nią nie było.
Oakes znał ten rodzaj drogi. Wiedział, jak pachnie poranna preria, gdy bydło właśnie ruszyło — trawa, kurz, skóra, nawóz, pot końskiego karku. Wiedział, jak zmienia się dźwięk stada — od nerwowego beczenia na początku, przez monotonny łomot kopyt w południe, po ciche sapanie zmęczonych zwierząt wieczorem. Wiedział, że pierwszy dzień jest najłatwiejszy i że ostatni dzień, który wydaje się łatwy, zwykle oznacza, że człowiek czegoś nie zauważył.
W południe zatrzymali się na godzinę przy strumieniu, którego nazwa, jeśli w ogóle jakąś miał, nie figurowała na żadnej mapie. Bydło piło. Konie piły. Ludzie jedli to, co Spoon zdążył przygotować rano — zimną fasolę, suchar, kawę podgrzaną nad niewielkim ogniskiem, które Spoon rozpalił z prędkością człowieka, dla którego ogień jest tak naturalny jak oddychanie.
Oakes jadł w siodle. Przez dwadzieścia lat nauczył się, że szef szlaku, który siada do jedzenia, traci stado z oczu, a stado, którego nikt nie ma na oku, za chwilę zrobi coś głupiego. Fasola była ciepła i smakowała jak fasola — to znaczy jak nic, ale nic ciepłego, co jest lepsze niż nic zimnego.
Tomás napojił swojego konia osobno, z dala od bydła, bo wiedział to, co Oakes wiedział — koń, który pije obok nerwowej krowy, może zostać kopnięty, a kopnięty koń pierwszego dnia oznacza problemy do końca szlaku. Oakes odnotował to w milczeniu. Ludzie, których trzeba uczyć, kosztują czas. Ludzie, którzy uczą się sami, kosztują tylko szacunek.
Fitch podjechał do Oakesa.
— Ile mil?
— Osiem. Może dziewięć.
— Moglibyśmy zrobić dwanaście.
— Moglibyśmy — powiedział Oakes. — Ale nie zrobimy.
Fitch otworzył usta. Zamknął je. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś o czasie, pieniądzach i oknie załadunkowym w Red Junction, ale zamiast tego skinął głową i odjechał.
Oakes patrzył, jak bydło pije. Najbliższy wół — duży, czerwonawy longhorn z jednym złamanym rogiem — podniósł łeb, spojrzał na niego i wrócił do wody. Oakes odruchowo sprawdził kierunek, wiatr i resztę stada. Wszystko było tam, gdzie powinno.
Pod wieczór rozbili obóz na płaskim kawałku prerii, gdzie trawa była krótka i twarda, ale wystarczająca. Oakes wyznaczył warty nocne — Nate pierwszą, Webb drugą, Tomás trzecią — i objaśnił, jak mają jeździć dookoła stada: powoli, na odległość rzutu kamieniem, z wiatrem, nie pod wiatr, bo bydło, które wyczuwa jeźdźca nadjechującego pod wiatr, zrywa się szybciej niż bydło, które go widzi. Webb słuchał z uwagą człowieka, który zapisuje rzeczy w głowie, bo nie ma notesu. Tomás słuchał z uwagą człowieka, który już to wie, ale nie przerywa.
Spoon rozstawił kuchnię z wprawą, która wyglądała na chaotyczną, ale była ściśle zorganizowana — po prostu organizacja Spoona nie przypominała żadnej innej organizacji na świecie. Garnek w jednym miejscu, czajnik w drugim, patelnia w trzecim, a łyżka za paskiem. Kolacja to była fasola i resztki kukurydzianego chleba, który upiekł rano na płaskim kamieniu. Chleb był twardy, ale jadło się go lepiej niż suchary i nikt nie narzekał, bo narzekanie na jedzenie Spoona było jak narzekanie na pogodę — zrozumiałe, ale bezcelowe.
Oakes sprawdził konie. Kasztanowaty wałach z obrzękiem wyglądał gorzej niż rano. Nie dramatycznie gorzej. Ale gorzej. Podniósł kopyta koni po kolei, sprawdził podkowy, sprawdził pęciny. Gniadosz był czysty. Klacz Tomása — niska, szeroka, cierpliwa — była czysta. Reszta w porządku. Tylko kasztan.
Zapisał to w notesie. Strona stawała się pełniejsza.
Trzeciego dnia dotarli do płotu.
Oakes zobaczył go pierwszy — na milę przed stadem, z grzbietu niskiego wzgórza, gdzie jechał przodem, jak jechał przodem co rano, bo szef szlaku jedzie przodem i widzi przeszkodę, zanim dotrze do niej stado. I to, co zobaczył, było jasne: cztery nitki drutu kolczastego rozciągnięte między świeżymi drewnianymi słupkami, biegnące ze wschodu na zachód tak daleko, jak sięgał wzrok. Drut był nowy — lśnił w porannym słońcu, jeszcze nie pokryty rdzą, która przyjdzie z pierwszą zimą. Słupki były nowe — drewno białe na cięciach, nie szare jak stare drewno, które stoi w ziemi od lat. Ziemia wokół nich była jeszcze rozgrzebana — ktoś kopał tu niedawno, może dwa tygodnie temu, może trzy.
Oakes zatrzymał konia i wyjął notes. Przewrócił kilka stron do tyłu, do mapy, którą sam narysował — prostej, ale dokładnej, opartej na pamięci i doświadczeniu. Linia szlaku biegła prosto przez miejsce, w którym teraz stał drut. Szlak był tam, gdzie go zanotował. Ziemia była tam, gdzie zawsze. Ale przejście — przejścia nie było.
Stado stanęło za nim. Trzysta sztuk bydła w bezruchu na otwartej prerii to widok, który wygląda na spokojny, ale nim nie jest — to trzysta zwierząt, z których każde w każdej chwili może zdecydować, że chce iść gdzie indziej.
— Co jest? — Fitch podjechał, spojrzał na drut. — Tego tu nie było.
— Teraz jest — powiedział Oakes.
Z prawej strony, spomiędzy niskich wzniesień, wyjechał człowiek na koniu. Miał na sobie wyblakły brązowy kapelusz i wyraz twarzy kogoś, kto spodziewał się tego spotkania i nie miał z niego radości. Zatrzymał się po drugiej stronie drutu.
— Dzień dobry — powiedział. — Pan Oakes?
Oakes nie pytał, skąd go zna. Na High Prairie wiadomość o trzech setkach bydła w ruchu docierała szybciej niż samo bydło.
— Oakes — potwierdził.
— Nazywam się Garrett. Pracuję dla Emmetta Sullivana. To jest teraz jego ziemia. — Wskazał na drut. — Od strumienia po tamten grzbiet. Ogrodziliśmy dwa tygodnie temu.
— Tędy jeżdżą stada od lat — powiedział Fitch zza Oakesa. Głos miał taki, jakby to było pytanie, ale nim nie było.
— Jeździły — zgodził się Garrett bez wrogości. — Sullivan kupił ten pas w sierpniu. Ogrodzenie jest legalne. Mogę pokazać papiery, jeśli trzeba, ale naprawdę nie chcę się kłócić. Chcę tylko, żeby bydło nie szło tędy.
Oakes patrzył na drut. Cztery nitki, równe słupki, świeże cięcia w drewnie. Ktoś przywiózł materiał, ludzi i pieniądze, a potem poświęcił kilka dni, żeby ta linia została dokładnie tutaj. Nie wyglądała na coś, co miało zniknąć po zimie.
— Jeśli przecieka — zaczął Fitch.
— Nie będziemy przecinać — powiedział Oakes.
— To trzy dni dodatkowej drogi, jeśli jedziemy dookoła.
— Jeden dzień. Może półtora. Znam objazd przez południową dolinę.
— Gorsza woda.
— Woda jest.
Fitch patrzył na druty, na Garretta, na Oakesa. Obliczał. Oakes widział to w jego oczach — nie złość, ale arytmetykę. Każdy dodatkowy dzień to pasza, którą bydło zjada, zamiast ją nosić na żebrach. Każdy dodatkowy dzień przybliżał ich do zamknięcia okna załadunkowego.
— Pan Garrett — powiedział Oakes. — Objazd przez dolinę na południe. Jest drożny?
— Powinien być. Ale woda tam kiepska o tej porze. Strumień Pronghorn ledwo płynie.
— Dziękuję.
Oakes odwrócił konia. Za nim trzysta sześć sztuk bydła — chromej jałówki nie było już ze stadem — czekało na decyzję, której nie rozumiało.
Otworzył notes na stronie z mapą. Przekreślił narysowaną wcześniej linię szlaku i narysował nową, łukiem na południe, przez dolinę, nad strumieniem, który ledwo płynie. Ołówek był tępy. Linia wyszła gruba. Na papierze objazd wyglądał na niewielki — cal, może dwa. Na prerii oznaczał dwadzieścia mil więcej, gorszą trawę, słabszą wodę i dzień, którego nie da się odzyskać.
Zamknął notes i schował go do wewnętrznej kieszeni kurtki.
— Jedziemy na południe — powiedział do Nate’a.
Nate skinął głową. Nie zapytał dlaczego.
Zawrócenie trzech setek zwierząt nie jest czynnością, którą wykonuje się jednym gestem. To trwa. Bydło nie chce się zawracać. Bydło chce iść tam, gdzie szło, bo pamięta ostatni kierunek i nie lubi zmian. Oakes, Nate i Tomás pracowali nad tym przez pół godziny, przesuwając szpicę łagodnym łukiem, podczas gdy Webb i Fitch pilnowali, żeby tylna flanka nie rozleciała się jak sznur pereł z przerwaną nitką.
Kiedy stado ruszyło na południe, Oakes obejrzał się jeszcze raz na druty. Garrett stał po drugiej stronie, oparty o słupek i patrzył, jak trzysta zwierząt oddala się od jego granicy. Nie machał. Nie krzyczał. Po prostu stał i pilnował swojego.
Oakes go rozumiał. To nie czyniło rzeczy łatwiejszymi.
Strumień Pronghorn płynął — ale „płynął” było słowem zbyt hojnym na to, co Oakes zobaczył czwartego dnia po południu. Woda była ruda od gliny, wąska na dwie stopy, głęboka może na stopę w najgłębszym miejscu. W normalnych okolicznościach wystarczyłaby dla trzydziestu koni albo pięćdziesięciu krów. Nie dla trzystu.
— Jeden raz — powiedział Oakes do ekipy. — Pięćdziesiąt sztuk naraz. Reszta czeka.
— To potrwa — powiedział Fitch.
— Potrwa — zgodził się Oakes.
Pierwsza grupa pięćdziesięciu krów podeszła do wody spokojnie. Piły łapczywie, depczały miękki brzeg, zamieniając go w błoto, które z każdą kolejną grupą stawało się coraz głębsze. Trzecia grupa miała już pod nogami gęstą brązową breję, a woda, do której się zbliżały, była tak mętna, że można było wątpić, czy w ogóle zasługuje na nazwę wody.
— Nie odsuwaj ich za szybko — powiedział Oakes do Webba, który pilnował odpływu bydła od strumienia. — Daj im pić.
— Piją — powiedział Webb.
— Piją za mało. Nie chcą pić tej brei. Musisz dać im czas.
Webb zrobił tak, jak Oakes powiedział. Ale przy piątej grupie popełnił błąd — puszczał zwierzęta zbyt blisko siebie, nie zostawiając miejsca na wycofanie tych, które już piły. Dwie krowy zderzyły się łbami, jedna cofnęła się prosto w bok konia Webba, koń odskoczył, a Webb, zamiast pozwolić zwierzęciu odejść, próbował je odwrócić batem.
— Zostaw — powiedział Oakes. Głos miał twardy. — Zostaw ją, do cholery. Puść wodze. Twój koń wie lepiej.
Webb puścił. Krowa odeszła. Nic się nie stało — a jednak coś się stało, bo Oakes mówił głośniej niż musiał i obaj o tym wiedzieli.
— Następnym razem, kiedy bydlę idzie w twoją stronę — powiedział Oakes, podjeżdżając bliżej — nie walczysz z nim. Robisz mu miejsce. Zwierzę ma osiemset funtów. Ty masz sto siedemdziesiąt i konia, który jest mądrzejszy od ciebie. Pozwól jej przejść.
Webb nie odpowiedział. Twarz mu stężała — nie ze strachu, tylko z tego rodzaju ciszy, jaką ma człowiek, który wie, że krytyka jest słuszna, ale uważa, że mogła być wyrażona inaczej.
Tomás pilnował lewej flanki bez podniesionego głosu i bez bata. Wystarczały mu ruchy konia. Oakes zauważył to i nic nie powiedział.
Do wieczora wszystkie zwierzęta napiły się. Oakes policzył straty: zero. Ale stracili pół dnia, a strumień za nimi wyglądał jak pole bitwy — rozkopane brzegi, brązowa kałuża zamiast wody, ślady kopyt na trzydzieści stóp w każdą stronę. Trawa wokół była zdeptana, połamana, zmieszana z gliną i nawozem. Ktoś, kto przyszedłby tu jutro, zobaczyłby dokładnie, co się stało — trzysta zwierząt w jednym miejscu to nie ślad, który da się ukryć.
Oakes sprawdził konie. Gniadosz był w porządku. Koń Nate’a miał lekkie otarcie od popręgu — nic groźnego, ale wymagało smarowania. Koń Webba był niespokojny, dreptał w miejscu, potrząsał łbem — pamiętał zderzenie z krową i nie lubił tego wspomnienia.
Wieczorem, kiedy obóz był już rozłożony, Oakes podszedł do Webba. Chłopak siedział przy ogniu i czyścił uprząż z mechaniczną dokładnością, nie podnosząc wzroku.
— Kinney — powiedział Oakes.
Webb podniósł głowę.
— Przy wodzie było ciasno. Następnym razem rób szersze odstępy między grupami. Dwie długości krowy minimum.
Webb skinął głową. Oakes został jeszcze chwilę, jakby miał dodać coś więcej, po czym odszedł. Webb wrócił do czyszczenia uprzęży.
Szóstej nocy ogień trzaskał nierówno, bo drewno, które Spoon przywiózł na wozie, było ostatnim suchym drewnem, jakie mieli, a następne suche drewno, jak Spoon kilkakrotnie powtórzył, istniało wyłącznie w teoretycznym sensie gdzieś między tutaj a Red Junction, o ile ktoś wyobrazi sobie drzewo rosnące na High Prairie, co było wyobraźnią godną opowiadania.
— Na prerii nie rosną drzewa — powiedział Spoon, mieszając w garnku. — Na prerii rośnie trawa, kurz i kłopoty. I fasola, jeśli ktoś ją zasadzi.
— Nikt tu nie sadzi fasoli — powiedział Nate.
— No właśnie.
Zupa tego wieczoru była lepsza niż zwykle, co znaczyło, że Spoon wrzucił do garnka kawałek solonego boczku, który trzymał na dnie skrzyni od początku szlaku i o którym nikomu nie mówił. Boczek zmienił smak fasoli z „jadalnej” na „prawie dobrą” i cała ekipa jadła w skoncentrowanym milczeniu, które jest najwyższym komplementem, jaki człowiek zmęczony może złożyć kucharzowi.
Oakes jadł swoją porcję i myślał o jutrzejszej trasie. Ale myśli nie trzymały się trasy — uciekały w strony, do których nie kazał im biec. Do konia z obrzękiem, który był coraz gorszy. Do Webba, który siedział po drugiej stronie ognia i nie patrzył na nikogo. Do jałówki, którą zostawili drugiego dnia, bo przestała nadążać. Do trzech cielaków, które uciekły trzeciego dnia i których nie warto było szukać.
Trzysta trzy. Margines ciasny.
Webb ściągnął buty i oglądał pęcherze na piętach z miną chirurga oceniającego pacjenta. Skarpety miał mokre — jeszcze od przeprawy przez kałużę, w którą wjechał konno po południu, bo nie zobaczył jej na czas. Powiesił je na kiju wbitym w ziemię przy ognisku i siedział boso, z palcami u nóg wystawionych na ciepło.
— Powiesiłeś skarpety nad moją zupą — powiedział Spoon.
Webb przesunął kij.
— Wystarczająco daleko — powiedział.
— Wystarczająco daleko to jest Teksas. Tam je powieś.
— Nie jadę do Teksasu.
— Szkoda. Bo twoje skarpety powinny.
Nate zaśmiał się cicho. Tomás uśmiechnął się, ale tylko kącikiem ust — miał ten rodzaj uśmiechu, który więcej ukrywał, niż pokazywał. Nawet Fitch, który siedział na skraju kręgu światła z miną, która przez ostatnie dwa dni wyrażała wyłącznie arytmetykę strat, prychnął krótko.
Konie stały w sznurze za wozem, przywiązane do liny rozciągniętej między dwoma kołkami. Oakes wstał, poszedł je sprawdzić. Kasztanowaty wałach trzymał lewą przednią lekko uniesioną. Oakes kucnął, przejechał dłonią po pęcinie. Ciepła. Zbyt ciepła. Obrzęk nie ustępował. Wałach nie nadawał się do pracy — może do noszenia juków, ale nie do jeżdżenia.
Jeden koń zapasowy zamiast dwóch. Na cztery dni drogi — może pięć, po objeździe.
Wrócił do ognia. Nate przesunął się, robiąc mu miejsce.
— Kasztan? — zapytał cicho.
— Pęcina.
— Źle?
— Niedobrze.
Nate skinął głową. Wiedział, co to oznacza. Przy sześciu ludziach i siedmiu koniach strata jednego zapasowego oznaczała, że nikt nie może mieć złego dnia — bo nie ma na czym odpocząć.
Przez chwilę siedzieli w ciszy. Bydło leżało w ciemności, oddychając ciężko, okazjonalnie porykując tym niskim, bezrozumnym dźwiękiem, który oznacza, że zwierzę jest niespokojne, ale jeszcze nie na tyle, żeby wstać.
Nate dorzucił do ognia ostatni kawałek suchego drewna i patrzył, jak się zajmuje. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, potem jakby nie chciał, a potem powiedział:
— Gus Wheeler ma miejsce przy stajniach w Red Junction. Potrzebuje kogoś do koni. Stała praca. — Nate odczekał chwilę. — Powiedział, że mogę zacząć w listopadzie.
Oakes nie skomentował tego od razu. Podniósł patyk z ziemi i przesunął węgle w ognisku. Iskry poleciały w górę, w czarne niebo.
— Stajnie — powiedział w końcu.
— Stajnie.
— Ty chcesz pracować w stajniach?
Nate odwrócił się. W świetle gasnącego ogniska jego twarz wyglądała na starszą, niż była — albo może dokładnie na tyle starą, na ile była, a tylko w normalnym świetle wyglądała młodziej.
— Chcę pracować — powiedział Nate. — Niekoniecznie tu.
— Tu to gdzie?
— Tu. — Nate wskazał ręką na ciemność. Na prerię, na bydło, na otwartą przestrzeń, w której sześć osób siedziało w kręgu światła, a wokół nie było nic.
Oakes nie odpowiedział. Odwrócił się i poszedł sprawdzić konie, choć sprawdzał je pięć minut temu.
Spoon zmywał garnek piaskiem i resztką wody, pocierając dno z zajadłością osobistą.
— Garnek jest do niczego — powiedział do Oakesa, kiedy ten go mijał. — Dno cieńsze niż papier. Jeszcze dwa szlaki i będę gotował na gołej blasze.
— To kup nowy garnek — powiedział Oakes.
— Za co? Za te pieniądze, które pan Fitch łaskawie płaci?
— Za te.
— Za te to kupię pół garnka. Dno albo ściankę. Wybieram dno, bo zupa potrzebuje dna.
Nate zaśmiał się znowu — głośniej tym razem. Nawet Webb podniósł głowę i prawie się uśmiechnął. Spoon kontynuował szorowanie z twarzą człowieka, który nie zamierza się śmiać, co czyniło całą rzecz zabawniejszą.
Oakes wrócił od koni i położył się w kocu. Po kilku minutach usiadł znowu.
Stajnie. Stała wypłata. Dach.
Narzucił koc na ramiona i poszedł sprawdzić stado, choć nie minęła godzina od ostatniego obchodu. Było drugie w nocy. Tomás miał wartę. Znalazł go siedzącego na koniu na zachodnim skraju stada, nieruchomego jak słupek, z kapeluszem nisko na oczach.
— Spokojnie — powiedział Tomás, nie obracając się. Wiedział, kto nadchodzi, po dźwięku kroków.
— Spokojnie — powtórzył Oakes.
Stali w ciszy, w której było słychać wiatr, oddech bydła, owady i dalekiego kojota.
— Tędy jechałeś kiedyś? — zapytał Oakes.
— Nie tędy. Bardziej na zachód. Z Łópezami, cztery lata temu. Dwieście głów do Millstone.
— Millstone jest zamknięte.
— Wiem.
— I Łópezowie?
— Mają ranczo przy Santa Luz. Mniejsze niż kiedyś. Ale mają.
Oakes skinął głową. Nie zapytał, dlaczego Tomás nie pracuje u Łópezów. Powody mogły być osobiste, mogły być ekonomiczne, mogły być oba.
— Idź spać — powiedział Tomás. — Nic tu się nie stanie.
Oakes wrócił do obozu. Nie zasnął jeszcze przez godzinę.
Przed świtem wyjął sakiewkę i rozłożył pieniądze na płachcie obok notesu. Nie było ich wiele. Oddzielił to, co należało do ludzi, od tego, co mógł nazwać swoim, choć jeszcze nie było jego. Nate miał dostać swoją dniówkę niezależnie od tego, czy stado dojdzie w terminie. Spoon też. Webb także, nawet jeśli następnego dnia znów zrobi coś za szybko. Oakes przeliczył banknoty drugi raz i schował sakiewkę, zanim ktokolwiek się obudził.
Kiedy Spoon podniósł głowę znad kociołka, zobaczył tylko, że Oakes siedzi przy ogniu z notesem na kolanie.
— Niech pan nie liczy fasoli — powiedział. — Fasola się obraża.
— Liczę dni.
— Dni też się obrażają. Zwłaszcza jak je pan skraca.
Oakes zamknął notes.
— Ile mąki?
Spoon spojrzał na niego takim wzrokiem, jakby odpowiedź była osobistą krzywdą.
— Sześć dni. Pięć, jak Webb nauczy się jeść. Cztery, jak Nate nie przestanie udawać, że druga porcja jest pierwszą.
Nate, jeszcze pod kocem, powiedział:
— Śpię.
— To śpij ciszej. Mąka cię słyszy.
Tomás przyszedł od stada dopiero wtedy, kiedy niebo zaczęło szarzeć. Oddał Oakesowi wartę jednym krótkim skinieniem. Oakes zauważył, że Baca nie pyta, czy on spał. Ludzie, którzy pracowali nocami, nie zadawali takich pytań bez potrzeby.
Siódmego dnia trafili na ranczo Druckera.
Oakes pamiętał gospodarstwo z wcześniejszych przejazdów. Dwa lata temu przechodzili tędy bez pytania. Teraz dom miał świeższy dach, rów przy pastwisku i człowieka, który wyszedł im naprzeciw, zanim pierwsza krowa zdążyła zejść ze ścieżki.
Teraz był ktoś. Nazywał się Drucker, miał dużą brodę, małe ranczo, trzy psy, które szczekały na bydło z odległości, z jakiej psy szczekają, gdy chcą wyglądać na groźne, ale nie chcą sprawdzać, czy są — i opinię, którą wyraził w sposób bezpośredni:
— Nie puszczę trzystu krów przez moją ziemię. Ostatnim razem stado przeszło tędy i zostawiło mi chorego byka i trzy rowy w pastwisku.
— To nie było moje stado — powiedział Oakes.
— Nie obchodzi mnie, czyje to było stado. Obchodzi mnie moje pastwisko.
Fitch podjechał. Oakes czuł, że właściciel stada zamierza rozwiązać problem pieniędzmi albo groźbami — w tej kolejności — i żadne z tych rozwiązań nie było dobre. Groźby też niczego nie rozwiązywały: nadal musieliby jechać przez cudzą ziemię, a człowiek, któremu grożono, zwykle budził się rano gotowy na kłopoty.
— Panie Drucker — powiedział Oakes. — Ile jest stąd do przejazdu koło suchego koryta?
— Pięć mil. Może sześć. Ale to moja ziemia po obu stronach.
— Potrzebujemy pasa szerokości pięćdziesięciu stóp. Przez sześć mil. Moje bydło nie zatrzymuje się, nie pasie, nie pije z pańskich źródeł. Przechodzi. Przechodzi i nie wraca.
— A jak się rozejdą?
— Nie rozejdą się.
Tomás zsiadł, przeszedł kilkadziesiąt kroków wzdłuż suchego koryta i wrócił z błotem na cholewie.
— Nie środkiem — powiedział do Oakesa. — Za wierzbami brzeg trzyma. Tędy jest krócej, ale jak wejdzie więcej niż dwadzieścia, zrobi się bagno.
Oakes spojrzał na niższy pas wierzb. Droga była dłuższa.
— Wierzbami — zdecydował.
Drucker patrzył na nich chwilę, potem na stado.
— Piętnaście dolarów.
— Dziesięć — powiedział Oakes.
— Piętnaście. I jeśli choć jedna krowa zostawi mi kłopot, wracasz i naprawiasz.
— Zgoda.
Fitch wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć o tych piętnastu dolarach. Oakes nie dał mu szansy. Zawrócił konia i zaczął ustawiać stado do przejścia — wąskim korytarzem, pięćdziesiąt stóp, przez sześć mil cudzej ziemi.
To trwało. Bydło nie lubi iść wąsko. Bydło lubi się rozprzestrzeniać, szukać trawy, schodzić z utartej ścieżki. Trzymanie trzystu zwierząt w pasie szerokości pięćdziesięciu stóp wymagało czterech jeźdźców w ciągłym ruchu — przód, tył, oba boki — i nieprzerwanej uwagi. Tomás jechał na lewym skrzydle i robił to z precyzją, której Oakes nie musiał korygować ani razu. Webb jechał na prawym i popełnił dwa drobne błędy — pozwolił trzem krowom odejść za daleko, zanim je zawrócił — ale poprawił się sam, bez pomocy i Oakes to odnotował w milczeniu.
Do wieczora przeszli. Pastwisko Druckera wyglądało, jakby nic się nie stało — co było zasługą Oakesa i ekipy, nie bydła, bo bydło nie ma skrupułów.
Przy ostatnich pięćdziesięciu sztukach mokry brzeg przy korycie zaczął puszczać. Oakes już chciał przesunąć stado na kamienistszy środek, kiedy Tomás podniósł rękę.
— Nie tam. Jeszcze dziesięć minut i się urwie.
— Kamień trzyma.
— Kamień tak. To pod nim nie.
Tomás zsunął się z siodła i wbił obcas w ziemię przy krawędzi. Grunt odszedł płatem, miękki od wody pod spodem. Oakes spojrzał na niego, potem na pozostałe bydło.
— Wierzbami do końca — powiedział.
Tomás wsiadł bez komentarza. Webb, który słyszał rozmowę, sam przesunął prawą flankę szerzej i wyłapał trzy sztuki, zanim weszły w błoto. Nie czekał na rozkaz. Oakes zauważył to tak samo, jak zauważał źle założony popręg albo skrócony krok konia: bez pochwały, ale nie bez znaczenia.
Kiedy ostatnia krowa przeszła, Tomás spojrzał na Oakesa.
— Notes by tego nie powiedział.
— Notes nie miał dziś butów w błocie.
Tomás uśmiechnął się krótko.
— To po co go pan nosi?
Oakes wsunął notes głębiej do kieszeni.
— Żeby wiedzieć, kiedy ktoś ma rację, a notes nie.
Fitch podjechał do Oakesa, kiedy ostatnia krowa minęła granicę Druckera.
— Piętnaście dolarów za sześć mil trawy — powiedział cicho.
— To taniej niż objazd — odpowiedział Oakes.
— Wiem. Ale… — Fitch pokręcił głową. — Pięć lat temu nikt by nie kazał płacić za przejazd po otwartej prerii.
— Pięć lat temu to nie była czyjaś preria.
Fitch nie odpowiedział. Przed nimi była ta sama trawa i ten sam wiatr. Drucker schował pieniądze do kieszeni i zamknął za stadem bramę.
Oakes zapłacił Druckerowi z pieniędzy Fitcha — odliczył banknoty powoli, starannie, jak człowiek, który liczy cudze pieniądze dokładniej niż własne, bo cudze pieniądze trzeba rozliczyć. Drucker przeliczył je po swojemu, schował i powiedział:
— Następnym razem będzie dwadzieścia pięć.
Oakes nie odpowiedział, bo nie był pewien, czy będzie następny raz.
Ósmego dnia świat zaczął się komplikować szybko.
Dotarli do Willow Creek — odnogi większego strumienia, który Oakes znał z wcześniejszych podróży jako płytki, szeroki i łatwy do przejścia. Tym razem był inny. Niedawne deszcze — gdzieś w górach, bo tu na prerii nie padało od tygodnia — podniosły poziom wody. Bieg, który Oakes pamiętał jako łagodny, był teraz szybki, mętny od brązowej gliny i głębszy o dobrą stopę.
Oakes zsiadł z konia i zszedł do brzegu pieszo. Stanął na dużym, płaskim kamieniu, który pamiętał i który leżał tu od zawsze. To było właściwe miejsce, ale woda, która kiedyś ledwo go lizała, teraz sięgała mu do połowy łydki. Dno było kamieniste, ale z warstwą gliny, która ślizgała się pod butami. Prąd ciągnął — nie brutalnie, ale wystarczająco, żeby człowiek musiał się skupić na równowadze.
Oakes wszedł głębiej. Do kolan. Woda była zimna — jesienna, płynąca prosto z gór, nie z prerii — i wchodziła w kości, zostając w nich na długo. Dno pod nim przesuwało się lekko — glina na kamieniu, jak mydło na drewnie. Wołowi, który waży tysiąc funtów, taki prąd zrobi niewiele. Ale cielak, który waży dwieście, może nie utrzymać nóg. I koń, który straci oparcie, może zabrać ze sobą jeźdźca.
Wyszedł z wody. Buty chlupiały. Wyjął notes, narysował szybki szkic koryta — gdzie kamień, gdzie piasek, gdzie prąd najsilniejszy, gdzie najsłabszy — i wrócił do ekipy.
— Przejdziemy — powiedział.
— Pewnie? — zapytał Nate.
— Pewnie nie. Ale nie mamy gdzie czekać.
To była prawda. Strumień Pronghorn za nimi był wyczerpany. Następna pewna woda leżała po drugiej stronie Willow Creek. Trzysta trzy sztuki potrzebowały wody, a woda była tam, po drugiej stronie.
Oakes stał na brzegu dłużej niż reszta chciała. Patrzył, którędy woda niesie pianę, gdzie znika kamień i gdzie bydło będzie próbowało zawrócić.
— Tomás, bierzesz pierwsze dwadzieścia. Wchodzisz poniżej tego kamienia — widzisz go? Duży, płaski. Dno tam jest twarde. Idziesz skosem, z prądem, nie pod prąd. Wychodzisz na tamtym piaszczystym kawałku. Nate, ty za nim z trzydziestoma, ale dopiero kiedy Tomás jest na brzegu, nie wcześniej. Webb, twoja grupa trzecia. Nie spiesz się. Jeśli krowa stanie w środku, nie pchaj jej — objadź ją i pozwól jej się zdecydować.
— A jeśli się nie zdecyduje? — zapytał Webb.
— To poczekasz. Krowa w prądzie, która panikuje, jest gorsza niż krowa, która stoi.
Tomás wszedł pierwszy. Jego klacz — niska, szeroka, twarda jak dąb — szła przez wodę pewnie, z łbem nisko, z uszami do przodu, z ruchami tak spokojnymi, że bydło za nim wyglądało, jakby szło na spacer, a nie przez wezbrany strumień. Dwadzieścia krów weszło do wody za Tomásem i wyszło po drugiej stronie mokrych, niespokojnych, ale całych.
— Dobrze — powiedział Oakes. — Następne trzydzieści.
Nate poprowadził drugą grupę. Trudniej — więcej bydła, więcej chaosu. Dwa woły zaczęły walczyć z prądem w środku, kręcąc się w kółko, aż Nate objechał je szerokim łukiem i zepchnął spokojnie w stronę drugiego brzegu. Wyszli cali.
Przy trzeciej grupie Webba doszło do kłopotów. Prąd był silniejszy niż wyglądał z brzegu, a jeden byczek — duży, z białą plamą na łbie — zaczął walczyć z nurtem zamiast iść z nim i ciągnął za sobą trzy krowy, które panikowały i obracały się w wodzie jak liście.
— Webb! — krzyknął Oakes. — Z dołu! Nie pozwól im iść z prądem!
Webb ruszył. Był szybki — to trzeba było mu przyznać — i odważny, bo wjechał koniem w wodę, która sięgała koniowi do piersi i odciął byczka od reszty. Ale w tym momencie prąd uderzył w niego bokiem, koń stracił oparcie na tylnych nogach i przechylił się. Przez sekundę — może dwie — Webb i koń byli na krawędzi. Oakes zobaczył dokładnie, co się zaraz stanie: koń padnie na bok, Webb wpadnie do wody, a pięćset funtów mokrego, spanikowanego byczka przejdzie po nich obu.
Tomás był szybszy.
Z drugiego brzegu — w pełnym galopie, zanim Oakes zdążył krzyknąć — Tomás wjechał z powrotem do wody, złapał uzdę konia Webba i pociągnął konia pod prąd, jednocześnie odcinając byczka od Webba własną klaczą. Klacz Tomása stanęła w prądzie jak wmurowana — kopyta na kamieniu, muskuły napięte, łeb nisko — i trzymała, podczas gdy koń Webba odzyskiwał równowagę. Byczek odwrócił się, znalazł dno, ruszył na drugi brzeg.
To trwało może osiem sekund.
Oakes wypuścił powietrze, nie pamiętając, kiedy wstrzymał oddech.
— Webb! — krzyknął. — Wyjeżdżaj na brzeg!
Webb wyjechał. Był blady, mokry i milczący. Tomás wyjechał za nim, poklepał szyję swojej klaczy — cicho, z szacunkiem, z jakim dotyka się czegoś, co właśnie uratowało komuś życie — i nic nie powiedział.
Oakes przejął prowadzenie dalszej przeprawy. Każdą grupę wprowadzał osobiście, stojąc koniem w środku prądu, na tym dużym płaskim kamieniu, który znalazł wcześniej, pilnując, żeby bydło szło linią, którą wyznaczył. Nate pracował z drugiego brzegu, zbierając zwierzęta, które się rozłaziły. Tomás patrolował środek, gotowy do interwencji. Oakes wszedł do wody cztery razy — za każdym razem, kiedy grupa miała kłopot. Woda sięgała mu do pasa, do piersi konia i była z każdym razem zimniejsza, albo może to on był z każdym razem bardziej zmęczony.
Przy piątej grupie gniadosz poślizgnął się na glinie i na chwilę stracił grunt pod tylnymi kopytami. Oakes poczuł, jak siodło idzie na bok, ścisnął uda, przeniósł ciężar i koń się wyprostował — dwa uderzenia serca, może trzy. To wyglądało na nic. Ale wystarczył jeden ruch za dużo i byliby w wodzie obaj. Oakes poklepał konia po szyi i nie mówił o tym nikomu.
To trwało trzy godziny. Trzy godziny, których nie mieli. Ale kiedy ostatnia krowa wyszła na drugi brzeg, Oakes zdjął kapelusz, przetarł twarz mokrym rękawem i policzył.
Dwie straty. Cielak porwany prądem, znaleziony pół mili dalej, martwy. Stara krowa ze złamaną nogą — Oakes kazał ją dobić.
Trzysta jedna.
Nate podjechał, kiedy stali na wschodnim brzegu i patrzyli, jak ekipa zbiera się w całość. Mokrzy, zmęczeni, milczący.
— Niezła robota — powiedział cicho.
Oakes nie odpowiedział. Wyjął notes — mokry na brzegach, ale czytelny — i zapisał: dwie straty, przeprawa trudna, prąd silniejszy niż oczekiwano, czas przeprawy trzy godziny. Zamknął notes.
Pięć procent oznaczało piętnaście sztuk bez kary; szesnasta uruchamiała potrącenie. Stracili sześć. Mieścili się. Ale mieścili się ciasno, a do Red Junction zostały jeszcze trzy dni — może cztery, biorąc pod uwagę opóźnienia — i każdy dzień mógł przynieść kolejne straty.
Spoon postawił garnek na brzegu i zrobił coś, co optymistycznie nazywał zupą, a co w rzeczywistości było gorącą wodą z fasolą, resztkami suszonego mięsa i nadzieją.
— Zjedzcie — powiedział. — Bo jutro może nie będzie lepiej.
Webb siedział przy ognisku i suszył buty. Nie patrzył na Oakesa. Nie patrzył na Tomása. Oakes wiedział, że powinien coś powiedzieć — nie o błędzie, bo Webb nie popełnił błędu, zrobił dokładnie to, co powinien, po prostu prąd był silniejszy niż wyglądał — ale o tym, co Tomás zrobił, że go wyciągnął. Powinien powiedzieć: dobra robota. Powinien powiedzieć: prąd był gorszy niż wyglądał. Powinien powiedzieć cokolwiek, co nie brzmiałoby jak ocena.
Zamiast tego sprawdził konie, zapisał stan kopyt w notesie i poszedł spać.
Dziesiątego dnia Fitch wrócił z wiadomościami z Red Junction, które pachniały kłopotami.
Właściciel stada pojechał naprzód poprzedniego wieczoru, sam, żeby spotkać się z jeźdźcem wysłanym przez agenta RB&W z Red Junction. Wrócił koło południa, kiedy bydło poruszało się leniwie przez suchy pas prerii — powoli, bo było zmęczone, bo trawa była krótka, bo słońce, choć październikowe, grzało bezlitośnie od rana.
— Okno się zamyka — powiedział Fitch. Zsiadł z konia i stanął obok Oakesa. Oddychał ciężko. — Nasze wagony są przydzielone na poranek za trzy dni. Jeśli nie będziemy wtedy w zagrodach, tracimy pierwszeństwo. Potem trzymamy bydło w Red Junction, płacimy za paszę, płacimy za miejsce i sprzedajemy później po gorszej cenie, bo rynek jest pełny.
— Ile tracimy?
— Premia kontraktowa na pewno. Plus różnica cenowa. Plus koszty trzymania. Łącznie — Fitch policzył w głowie — może sto pięćdziesiąt, dwieście dolarów.
Oakes nie musiał liczyć. Jego premia kontraktowa wynosiła czterdzieści dolarów. Czterdzieści dolarów to był miesiąc życia, jeśli żyło się tak, jak Oakes żył — oszczędnie, w wynajętych pokojach, z jednym koniem, jednym siodłem i jednym zestawem narzędzi. Stracić te czterdzieści dolarów nie oznaczało głodu. Oznaczało zimę bez zapasu. Oznaczało szukanie kolejnej pracy z pustą kieszenią zamiast pełnej.
— Musimy przyspieszyć — powiedział Fitch.
Oakes patrzył na stado. Trzysta jedna zmęczonych zwierząt, które szły od dziesięciu dni, piły gorszą wodę niż powinny, przeprawiły się przez wezbrany strumień i straciły sześć towarzyszek po drodze. Były wolniejsze niż na początku. Bardziej nerwowe. Niektóre kulały.
— Mogę dać im krótszą noc — powiedział Oakes. — Wyjazd przed świtem, obóz po zmroku. Zyskamy może pięć mil dziennie.
— To wystarczy?
— Powinno.
— Powinno to za mało.
— Powinno to jest to, co mam, panie Fitch.
Fitch patrzył na niego. W jego oczach nie było złości — była w nich ta sama arytmetyka, którą Oakes widział przy płocie: wynik odejmowania, który za każdym razem dawał mniejszą liczbę.
— Dobrze — powiedział Fitch. — Przyspiesz.
Oakes przyspieszył. Nie powiedział ekipie dlaczego — nie musiał. Kiedy szef szlaku mówi, że jadą szybciej, nikt nie pyta, bo odpowiedź jest zawsze taka sama: pieniądze albo pogoda i jedno jest tak samo nieubłagane jak drugie.
Tego wieczoru kazał rozbić obóz godzinę później niż zwykle. Następnego ranka podniósł ludzi godzinę wcześniej. Spoon zaprotestował — nie słowami, bo Spoon nie protestował słowami, tylko tempem pakowania, o pięć sekund wolniejszym niż zwykle, oraz wyrazem twarzy, który mówił więcej niż pięć minut mowy. Bydło protestowało — tym cichym, biernym protestem zwierząt, które po prostu idą wolniej, kiedy są zmęczone i żadna ilość krzyków, batów ani przekleństw tego nie zmieni. Ale pięć dodatkowych mil dziennie było realne i Oakes je wycisnął.
Ceną było zmęczenie. Najpierw ludzi i koni; bydło dłużej udawało, że nic się nie dzieje. Krowa, która dostaje mniej wody i więcej mil niż powinna, nie protestuje — po prostu chudnie, zwalnia i pewnego dnia staje, a wtedy jest za późno. Oakes wiedział to. Pilnował, żeby nie przekroczyć granicy, ale widział ją coraz gorzej, bo sam był zmęczony. Webb, który był najmłodszy, miał poszarzałą twarz po dwóch dniach tego tempa. Nate, najstarszy poza Spoonem, przymykał oczy przy każdej okazji między wachtami. Spoon gotował szybciej i gorzej, bo nie miał czasu na nic lepszego i komentował to głośno, bo milczenie kucharza, który gotuje źle, oznacza, że kucharz się poddał, a Spoon nie poddawał się nigdy.
Oakes też był zmęczony. Drugiego dnia przyspieszonego marszu skrócił południowy postój o pół godziny, choć gniadosz potrzebował więcej. Potem kazał ruszyć jeszcze przed pełnym świtem. Nikt mu tego nie narzucił. Fitch tylko patrzył na zegarek, którego nie miał.
Wieczorem Oakes zapisał w notesie dwie dodatkowe mile. Cyfra wyglądała dobrze. Konie wyglądały gorzej.
Tomás znalazł go przy gniadoszu, kiedy reszta jadła. Oakes rozcierał ścięgno nad pęciną i oceniał ciepło dłonią.
— Jutro nie wyciągnie tyle samo — powiedział Tomás.
— Wyciągnie.
— Wyciągnie, bo mu pan każe. To nie to samo.
Oakes puścił nogę konia. Gniadosz postawił ją równo, ale chwilę za długo trzymał ciężar na drugiej.
— Ile byś dał?
— Normalnie? Dziewięć. Teraz siedem. Jak będzie twardo, osiem.
— Potrzebuję dziesięciu.
— Wiem.
Tomás nie powiedział nic więcej. Poszedł po swoją porcję, zostawiając Oakesa z koniem i liczbą, która nie chciała zmienić się od samego patrzenia.
Rano Oakes dał im dziewięć mil, nie dziesięć. Fitch policzył różnicę od razu, ale tym razem nie powiedział nic. W południe zwierzęta szły spokojniej, a gniadosz stawiał nogę równo. Oakes nie uznał tego za zwycięstwo. Po prostu wpisał dziewięć.
Tego samego popołudnia pierwszy raz usłyszeli młoty. Daleko, nieregularnie, jakby wiatr niósł z innego świata kilka uderzeń metalu i gubił resztę. Webb podniósł głowę.
— Red Junction?
Nate splunął w kurz.
— Albo Pan Bóg naprawia dach.
Spoon obejrzał niebo.
— Jak naprawia, to źle zaczął. Tu nie ma dachu.
Tomás spojrzał na Oakesa, ale nic nie powiedział. Oakes też nie. Hałas wrócił po godzinie, wyraźniejszy. Młot, pauza, młot. Bydło nie reagowało jeszcze. Konie już tak.
Dwunastego dnia zobaczyli most.
Wyjechali zza niskiego grzbietu wzgórz — ostatniego przed doliną Cold River — i tam był. Nie wyglądał jak coś, co buduje się krok po kroku, kawałek za kawałkiem. Wyglądał jak coś, co wyrosło z ziemi — masywne filary z kamienia i cegły, stalowe dźwigary sterczące w powietrzu jak żebra niedokończonego szkieletu, drewniane rusztowania, z których zwisały liny, oraz ludzie — tuzin, może więcej — poruszający się po konstrukcji jak mrówki na gałęzi. Na zachodnim brzegu piętrzył się plac budowy — stosy drewna, beczki, szynowe odcinki, namioty robotników, dwa ciężkie wozy z ładunkiem. Dym z kuźni polowej mieszał się z poranną mgłą nad rzeką.
Oakes zatrzymał konia.
Hałas dotarł do niego sekundę później — metaliczny łomot, stukanie młotów, skrzypienie drewna, nawoływania robotników. Konie nastawiły uszy. Kilka krów przy czole stada zwolniło.
Za mostem — po drugiej stronie Cold River — leżało Red Junction. Oakes widział dachy, dym, drewniane budynki, rampę kolejową, wagony na bocznicach. Widział tor — błyszczącą linię stali biegnącą ze wschodu, kończącą się tu, przy niedokończonym moście, który pewnego dnia połączy ją z zachodem.
Nate zatrzymał się obok.
— No i jesteśmy — powiedział.
Tomás podjechał z drugiej strony i patrzył na most bez słowa. Po chwili powiedział cicho:
— Duży.
Był duży. Oakes próbował oszacować — sto stóp? Sto pięćdziesiąt? Trudno powiedzieć, kiedy coś jest niedokończone. Gotowe filary stały pewnie w korycie rzeki, a między nimi stalowe przęsła czekały na swój ciąg dalszy, oparte na tymczasowych drewnianych podporach, które same w sobie wyglądały na większe niż cokolwiek, co Oakes budował w życiu.
Oakes nie odpowiedział. Patrzył na Cold River płynącą pod mostem — szerszą, niż pamiętał, szybszą, pełną jesiennej wody. Obserwował prąd: główny nurt szedł szybko, ale przy brzegach woda kręciła się w wirach, które wyglądały łagodnie, ale nie były. Oakes znał ten typ rzeki — za każdym razem, kiedy przychodziły jesienne deszcze, Cold River zyskiwała głębokość szybciej niż szerokość, co oznaczało silniejszy prąd na środku i grzęzawisko przy brzegach.
I patrzył na to, co leżało poniżej mostu, trzysta jardów w dół rzeki — stary bród, miejsce, gdzie od lat przeprawiano bydło. Piaski, łagodne brzegi.
Przynajmniej tak to wyglądało kiedyś. Teraz brzegi wyglądały na rozmiękłe, a woda na głębszą niż powinna. Te same deszcze, które podniosły Willow Creek.
— Bród wygląda gorzej — powiedział Tomás, który zjawił się po jego lewej stronie. Nie pytał. Stwierdzał.
— Wygląda gorzej — zgodził się Oakes.
Fitch podjechał galopem.
— Jesteśmy na miejscu. Przeprawiamy się.
Oakes spojrzał na słońce. Zostało dość światła, żeby spróbować. Przy wypoczętym stadzie spróbowałby może sam. Ale dwa dni wcześniej skrócił im noc, poprzedniego dnia postój, a teraz część zwierząt stała z głowami nisko i przestępowała ciężko na przednich nogach.
Tomás wrócił od brodu.
— Da się dziś — powiedział. — Jak wejdziemy od razu. Ale środek będzie po ciemku.
Fitch podchwycił to natychmiast.
— Słyszysz? Da się.
— Da się — powiedział Oakes.
Przez chwilę patrzył na rzekę. W świetle kończącego się dnia widać było jeszcze piasek przy wejściu. Za dwie godziny nie będzie widać nic poza lampami na budowie.
— Jutro — powiedział.
Fitch zsiadł z konia.
— Nasze wagony biorą bydło jutro od świtu. Jeśli nie przeprawimy się dzisiaj, przydział przepada, a z nim premia. Twoje czterdzieści. Ja stracę więcej.
— Wiem.
— To nie jest szaleństwo, Oakes. Możemy przejść.
— Możemy. — Oakes spojrzał na Tomása. Tamten nie pokiwał głową ani nie zaprzeczył. — I możemy zgubić pięć sztuk. Albo piętnaście. Albo konia. Nie wiem ile.
— Rano też możesz coś zgubić.
— Mogę.
Fitch przetarł twarz dłonią.
— Ja tego nie mam z czego dopłacić. Pan ma premię. Ja mam okno. Oba stoją po tamtej stronie dziś.
Oakes wiedział, skąd wzięło się zmęczenie stada. Część z niego miała jego podpis, choć nigdzie tego nie zapisał.
— Przeprawiamy się jutro o świcie — powiedział. — Jak pan odejmie premię, niech pan odejmie.
Fitch patrzył na niego przez długą chwilę. Potem odwrócił konia i odjechał w kierunku stada, nie mówiąc nic.
Oakes nie spał.
Leżał w kocu, na zachodnim brzegu Cold River, trzysta jardów od niedokończonego mostu, którego młoty stukały jeszcze godzinę po zmierzchu, zanim umilkły. Potem nastąpiła cisza — ale nie taka cisza, jaką Oakes znał z prerii. Cisza przy moście miała w sobie echo — metaliczne pobrzękiwanie lin na wietrze, skrzypienie rusztowań, cichy szum wody przez drewniane pale. Obcy dźwięk. Jak spanie w czyimś domu.
Cold River szumiała nisko i jednostajnie. W ciemności trudno było ocenić jej szerokość, ale łatwo było usłyszeć prąd.
Obok niego, po drugiej stronie dogasającego ogniska, Spoon chrapał cicho. Webb leżał pod wozem, z kapeluszem na twarzy. Fitch spał w swoim kocu, dwadzieścia stóp od reszty, z plecami do nich. Nate miał wartę. Tomás spał, ale lekko. Bydło leżało w ciemności — spokojniejsze niż Oakes się spodziewał. Może były zbyt zmęczone, żeby się niepokoić. Może przyzwyczaiły się do hałasu mostu.
Oakes wstał, wziął notes i podszedł do brzegu rzeki.
W ciemności woda wyglądała na czarną i gładką, ale dźwięk mówił co innego — szum, który oznaczał prąd, głębokość, siłę. Oakes kucnął i włożył rękę do wody. Zimna. Szybka. Dno kamieniste, ale grząskie w miejscach, gdzie glina mieszała się z piaskiem.
Wyjął notes i zaczął rysować. Nie artystycznie — praktycznie. Brzeg. Nachylenie. Bród. Kierunek prądu. Gdzie piasek jest twardszy. Gdzie brzeg jest najniższy. Gdzie wejść, żeby wyjść po drugiej stronie powyżej ramp, a nie poniżej nich, gdzie nie ma drogi.
Rysował powoli. Ołówek był tępy, światła prawie nie było. Kilka razy odrywał rękę od kartki, schodził niżej do wody i wracał poprawić linię brzegu.
Kiedy skończył, usiadł na brzegu. W dole rzeki ciemna masa niedokończonego mostu sterczała nad wodą jak szkielet czegoś ogromnego. W świetle gwiazd stalowe dźwigary błyszczały matowo. Oakes patrzył na most i myślał o jutrze. O tym, jak wejść do wody z trzema setkami krów o świcie. O tym, jak ustawić ludzi. O tym, który koń idzie pierwszy. O tym, ile czasu zajmie przeprawa, jeśli wszystko pójdzie dobrze, a ile, jeśli nie.
To było to, co umiał. Planowanie. Przewidywanie. Czytanie wody, bydła, ludzi, terenu.
Wrócił do obozu i położył się. Notes schował pod koc, przy piersi, bo nawyk jest silniejszy niż wygoda. Tym razem zasnął.
Świt przyszedł szary i zimny.
Oakes był na nogach, zanim ktokolwiek inny się obudził. Sprawdził konie. Sprawdził wóz. Poszedł nad rzekę i obejrzał bród jeszcze raz — w świetle, które rosło powoli, zmieniając czarną wodę w szarą, potem w brązową, potem w coś, co wyglądało prawie przejrzysto, choć Oakes wiedział, że przejrzystość jest złudzeniem.
Woda opadła w nocy. Może o dwa cale. Przy zachodnim brzegu odsłoniła pasek jasnego piasku i kilka płaskich kamieni, których wieczorem nie było widać pod brunatną wodą. Niewiele, ale wystarczająco, żeby Oakes zobaczył to, czego szukał — piaskowe dno w najszerszym miejscu brodu, tam gdzie prąd był najsłabszy. To było okno.
— Wstajemy — powiedział, wracając do obozu.
Nikt nie protestował. Nawet Fitch nie powiedział ani słowa. Byli za blisko końca, żeby kłócić się o cokolwiek.
Oakes zebrał ekipę.
— Tomás idzie pierwszy z dwudziestoma sztukami. Bród jest w najszerszym miejscu — tam, gdzie widać piasek. Nie idziemy prosto — idziemy pod kątem, z prądem, żeby wyjść powyżej ramp. Nate, ty bierzesz drugą grupę. Webb, trzecia. Ja pilnuję całości i koryguję. Spoon, wóz idzie ostatni, dnem — nie przez najgłębsze miejsce. Panie Fitch, niech pan zostanie na brzegu i pilnuje, żeby żadna krowa nie poszła w dół rzeki.
— Wóz nie przejdzie — powiedział Spoon.
— Przejdzie.
— Koła zatoną.
— Nie zatoną, jeśli jedzie pan szybko i prosto.
— Nikt mi nie zapłaci za utopiony wóz.
— Nikt panu nie zapłaci za nic, jeśli stado nie przejdzie na drugą stronę.
Spoon zamknął usta, ale jego twarz powiedziała resztę.
Tomás wszedł do wody pierwszy. Klacz szła pewnie — kopyta na piasku, łeb nisko, uszy do przodu. Tomás nie ciągnął stada. Zostawił pierwszym sztukom miejsce na decyzję i przesuwał się dopiero wtedy, kiedy szły za klaczą. Dwadzieścia sztuk przeszło czysto. Mokre, otrząsające się bydło wyszło na wschodnim brzegu, na twardym piasku, gdzie droga prowadziła prosto do zagród Red Junction.
Nate wszedł z trzydziestoma. Trudniej — więcej bydła, więcej chaosu, głębsza woda w środku. Jedna krowa stanęła w połowie i odmówiła ruchu. Nate objechał ją, nacisnął koniem na bok — nie brutalnie, ale stanowczo — i krowa ruszyła. Wyszli cali.
Webb wszedł z trzecią grupą. Ręce miał napięte na wodzach — Oakes widział to z brzegu — ale jechał prosto, pewnie, korygując zwierzęta, które schodziły z linii, spokojnym ruchem konia. Kiedy jedna krowa stanęła w połowie, Webb nie pchał. Objechał ją, dał jej czas. Krowa ruszyła sama. Oakes skinął głową — do siebie, nie do Webba. Coś się zmieniło w sposobie, w jaki Kinney się poruszał. Nie doświadczenie — to przychodzi latami. Może szacunek do tego, czego nie wie. Albo pamięć Willow Creek, gdzie prąd prawie go zabrał, Tomás go wyciągnął, a Oakes nic mu potem nie powiedział.
Grupa po grupie. Trzy godziny. Oakes wszedł do wody cztery razy — za każdym razem, kiedy coś szło nie tak. Para byków, które zaczęły się bić w środku rzeki. Cielak, który popłynął z prądem, zanim Nate go złapał. Krowa, która stanęła i odmówiła ruchu, aż Oakes podjechał do niej osobiście i zepchnął ją łagodnie w stronę drugiego brzegu, mokry do pasa, z wodą cieknącą z kurtki.
Spoon przeprawił wóz ostatni. Koła weszły głęboko, ale Spoon jechał szybko i prosto, nie dając gliniastemu dnu czasu na wciągnięcie. Wóz wynurzył się na drugim brzegu z wodą cieknącą ze wszystkich szczelin, a Spoon wyglądał, jakby przeżył osobistą zniewagę, ale zapasy były suche — bo Spoon zawinął je w płachtę wczoraj wieczorem i Oakes odnotował to jako dowód na to, że kucharz po sześćdziesiątce z drewnianą łyżką za paskiem wie więcej o przeprawach niż większość ludzi po obu stronach rzeki.
Ostatnia krowa wyszła na wschodnim brzegu.
Oakes policzył.
Trzysta. Jedna sztuka stracona — byczek porwany prądem, który zniknął w dół rzeki. Oakes patrzył za nim przez sekundę — na brązową plamę, która kurczyła się w szarej wodzie — a potem odwrócił się i policzył jeszcze raz.
Trzysta.
W dole rzeki niedokończony most sterczał nad wodą w porannym świetle — kamień, stal, drewno, ludzie, którzy właśnie zaczynali kolejny dzień pracy. Ktoś uderzył młotkiem w metal i dźwięk poniósł się nad rzeką, czysty i ostry w zimnym powietrzu.
Red Junction pachniało dymem, tarcicą i nawozem.
Zagrody dla bydła leżały na południowym końcu miasteczka, obok ramp załadunkowych, obok torów, na których stały puste wagony towarowe — drewniane skrzynie na kołach, z wentylacją wyciętą wysoko, żeby bydło mogło oddychać, ale nie mogło wyskakiwać. Oakes znał te wagony. Widział je w innych miasteczkach, przy innych rampach. Były identyczne wszędzie. Tak samo jak tory. Tak samo jak rozkłady.
Załadunek trwał do południa. Trzysta krów — po dwadzieścia do wagonu — wchodziło na rampy jedno po jednym, pchane przez ludzi, którzy robili to w Red Junction co tydzień i którym było wszystko jedno, czyje to bydło, skąd przyszło i kto je prowadził. Dla nich to były jednostki. Numery w rejestrze załadunkowym. Jeden z ładowaczy — młody, rudy, w fartuchu od bydła — zapytał Oakesa, skąd stado.
— Eagle Flat — powiedział Oakes.
— Eagle Flat? Piechotą? — Chłopak wyglądał na zdziwionego, jakby ktoś powiedział mu, że bydło przyfrunęło.
— Piechotą — potwierdził Oakes.
Chłopak pokręcił głową i wrócił do pracy.
Oakes stał przy rampie i patrzył. Sztuka po sztuce znikała w wagonach. Człowiek przy drzwiach liczył szybciej, niż Oakes lubił, ale nie pomylił się ani razu. Na bocznicy lokomotywa brała wodę.
Fitch podszedł, kiedy ostatni wagon się zamknął.
— Trzysta — powiedział. — Kupiec w Kansas City liczy trzysta. Straty w ramach kontraktu.
— Siedem straconych — powiedział Oakes.
— W ramach kontraktu — powtórzył Fitch. Wyciągnął kopertę. — Twoja stawka. Bez premii.
Oakes wziął kopertę. Nie otworzył jej od razu. Potem otworzył — bo nieotwieranie koperty z pieniędzmi nie jest oznaką godności, tylko głupoty. Przeliczył banknoty. Trzysta razy stawka za głowę, bez czterdziestu dolarów premii. Liczyć umiał. Wynik był taki, jaki powinien być. Po prostu mniejszy niż mógł być. Schował pieniądze do wewnętrznej kieszeni — tej samej, w której nosił notes, po drugiej stronie piersi. Pieniądze i notes. Wszystko, co miał do pokazania za dwanaście dni pracy.
Fitch otworzył usta. Zamknął je. Otworzył je znowu.
— Dobrze doprowadziłeś stado.
— To moja robota.
— Wiem. Ale… — Fitch patrzył na wagony, na tory, na dym z lokomotywy, która czekała na końcu składu. — Nie wiem, czy będę miał następne stado. Nie w tym roku. Może nie w przyszłym.
Oakes skinął głową. Fitch patrzył na wagony jeszcze chwilę, potem wyciągnął rękę. Oakes uścisnął ją — tak samo jak dwanaście dni temu, przy zagrodzie w Eagle Flat, tylko że teraz uścisk Fitcha był słabszy i trwał sekundę dłużej.
Fitch odszedł.
Ekipa rozpadała się tak, jak rozpadają się ekipy na końcu każdego szlaku: ludzie zaczynają mówić o tym, co dalej i „dalej” nie jest tym samym miejscem dla każdego z nich.
Spoon był pierwszy.
— Jadę do Millstone. Znaczy, jadę tam, gdzie było Millstone. Jest facet, który buduje zajazd. Potrzebuje kucharza.
— Zajazd — powiedział Nate.
— Zajazd. Cztery ściany, dach, piec, który nie jeździ. — Spoon pokręcił głową z niedowierzaniem, jakby opisywał raj. — Wyobrażasz sobie?
— Wyobrażam sobie.
Spoon podszedł do Oakesa.
— Dobre dwanaście dni — powiedział.
— Dobre — zgodził się Oakes.
Spoon wsiadł na wóz i odjechał. Drewniana łyżka sterczała zza jego paska jak zawsze.
Webb podszedł jako drugi. Był czystszy niż na szlaku — umył się w strumieniu za zagrodami — i wyglądał młodziej bez warstwy kurzu.
— Panie Oakes. Chcę podziękować.
— Za co?
— Za szlak. Nauczyłem się.
Oakes patrzył na niego. Chciał powiedzieć coś o Willow Creek, o momencie, kiedy Tomás wyciągnął go z prądu. Ale zamiast tego powiedział:
— Co dalej?
Webb włożył ręce do kieszeni. Wyglądał inaczej niż dwanaście dni temu — nie starzej, ale jakby linie jego twarzy stały się pewniejsze, bardziej zdecydowane. Jakby wiedział coś, czego nie wiedział, kiedy wsiadał na konia w Eagle Flat.
— Jest praca w Red Junction. Przy załadunku. Stała.
— Przy załadunku.
— Tak. Wagony, rampy, bydło. Tylko że… — Webb zawahał się — nikogo nie prowadzę na szlak. Bydło przychodzi, bydło wchodzi do wagonów, bydło odjeżdża. Ja zostaję.
Oakes skinął głową. Było w tym coś, co rozumiał, ale nie potrafił tego powiedzieć na głos — że Webb, dwadzieścia dwa lata, z ramionami do pracy na ranczu i oczami, które nauczyły się czytać nurt, zanim wprowadzą w niego konia, wybrał pracę, w której bydło przyjeżdżało pociągiem i wyjeżdżało pociągiem, a między tymi dwoma wydarzeniami nie było prerii, nie było nocy, nie było szlaku. Była rampa, wagon i rozkład. I to był wybór, który miał sens. I to bolało bardziej niż utrata premii.
— Powodzenia — powiedział.
Webb wyciągnął rękę. Oakes uścisnął ją.
Tomás podszedł ostatni. Nate stał obok, czekając.
— Łópezowie mają robotę — powiedział Tomás. — Zimowy round-up przy Santa Luz. Mniejszy niż kiedyś, ale jest.
— Dobrze.
— Gdybyś kiedyś potrzebował kogoś… — Tomás nie dokończył. Nie musiał.
— Wiem, gdzie cię szukać — powiedział Oakes.
Tomás dotknął ronda kapelusza i odjechał. Oakes patrzył za nim do chwili, kiedy koń i jeździec przestali się odróżniać od kurzu na drodze do Santa Luz.
Nate został.
— Stajnie? — zapytał Oakes.
— Stajnie. Zaczynam za tydzień. Gus Wheeler. Dobre warunki. Stała wypłata. Dach.
Oakes patrzył na człowieka, z którym pracował od jedenastu lat. Człowieka, który jechał obok niego przez cztery szlaki. Który nucił hymny pod nosem i nigdy nie spóźnił się na wartę.
— Nate — powiedział.
— Hmm?
Chciał powiedzieć coś ważnego. Ale słowa, które przyszły, były inne.
— Uważaj na siebie.
— Ty też.
Nate odszedł. Nie obejrzał się.
Oakes został przy rampie.
Wagony były zamknięte. Lokomotywa parskała na końcu składu. Ludzie przy torach sprawdzali sprzęgi, oliwili osie i wymieniali krótkie sygnały, których Oakes nie znał.
Koło niego stał jego koń — gniadosz, zmęczony, z łbem opuszczonym nisko, z mułem Cold River jeszcze na pęcinach. Siodło na jego grzbiecie było stare — Oakes kupił je jedenaście lat temu w miasteczku, którego nazwy nie pamiętał — i noszone tak długo, że skóra miała kształt Oakesa, jego bioder, jego ud, jego sposobu siedzenia.
W kieszeni kurtki leżała koperta z pieniędzmi. W drugiej kieszeni leżał notes.
Oakes wyjął notes i otworzył go na ostatniej zapisanej stronie. Mapa brodu na Cold River była jeszcze wilgotna przy krawędzi. Przewrócił kilka stron: woda, mile, straty, stare przejścia. Na jednej z wcześniejszych map linia wciąż biegła przez miejsce, gdzie teraz stał świeży drut.
Zamknął notes i schował go do kieszeni.
Lokomotywa zagwizdała. Wagony szarpnęły. Skład ruszył — powoli, z metalicznym zgrzytem, coraz szybciej — i potoczył się na wschód.
Bydło jechało na wschód w zamkniętych wagonach.
Oakes stał na rampie z koniem, siodłem i notesem.
Za jego plecami, nad Cold River, ktoś uderzył młotem w stal. Potem jeszcze raz.
Oakes wziął konia za uzdę. Gniadosz podniósł łeb i czekał.
Oakes nie powiedział dokąd. Przez chwilę nie było potrzeby. Koń stał spokojnie, a tor za nimi dzwonił pod odjeżdżającym składem.



