Koń wszedł na podwórze kuźni z lekkim przechyłem na lewą stronę — nie mocno, wystarczająco, żeby Inés to zobaczyła, zanim Bernal zdążył się odezwać.
— Coś mu w barku — powiedział Bernal, prowadząc zwierzę za uzdę. — Przejechałem się wczoraj do Padilli i dziwnie się kładł na lewą stronę. Jak na zakręcie. Myślę, że nadwyrężenie, bo sąsiad miał to samo z klaczą i pomagało nacieranie terpentyną.
Inés nie odpowiedziała. Stała przy kowadle z ręką na krawędzi stołu i patrzyła, jak koń stawia przednią lewą. Kopyto lądowało milimetr krócej niż prawe — jakby koń testował grunt, zanim przeniesie ciężar.
Bernal przywiązał go do słupka i tłumaczył dalej. Że koń jest stary, że może to od pracy na zboczu, że ktoś mu powiedział, że w takich przypadkach pomaga okład z siana i octu, i że swoją drogą czy Inés ma jeszcze te podkowy, które robiła Garciom, bo Garcia nie chce swoich i może by—
Koń obrócił łeb i spróbował ugryźć Bernala w kapelusz. Bernal cofnął się o pół kroku, nie przerywając zdania, i odchylił głowę. Kapelusz pozostał na miejscu. Koń próbował ponownie — tym razem złapał zębami rondo i pociągnął. Bernal wyrwał kapelusz i odszedł o krok dalej.
— ...więc ja mówię, że to bark, bo to wygląda jak bark — dokończył.
Inés podeszła od lewej strony, położyła dłoń na łopatce konia i przesunęła ją w dół, wyczuwając mięsień. Zwierzę stało spokojnie pod jej ręką — inne zwierzę niż to, które przed chwilą próbowało zdjąć kapelusz z głowy właściciela. Klepnęła je w bok, żeby się przesunęło o krok, i cofnęła się.
— Przeprowadź go.
Bernal poprowadził konia wzdłuż podwórza, od bramy do muru i z powrotem. Inés patrzyła na chód — przód, tył, przód, tył. Koń skracał krok na lewej przedniej. Nie w barku. Niżej. Łopatka pracowała normalnie, ramię się nie blokowało. To było w kopycie.
— Jeszcze raz. Wolniej.
Bernal zawrócił i poprowadził wolniej. Przy trzecim kroku koń postawił lewą ostrożniej, z lekkim wahaniem, jakby czekał na ból, który nie zawsze przychodził, ale mógł.
Inés podeszła, stanęła bokiem do konia i podniosła lewą przednią nogę. Oparła kopyto na własnym kolanie, chwytając nadpęcie jedną ręką. Drugą wzięła nóż kopytowy ze stołu — szeroki, zakrzywiony, ostrzony tego ranka — i zaczęła oczyszczać strzałkę z błota i nabitego kamienia. Koń stał cierpliwie.
Pod błotem kopyto opowiadało swoją historię. Ściana boczna była ścięta nierówno — ktoś ją przycinał niedawno, ale za płasko po zewnętrznej stronie, zostawiając wewnętrzną krawędź wyższą. Podkowa siedziała krzywo, przechylona o milimetr, może dwa — niewidocznie dla kogoś, kto nie szukał. Ale milimetr wystarczył. Wewnętrzna krawędź nosiła więcej wagi niż powinna, koń kompensował w stawie, a staw kompensował w barku.
Inés obróciła kopyto na światło.
— Kiedy go podkuwałeś?
— Trzy tygodnie temu. U Delgada, za Santa Luz.
Inés puściła nogę i wyprostowała się. Koń postawił kopyto i natychmiast nadepnął Bernalowi na but. Bernal syknął i szarpnął stopę.
— Nie boli go bark — powiedziała Inés. — Podkowa źle siedzi. Obciąża wewnętrzną ścianę, więc kompensuje w barku, żeby nie naciskać. Podkuję go od nowa.
— Jesteś pewna? Bo wczoraj naprawdę—
— Pewna.
Bernal pokiwał głową z miną człowieka, który chciałby się jeszcze pospierać, ale wie, że nie ma z czym. Odszedł pod ścianę i usiadł na ławce w cieniu muru, obok dwóch innych klientów — jednego z mulicą na wymianę podków, drugiego czekającego na odbiór naprawionej obręczy. Ktoś podał mu wodę z dzbanka. Rozmawiali cicho po hiszpańsku — o deszczu, którego nie było od trzech tygodni, o cenie siana na targu w czwartek, o kimś, kto kupił nowy wóz i żałował zakupu, zanim zdążył dojechać do domu.
Cień muru był tu najcenniejszą rzeczą przed południem. Ławka stała dokładnie tam, gdzie adobe rzucało chłód na ubitą ziemię, i klienci przesuwali się wzdłuż niej w miarę, jak słońce szło po niebie — bez słowa, jak ludzie, którzy robią to od lat. Mężczyzna z mulicą zapytał, czy Inés ma jeszcze te wąskie podkowy, co robiła dla jego brata; powiedziała, że ma, i że jego brat winien jej za nie czterdzieści centów od marca. Mężczyzna roześmiał się i powiedział, że przekaże. W Santa Luz każdy wiedział, kto komu jest winien i od kiedy; to była jedna z rzeczy, które trzymały miasteczko razem, i jedna z tych, które czasem je dławiły.
Inés wzięła obcęgi do podków, pochyliła się i podniosła nogę konia. Pierwszy gwóźdź poszedł łatwo — obróciła, pociągnęła, wyjęła. Drugi zardzewiał w otworze i musiała go przekręcić dwukrotnie, naciskając jednocześnie na ścianę kopyta kciukiem, żeby róg nie pękł. Trzeci poszedł krzywo i zostawił odłamek w ścianie. Inés wzięła raspę i delikatnie wyrównała krawędź, usuwając drzazgę rogu. Stara podkowa spadła na ziemię z cichym brzęknięciem.
Piec był rozpalony od rana. Powietrze w kuźni pachniało węglem drzewnym, spalonym rogiem i żelazem — zapach, który Inés przestała zauważać lata temu, a który ludzie z zewnątrz identyfikowali natychmiast i cofali się o krok. Na podwórzu, pod niskim murem z adobe, stał rząd gotowych podków w trzech rozmiarach — większość na zwykłe konie robocze, kilka węższych na muły. Inés wybrała podkowę, zmierzyła ją do kopyta — za szeroka na pół palca — i włożyła w ogień.
Czekała, obserwując kolor metalu. Kiedy żelazo zaczęło jaśnieć na wiśniowo, wyciągnęła je kleszczami, położyła na kowadle i zaczęła formować. Uderzenia młota były krótkie, równe, po trzy na każdą stronę. Obrót. Trzy uderzenia. Obrót. Metal brzęczał pod młotem inaczej niż zimny — jaśniej, czyściej, jakby się skarżył. Sprawdzenie kształtu przy kopycie — jeszcze za szeroka na zewnętrznej gałęzi. Dwa uderzenia, tym razem mocniejsze, na samym końcu gałęzi. Obrót. Jeszcze jedno — korekta kąta podparcia po wewnętrznej stronie, żeby wyrównać obciążenie, którego Delgado nie wyrównał. Woda syknęła, kiedy zanurzyła metal, i chmura pary poszła w górę.
Przy przymiarce koń drgnął, ale Inés przytrzymała nogę kolanem i przyłożyła gorącą podkowę do rogu. Dym poszedł gęsty i tłusty — spalony róg, zapach, który ludzie z zewnątrz uważali za obrzydliwy, a który dla Inés oznaczał, że metal leży płasko. Jeśli dym idzie równo — podkowa przylega. Jeśli nierówno — trzeba poprawić.
Dym szedł równo.
Sześć gwoździ. Każdy wbity pod kątem na zewnątrz, żeby wyszedł przez ścianę kopyta we właściwym miejscu — za wysoko, pęknie róg; za nisko, nie trzyma. Zagięcie każdego gwoździa obcęgami. Pilnik — wygładzenie zagięć, żeby nie raniły. Gotowe.
Opuściła nogę. Koń postawił kopyto, przetransferował ciężar — i stał prosto. Żadnego wahania na lewej. Żadnego testowania gruntu.
— Przeprowadź go.
Bernal wstał z ławki i poprowadził konia. Chód był równy. Nie skracał kroku. Bernal obejrzał się z wyraźnym zdziwieniem, jakby nadal uważał, że bark powinien się objawić.
— Ile? — zapytał.
— Dwa i ćwierć.
— Mogę w piątek?
— Możesz teraz.
Bernal nie miał przy sobie. Nigdy nie miał — przychodził z końmi, nie z portfelem, jakby jedno nie miało nic wspólnego z drugim. Inés otworzyła księgę — grubą, wyciętą z tektury okładkę, w której trzymała kartki z wpisami — i zapisała: Bernal, lewa przednia, $2.25, piątek. Był trzecim klientem w tym tygodniu, który płacił później. Ale Bernal zawsze płacił — w piątek albo w sobotę, nigdy później, i zawsze przynosił przy okazji coś dodatkowo, jajka albo suszone chili, jakby chciał nadrobić to, że nie miał przy sobie gotówki w środę.
— I weź tego konia do Delgada już nigdy — dodała Inés, nie podnosząc wzroku znad księgi.
— Nie wezmę — powiedział Bernal, i brzmiał, jakby naprawdę tak myślał w tej chwili.
Mulica czekała. Jej właściciel — starszy mężczyzna, którego Inés znała z kościoła — trzymał ją za uzdę i mówił do niej po hiszpańsku cicho i z przekonaniem, jakby mu odpowiadała.
Inés już brała raspę do przycięcia kopyt mulicy, kiedy na podwórze wszedł Fernando Montoya.
Nie przychodził po usługę. Montoya dostarczał żelazo, węgiel drzewny, skórzane materiały i drobne metalowe półprodukty dla połowy rzemieślników w Santa Luz. Był niski, gruby, z wąsami przyciętymi krótko i w kamizelce, która pamiętała lepsze czasy. Zawsze mówił uprzejmie i zawsze przychodził osobiście, kiedy chodziło o pieniądze.
— Inés.
— Fernando.
— Przyszedłem zostawić rachunek. Sześćdziesiąt osiem dolarów. Dwudziestego.
Położył kartkę na stole obok kowadła, pod kamieniem, żeby nie zleciała. Uśmiechnął się — krótko, jak ktoś, kto robi to samo u każdego rzemieślnika w miasteczku i nie traktuje tego osobiście. Kiwnął głową i wyszedł. Cała wizyta trwała mniej niż minutę.
Inés skończyła mulicę — proste przycięcie, trzydzieści minut, dolar — umówiła właściciela obręczy na pojutrze i zamknęła bramę podwórza, kiedy słońce stało nisko i cień muru sięgał do połowy warsztatu.
Wieczorem, przy stole obok pieca, który jeszcze oddawał ciepło, Inés otworzyła księgę i zaczęła liczyć.
Żelazo od Montoyi — sześćdziesiąt osiem dolarów. Termin: dwudziesty. Jedenaście dni.
Bieżące zamówienia: Bernal, dwa i ćwierć — piątek. Sánchez, naprawa obręczy, dolar pięćdziesiąt — obiecał w przyszłym tygodniu, ale Sánchez obiecywał różne rzeczy zależnie od tego, czy sprzedał siano. Vigil, dwa konie, cztery pięćdziesiąt — zapłacił połowę, reszta „niedługo”. Stary Arellano, przycięcie kopyt mulicy, siedemdziesiąt pięć centów — zapłaci kiedy przyjdzie następny raz. Reszta: dwadzieścia trzy dolary w rozproszonych drobnościach, z których może dziesięć wpłynie przed dwudziestym, a może nie.
Gotówka w skrzynce: osiemnaście dolarów i siedemdziesiąt centów.
Kuźnia miała robotę. Trzy, cztery konie dziennie w dobrym tygodniu, dwa w złym. Nie było tygodnia, żeby nikt nie przyszedł. Problem nie polegał na tym, że ludzie nie przychodzili. Problem polegał na tym, że przychodzili z końmi i obietnicami, a pieniądze przychodziły po nich — czasem o tydzień, czasem o miesiąc.
Inés zamknęła księgę i popatrzyła na kartkę Montoyi. Sześćdziesiąt osiem. Węgiel drzewny za ostatnie sześć tygodni — trzy dostawy po cztery dolary. Żelazo na podkowy i obręcze — dwadzieścia pięć dolarów, bo kupiła większą partię na zapas. Reszta: kawałek skóry na naprawę mieszka, drut, drobne elementy. Wszystko potrzebne. Nic, z czego mogła zrezygnować.
Przeliczyła ponownie. Gdyby wszyscy zapłacili na czas, wystarczyłoby na Montoyę i zostałoby może pięć dolarów. Ale nie wszyscy płacili na czas. Bernal tak. Vigil zwykle tak. Sánchez — zależało.
Wstała i przeszła do kuchni — niewielkiego pomieszczenia za warsztatem, z glinianym piecem, jednym stołem i dwoma krzesłami. Na stole leżały trzy tortille z rana, pod płócienną ścierką. Zjadła jedną — zimną, z odrobiną soli — i zawinęła pozostałe dwie na jutro.
Fartuch wisiał na gwoździu przy drzwiach. Ciężki, skórzany, z kieszeniami na drobne narzędzia — obcęgi do gwoździ, nóż kopytowy, kawałek kredy do znakowania. Skóra pękła wzdłuż krawędzi przy głównej kieszeni — nie pierwszy raz, ale tym razem szerzej. Normalnie kupiłaby nowy pasek u Montoyi — trzydzieści centów, może czterdzieści. Zamiast tego wzięła szydło i grubą nić ze skrzynki z naprawczymi materiałami i zaczęła zszywać. Ścieg był prosty, taki sam jak przy naprawie uprzęży — wkłucie, przejście, pociągnięcie, zaciśnięcie. Fartuch wytrzyma jeszcze kilka tygodni. Wytrzymywał już dwa lata dłużej niż powinien.
Odłożyła szydło i wróciła do stołu. Na kartce Montoyi, pod kwotą, dopisała ołówkiem: węgiel: odłożyć zamówienie do 22. Żelazo: wystarczy na 5 dni. Mąka: poniedziałek.
Dała radę gorzej. Była zima trzy lata temu, kiedy przez sześć tygodni miała jednego klienta na tydzień i jadła ryż z fasolą codziennie, aż na sam widok puszki robiło jej się niedobrze. Była awaria pieca na wiosnę, kiedy mieszek pękł w najgorszym możliwym momencie i musiała pożyczyć od kościoła, a potem odpracować dług przy naprawie okuć w dzwonnicy. Był rok, kiedy Montoya — nie ten, ojciec tego — czekał na zapłatę do czerwca i ani razu nie podniósł głosu.
Za każdym razem wychodziła z tego tak samo: przesuwała siebie. Nie klienta, nie konia, nie cenę. Jadła mniej, kupowała później, naprawiała zamiast wymieniać, czekała. To była jej metoda i działała od dwudziestu lat.
Dała radę. Da radę i tym razem.
Ktoś zapukał do bramy warsztatu. O tej porze to nie był klient.
Chłopak Mendozów — cienki, ciemny, w za dużych butach — stał z kartką.
— Od pana Kerra. Powiedział, że jutro rano chciałby porozmawiać. O koniach.
Inés wzięła kartkę. Krótki tekst, napisany prostym, wyraźnym pismem: Chciałbym omówić zlecenie na konie frachtowe. Jutro, jeśli wygodnie. E. Kerr.
Schowała kartkę do kieszeni fartucha i dała chłopakowi pięć centów.
Kerr przyjechał następnego ranka, kiedy Inés już pracowała. Miała na kowadle obręcz do wozu dla Sáncheza i nie przerwała, kiedy Kerr zsiadł i przywiązał konia do słupka przy murze.
Był wysokim mężczyzną o suchej, ogolonej twarzy i rękach, które nie wyglądały na ranczerskie — za czyste, za gładkie — ale też nie na miejskie. Nosił kapelusz lepszy niż większość ludzi w Santa Luz, ale nie nowy. Kurtka robocza, porządna, bez ozdobników. Mówił jak ktoś, kto ma długą listę interesów i nie zamierza tracić czasu na te, które go nie dotyczą.
Poczekał, aż Inés skończy obręcz — stał przy murze, nie siadał na ławce, nie zaglądał do warsztatu. Nie pospieszał. To nie była grzeczność. Po prostu wiedział, że przerywanie kowalowi w połowie uderzenia nie przyspieszy roboty.
— Mam dla ciebie propozycję — powiedział, kiedy Inés odłożyła młot i wytarła ręce o fartuch. — Pięć zespołów frachtowych. Około trzydziestu koni. Muszę mieć je gotowe w dwa tygodnie.
Inés oparła się o krawędź kowadła. Metal był jeszcze ciepły.
— Gotowe znaczy?
— Obejrzane, przycięte, podkute. Co trzeba — naprawione. Jeden koń, który nie jest gotowy, to jeden wóz, który stoi. Jeden wóz, który stoi, to kierowca, który czeka. Ładunek, który nie jedzie. Klient, który się denerwuje. Potrzebuję, żebyś miała ich w kolejce i zdążyła.
Kerr mówił bez nacisku, ale też bez pytania. Przedstawiał sytuację, nie prosił.
— Nie wszystkie konie potrzebują tego samego — ciągnął. — Część wymaga pełnego podkucia. Część tylko sprawdzenia kopyt i przycięcia. Może kilka trzeba będzie przerobić, jeśli stare podkowy są zużyte. Płacę za wszystko, co potrzeba.
— Ile?
— Dwa dolary za pełne podkucie. Dolar siedemdziesiąt pięć za samo przycięcie. Hurtowo. Za całą partię z góry wiadomo, ile.
Inés przeliczyła w głowie. Przy normalnej stawce brała dwa i ćwierć za podkucie, dwa za przycięcie z korektą. Kerr dawał mniej za sztukę — ale trzydzieści koni to było minimum sześćdziesiąt dolarów, może siedemdziesiąt pięć na górnym końcu. W dwa tygodnie. Tyle co normalnie w pięć, sześć tygodni, rozłożone na dziesiątki drobnych zleceń, z których połowa płaciła później.
— Jest warunek — powiedział Kerr. — Priorytet. Moje konie idą najpierw. Jeśli masz coś innego — czeka. To jest cena wolumenu.
Inés popatrzyła na podwórze. Pod murem stała mulica sąsiada, czekając od rana. Za murem widać było dach warsztatu stolarskiego i kawałek placu kościelnego. Cień muru był jeszcze krótki — dopiero dziewiąta.
— Mam stałych klientów — powiedziała.
— Wiem. Dlatego ci płacę za priorytet. Twoi klienci mogą poczekać dzień, dwa. Moje wozy nie mogą. — Kerr oparł rękę o ścianę i patrzył na nią prosto, bez nachalności, ale bez ustępstwa. — Gdybym mógł rozłożyć to na miesiąc, nie prosiłbym o priorytet. Ale nie mogę. Dlatego płacę więcej niż u Delgada.
Miał rację. Przynajmniej w tym miał rację. Delgado wziąłby mniej za konia, ale Delgado miał jedną kuźnię, dwie ręce i własne zamówienia; nie wziąłby trzydziestu koni w dwa tygodnie, bo nie miałby ich gdzie postawić. Kerr nie przyszedł do niej, bo była tańsza. Przyszedł, bo miała miejsce, piec, który ciągnie cały dzień, i ręce, które robią to szybko. Płacił za to, czego Delgado nie mógł dać — za ilość i za czas.
Inés przeliczyła jeszcze raz, już wiedząc, co odpowie. Trzydzieści koni. Montoya zamknięty, a może i trochę zostanie. To nie rozwiązywało zimy. Ale rozwiązywało dwudziestego.
— Dwadzieścia dolarów zaliczki — powiedziała Inés. — Przed pierwszym koniem.
Kerr nie zmienił wyrazu twarzy. Nie targował się.
— Mogę jutro rano.
— Ile koni w pierwszej partii?
— Sześć. Dawes je przyprowadzi. On prowadzi moje ekipy — będzie się z tobą umawiał na terminy.
Kerr sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął dwa banknoty po dziesięć dolarów — złożone podwójnie, jak ktoś, kto nosi pieniądze przy sobie nie dlatego, że chce, ale dlatego, że musi. Położył je na kowadle obok obręczy Sáncheza.
— Jutro o siódmej — powiedział. — Pierwsza szóstka.
Odwiązał konia i wyjechał przez bramę, nie oglądając się.
Inés wzięła banknoty. Włożyła je do skrzynki w warsztacie — drewnianej, z zamkiem, pod stołem z narzędziami. Wróciła do obręczy, ale nie od razu podniosła młot. Stała przy kowadle, z ręką na metalu, i patrzyła na puste podwórze.
Sześćdziesiąt dolarów na niskim końcu. Montoya potrzebował sześćdziesięciu ośmiu. Zaliczka — dwadzieścia — plus gotówka ze skrzynki — osiemnaście siedemdziesiąt — to prawie trzydzieści dziewięć. Za resztą trzeba było pracować dwa tygodnie.
Wzięła młot i wróciła do obręczy.
Dopiero wieczorem, zapisując w księdze — Kerr, kontrakt frachtowy, zaliczka $20, start jutro — pomyślała, że od jutra przez dwa tygodnie kuźnia jest jej, ale dzień w niej — nie do końca. Odsunęła tę myśl. Dwadzieścia dolarów leżało w skrzynce, a Montoya czekał na dwudziestego; reszta to były zmartwienia na później. Nauczyła się dawno temu, że zmartwienia trzeba brać po kolei, jak konie — jeden na kowadle, reszta przy murze.
Pierwsze konie Kerra przyjechały następnego ranka o wpół do siódmej, pół godziny przed umówionym czasem, z człowiekiem, który przedstawił się jako Dawes.
Dawes był chudy, rudy, z twarzą, na której nic się nie marnowało — ani skóra, ani wyraz. Nosił za dużą kurtkę i notatnik oprawiony w skórę, w którym miał wpisane każde zwierzę z imienia, numeru, przypisanego wozu i daty wyjazdu.
— Ten pierwszy to Boone — powiedział, wskazując ciężkiego gniadego wałacha, który ledwo mieścił się w bramie warsztatu. Inés musiała przesunąć stół z narzędziami, żeby koń przeszedł. — Potem Chester, potem ta klacz na końcu. Pan Kerr chciałby wiedzieć, o której będą gotowe.
— Kiedy będą gotowe — odpowiedziała Inés.
— Tak, ale mniej więcej? Godzinę, dwie? Bo muszę odesłać wóz po południu i jeśli Boone nie będzie gotowy do—
— Kiedy będą gotowe — powtórzyła.
Dawes zapisał coś w notatniku. Inés nie była pewna co — nie mogło to być konkretną godziną, bo takiej nie podała. Może zanotował: „Nie podaje godzin”.
Kuźnia zapełniła się w ciągu godziny. Sześć dużych koni frachtowych zajmowało miejsce, które normalnie przypadało na dwa, trzy zwierzęta robocze. Były większe, cięższe, bardziej niespokojne w nieznanej kuźni. Dawes przywiązał je do słupków, do muru, do ramy bramy — tam, gdzie zwykle nie wiązano niczego. Jeden z koni kopnął drewniane pudełko z zapasowymi podkowami, które stało pod kowadłem — podkowy rozsypały się po ziemi z brzękiem, a koń popatrzył na nie z wyrazem twarzy, który nie wyrażał skruchy. Dawes zerwał się zbierać. Inés nie.
Zaczęła od Boone'a. Duży, ciężki, spokojny — takie zwierzę, które stoi cierpliwie, bo wie, że jest za ciężkie, żeby ktoś go ruszył. Kopyto lewe przednie — podkowa stara, ale jeszcze trzymała; ściany czyste, strzałka zdrowa. Prawa tylna — ścięta nierówno, podkowa luźna. Nowa podkowa, kształtowanie, przymiarki. Normalny tryb.
Ale wszystko dookoła normalnego trybu było inne. Normalnie między jednym koniem a drugim była przerwa — czas, żeby odłożyć narzędzie, napić się wody, zamienić słowo z czekającym klientem. Teraz przerwy nie było. Ledwo opuściła nogę Boone'a, Dawes prowadził następnego. Piec musiał grzać bez ustanku, więc Inés co chwilę odrywała się, żeby dosypać węgla. Podwórze, które pomieściłoby trzy konie z zapasem miejsca, było zastawione sześcioma — wielkie zady zasłaniały słońce, ogony śmigały przy twarzy, kopyta szły w błoto, którego nikt nie nadążał sprzątać. Zapach był gęstszy niż zwykle: pot sześciu koni, dym, spalony róg, świeży łajno. Do południa koszula Inés lepiła się do pleców.
Koło południa na podwórze wszedł Refugio Padilla.
Padilla był jednym z regularnych klientów Inés — miał dwa konie i mulicę, przyjeżdżał co sześć, osiem tygodni na przycięcie kopyt i sprawdzenie podków. Spokojny człowiek, cichy, w kapeluszu, który wyglądał na starszy od niego samego. Zawsze z tym samym pytaniem: „Masz czas?”.
Inés miała ręce po łokcie w kopycie trzeciego konia Kerra — dużej siwej klaczy, która nie chciała stać spokojnie i co chwilę cofała nogę.
— Refugio, dzisiaj nie dam rady. Mam kontrakt, cała kuźnia jest zajęta do końca dnia.
Padilla rozejrzał się po podwórzu. Sześć dużych koni frachtowych, Dawes z notatnikiem na ławce, narzędzia rozłożone na każdej płaskiej powierzchni, podkowy wciąż częściowo na ziemi.
— Kiedy?
Inés otworzyła księgę jedną ręką, przytrzymując kopyto klaczy drugą. Padilla miał termin zapisany na czwartek. Był wtorek.
— Może piątek. Albo sobota rano. Muszę zobaczyć, jak pójdzie z resztą.
— W porządku — powiedział Padilla. — Przyjadę w piątek.
Kiwnął głową i wyszedł. Nie pytał dlaczego. Nie narzekał. To było gorsze niż pretensje — bo pretensje można odpowiedzieć, a uprzejmości nie.
Inés odłożyła kopyto klaczy na chwilę i sięgnęła po księgę. Wzięła ołówek i przekreśliła wpis: Padilla, czw. W to miejsce wpisała: Kerr, zespół 2. Popatrzyła na pustą linię pod spodem, gdzie normalnie wpisałaby nowy termin Padilli.
Nie wpisała nic. Zamknęła księgę i wróciła do klaczy.
Po południu przyjechał Kerr — sprawdził, które konie gotowe, a które czekają. Nie komentował roboty, nie grzebał w niczym. Patrzył, notował w głowie, zadawał krótkie pytania.
— Jutro rano potrzebuję moje miejsce wolne — powiedział przed wyjazdem. — Dawes przywiezie drugi zespół.
Nie powiedział „moją kuźnię”. Powiedział „moje miejsce”. A Inés usłyszała „moje”.
Kiedy wyjechał, stała przez chwilę na podwórzu i patrzyła na kuźnię. Jej kuźnia. Jej kowadło, jej piec, jej mur, jej narzędzia. Kupiła ten warsztat dwadzieścia lat temu, odkładając centy przez pół dekady; wymurowała drugą ścianę własnymi rękami; znała każdą rysę w kowadle i każdy zły kąt w podłodze. Nikt nigdy nie powiedział jej, co ma robić we własnej kuźni.
Podkowy Kerra leżały w rzędzie przy ścianie, czekając na zabranie. Dawes zbierał się do wyjścia i wpisywał ostatnie notatki do notatnika, w którym — Inés była tego pewna — jej kuźnia figurowała jako jedna z pozycji między wozem a przełęczą.
Inés postawiła narzędzia na miejsca i zamknęła bramę.
Była właścicielką. Nic się w tym nie zmieniło — akt własności leżał w skrzynce, podatek płaciła ona, klucz do bramy był jej.
Ale jutro rano jej miejsce ma być wolne na siódmą, bo Dawes przywozi drugi zespół. I to nie ona o tym zdecydowała.
Czwartego dnia kontraktu Inés widziała już system.
Zespół A czekał na podkucie, żeby dołączyć do wozu, który stał załadowany za miastem. Zespół B wracał z krótkiej trasy z koniem, który stracił podkowę na kamienistym odcinku — wymiana na gorąco, w kolejce przed wszystkim innym. Zespół C miał przyjechać rano, ale Dawes przekładał na popołudnie, bo wóz nie był jeszcze załadowany. Każdy element zależał od następnego. Koń zależał od podkowy. Podkowa zależała od Inés. Wóz zależał od konia. Ładunek zależał od wozu. Termin dostawy zależał od ładunku. Kerr zależał od terminu.
Nie było luzu. W żadnym miejscu.
Inés pracowała od piątej rano do zmroku. Trzeci dzień z rzędu kończyła po ciemku, przy lampie naftowej zawieszonej na haku nad kowadłem, porządkując narzędzia, które w ciągu dnia nie miały czasu wrócić na swoje miejsca. Ręce bolały ją w nadgarstkach — nie od jednego uderzenia, ale od setek, od trzymania kopyt ciężkich koni, które ważyły trzy razy więcej niż mulica sąsiada.
Praca sama w sobie nie była gorsza niż zwykle. Każde kopyto wymagało oceny: stan ścian, symetria, zużycie strzałki, głębokość bruzd, stan pięty. Każda podkowa musiała pasować do konkretnego zwierzęcia, a konie frachtowe były większe od lokalnych — ich kopyta znosiły więcej wagi, pękały inaczej, zużywały podkowy szybciej. Niektóre konie były spokojne jak Boone. Inne — jak siwa klacz — walczyły o każdą nogę, jakby im ją zabierano na stałe.
Rano, przy drugim koniu z trzeciego zespołu, Inés znalazła rytm i nie myślała o niczym innym. Podnieś nogę. Oprzyj na kolanie. Oczyść — nóż kopytowy, krótkie ruchy, błoto, kamień, gnijący róg. Oceń — ściany, strzałka, bruzdy, pięta. Raspa — wyrównanie. Podkowa z ognia na kowadło. Trzy uderzenia, obrót. Trzy uderzenia, obrót. Sprawdzenie kształtu. Przymiarki — gorąca podkowa do kopyta, syknięcie pary, gęsty dym spalonego rogu. Korekta — jedno uderzenie na lewej gałęzi. Woda — syk. Gwoździe — sześć, każdy pod kątem, każdy z wyczuciem, za wysoko nie, za nisko nie. Zagięcie. Pilnik. Opuść nogę. Następny.
Zapach spalonego rogu wisiał nad podwórzem cały dzień. Wsiąkał w fartuch, w skórę rękawic, we włosy, w ściany warsztatu. Węgiel drzewny w piecu trzeba było dosypywać co dwie godziny — normalnie co trzy, bo normalnie nie grzała żelaza bez przerwy.
Nie każdy koń dawał się objąć rytmem. Czwarty tego dnia — ciężki kary wałach z białą skarpetą na lewej tylnej — nie chciał stać. Przestępował, odrywał nogę w połowie przycinania, raz oparł się na Inés całym ciężarem tak, że musiała go odepchnąć ramieniem, żeby się spod niego wydostać. Ważył więcej niż ona cztery razy. Z takim koniem nie da się walczyć — jak go popchniesz, popchnie mocniej. Inés zwolniła, mówiła do niego cicho po hiszpańsku, trzymała nogę nisko i krótko, pozwalała mu ją stawiać, kiedy musiał, i podnosiła znów bez pośpiechu. Zajęło to dwa razy więcej czasu niż Boone. Dawes w notatniku zapisałby pewnie, że Inés jest wolna. Inés wiedziała, że koń, którego się zmusza, zrzuci podkowę za tydzień albo przygniecie kogoś. Lepiej wolno niż dwa razy.
Dawes siedział na ławce i co jakiś czas pytał: „A ten, o której?”. Inés przestała odpowiadać po pierwszym dniu. Dawes i tak zapisywał — po swojemu, w swoim notatniku, według swojego systemu, którego Inés nie rozumiała i nie zamierzała rozumieć.
Trzeciego dnia Dawes postanowił zmierzyć, ile zajmuje jeden koń. Usiadł na ławce z notatnikiem i ołówkiem i patrzył na Inés nad gniadym wałachem, który czekał w kolejce — jak sędzia na wyścigach.
— Zaczynam liczyć od teraz — oznajmił, kiedy Inés podniosła pierwszą nogę. — Potrzebuję średniej na konia, żeby rozplanować tydzień.
Inés nie odpowiedziała. Oczyściła kopyto, oceniła, przycięła. Dawes zapisywał cyfry. Przy drugiej nodze wałach, znudzony, obrócił łeb i chwycił zębami notatnik, który Dawes trzymał na kolanie. Pociągnął. Dawes szarpnął. Notatnik rozdarł się wpół — część została w zębach konia, część w rękach Dawesa. Wałach żuł kartkę z wyraźną satysfakcją, przeżuwając tydzień rozplanowany co do minuty.
— To była cała lista na środę — powiedział Dawes, patrząc na strzęp papieru w dłoni.
— Teraz wiesz, ile zajmuje koń — powiedziała Inés, nie podnosząc głowy.
Dawes wyjął drugi notatnik z kieszeni kurtki — miał zapasowy — i przesiadł się dalej od koni. Nie mierzył już czasu.
Pod koniec piątego dnia Kerr przyjechał i zapłacił pierwsze czterdzieści dolarów. Dokładnie tyle, ile wynikało z podkutych i przyciętych koni — policzone co do sztuki, co do stawki. Nie zaokrąglał, nie dodawał napiwku, nie mówił „trzymaj resztę”. Położył banknoty na stole obok księgi.
— Za dwadzieścia trzy konie — powiedział. — Reszta po kolejnej partii.
Był dokładny. Płacił w terminie, który sam wyznaczył, kwotę, którą sam obliczył. Jego strona umowy działała bez zarzutu.
Inés schowała pieniądze. Czterdzieści plus dwadzieścia zaliczki. Sześćdziesiąt. Montoya potrzebował sześćdziesięciu ośmiu.
Wieczorem, zamykając kuźnię, stała przy bramie i patrzyła na podwórze. Puste teraz — konie Kerra odjechały z Dawesem, następna partia jutro rano. Jej narzędzia leżały tam, gdzie zostawiła je w pośpiechu: kleszcze na ziemi, raspa na ławce zamiast na stole, młot oparty o ścianę zamiast na uchwycie.
Pomyślała o Dawesie i jego notatniku. O tym, że Kerr wiedział dokładnie, kiedy każdy wóz musi wyjechać, i że każdy wóz czekał na konie, a konie czekały na nią. Jeden dzień opóźnienia kosztował Kerra więcej niż cały jej kontrakt — woźnica, ładunek, klient, reputacja.
Mogłaby pójść do kogoś innego. Delgado, za Santa Luz — ale Delgado miał swoje zamówienia i mniejszą kuźnię. Stary Griegos, za przełęczą — dwa dni drogi. Nikt nie mógł wejść w trzydzieści koni w połowie kontraktu i skończyć na czas.
Kerr mógł ją zastąpić.
Ale nie wystarczająco szybko.
Inés nie myślała o tym jako o czymś, co da się nazwać. Nie przyszło jej do głowy słowo, którym kupiec z miasta nazwałby tę sytuację. Myślała w prostszych rzeczach: w tym, że szósty zespół nie pojedzie, póki piąty nie wróci; że piąty nie wróci, póki kasztan nie będzie gotowy; że kasztan nie będzie gotowy, póki ona go nie zrobi. Wszystkie wozy Kerra stały w jednym rzędzie, a ona była jedną z osób trzymających pierwszy wóz. Nie jedyną. Ale jedną — i taką, której nie dało się szybko wymienić.
Przez lata myślała o sobie jako o kimś, kto czeka — na klientów, na zapłatę, na wiosnę. Kerr też czekał. Pierwszy raz zauważyła, że czeka na nią. Nie zrobiła z tym nic. Odłożyła to, tak jak odkładała narzędzie, którego jeszcze nie potrzebowała — na półkę, w zasięgu ręki.
Refugio Padilla wrócił w piątek, tak jak się umówili.
Inés miała na warsztacie czwartego konia z nowej partii Kerra — dużą klacz, ciężką w barkach, niespokojną. Dawes siedział na ławce z notatnikiem. Dwa konie Kerra czekały przy murze, przywiązane do słupków.
Padilla stanął przy bramie ze swoim koniem — niskim gniadym, który stał spokojnie i czekał jak jego właściciel.
— Nadal? — zapytał.
— Refugio, nie zdążę dzisiaj. Jutro najwcześniej, ale nie wiem o której.
Padilla pokiwał głową. Patrzył na podwórze — na wielkie frachtowe konie, na Dawesa, na narzędzia rozrzucone wszędzie — i nie musiał pytać dlaczego.
— Muszę mieć konia na sobotę — powiedział. — Drewno z odcinki. Nie mogę czekać.
— Wiem.
— Pojadę do Delgada.
Nie powiedział tego z pretensjami. Z informacją. Tak samo jak Montoya kładł rachunek na stole — bez emocji, bez tłumaczeń.
— Rozumiem — powiedziała Inés.
— Nic osobistego. — Padilla odwiązał konia od słupka przy bramie. Koń obrócił się za nim posłusznie. — Do zobaczenia.
Inés nie odpowiedziała „do zobaczenia”, bo nie była pewna, czy to prawda. Padilla wsiadł i odjechał ulicą, w stronę drogi na południe.
Inés wróciła do klaczy Kerra. Klacz nadal nie chciała stać spokojnie — cofała nogi, obracała łeb, próbowała ugryźć wszystko w zasięgu. Inés złapała ją za nadpęcie, podniosła kopyto i przytrzymała mocno. Klacz szarpnęła. Inés nie puściła. Po chwili klacz się uspokoiła i pozwoliła pracować.
Kerr przyjechał godzinę później. Popatrzył na puste miejsce przy bramie, gdzie rano stał koń Padilli, i nie skomentował. Najwyraźniej nie zobaczył w tym niczego szczególnego — albo zobaczył, ale nie uznał za swój problem.
— Klacz gotowa? — zapytał.
— Za godzinę.
— Dobrze. Dawes ją potrzebuje na jutro. — Sprawdził coś w pamięci. — Potem jeszcze dwóch z piątego zespołu, w poniedziałek.
Inés nie odpowiedziała od razu. Myślała o Padilli — o tym, że Delgado jest bliżej, tańszy, i że klient, który raz zmieni kowala z powodu czasu, nie zawsze wraca. Padilla nie miał za złe. Właśnie to było najgorsze.
To nie było tak, że Kerr ją oszukał. Płacił umówioną stawkę, na czas, co do centa. Problem polegał na tym, że umówiona stawka zmieniała kształt warsztatu — nie warunkami, nie podstępem, ale samą skalą. Ludzie, którzy przychodzili do niej od lat, zaczynali chodzić gdzie indziej. Nie dlatego, że się obrazili. Dlatego, że jej kuźnia nie miała dla nich miejsca.
Wieczorem otworzyła księgę na stronie z przekreślonym wpisem Padilli. Linia pod spodem — tam, gdzie normalnie wpisałaby nowy termin — nadal pusta. Już nie wpisze.
Przez chwilę trzymała ołówek nad tą linią, jakby mogła coś zmienić. Padilla jeździł do kościoła co niedzielę, tak jak ona. Zobaczą się. Skinie głową, ona skinie, i obok tego skinienia będzie teraz stał Delgado — nie jako wróg, tylko jako fakt.
Zamknęła księgę, nie dopisawszy nic.
W drugim tygodniu kontraktu, przy piątym zespole, Inés badała dużego kasztanowatego wałacha, który ciągnął jeden z cięższych wozów Kerra.
Koń stał niespokojnie, przenosząc ciężar z prawej tylnej na lewą i z powrotem, jakby szukał pozycji, w której nic nie boli. Inés podniosła prawą tylną nogę i oparła kopyto na kolanie.
Na bocznej ścianie kopyta, przy kwarterze, biegło pęknięcie. Cienka linia, zaczynająca się tuż pod koronką i schodząca w dół, na długość kciuka — może trochę dłużej. Nie głębokie. Ale wyraźne.
Inés obróciła kopyto i przyjrzała się bliżej. Róg obok pęknięcia był suchy i kruchy — bardziej niż powinien być u konia, którego kopyta są regularnie przycinane. Podkowa siedziała ciasno, ale w tym właśnie miejscu ściana nie nosiła już pełnego obciążenia. Pęknięcie przejęło część nacisku — jak rysa w murze, która na początku jest kosmetyczna, a potem zaczyna pracować.
Odłożyła nogę konia i podeszła do Dawesa.
— Ten koń ma pęknięcie w kwarterze — powiedziała. — Na razie trzyma, ale jak będzie ciągnął ciężki wóz po kamienistej drodze, pęknięcie pójdzie dalej. Trzeba odciążyć tę ścianę i dać mu kilka dni bez ciężkiej pracy.
Dawes zapisał coś w notatniku.
— Ile to dni?
— Trzy minimum. Pięć byłoby lepiej.
— Pan Kerr potrzebuje go w środę. Piąty zespół wyjeżdża w środę.
— W środę nie będzie gotowy, jeśli robimy to porządnie.
Dawes pojechał do Kerra. Kerr przyjechał w ciągu godziny — szybciej niż zwykle, jakby czuł, że ten problem jest inny od wcześniejszych.
Stanął przy koniu i popatrzył na kopyto, które Inés mu pokazała. Nie udawał, że rozumie więcej niż rozumiał — nie był kowalem i nie próbował nim być. Ale słuchał uważnie i patrzył tam, gdzie Inés wskazywała.
— Rozumiem. Czy możesz zrobić coś na teraz, żeby dociągnął do środy? A po powrocie porządną naprawę?
— Mogę skorygować podkowę, żeby pęknięcie nie nosiło ciężaru. Ale to rozwiązanie na dni, nie na tygodnie. Jeśli jedzie daleko z pełnym ładunkiem, pęknięcie się pogorszy.
— Jak bardzo się pogorszy?
— Tego nie da się obiecać w jedną ani w drugą stronę. Róg jest suchy. Może dociągnie trasę i wróci taki sam. Może pęknie w pół drogi. Nie powiem ci, że będzie dobrze, bo nie wiem.
Kerr przyjął to bez niezadowolenia. Wolał kowala, który mówi „nie wiem”, niż takiego, który obiecuje i myli się w połowie przełęczy.
— Na krótkiej trasie, z lżejszym wozem?
— Na krótkiej trasie, lżejszy wóz — ma większą szansę. Ale wraca do mnie natychmiast po powrocie. Nie następnego dnia. Natychmiast.
— Zgoda.
Inés zrobiła tymczasową korektę. Zdjęła podkowę i przyciągnęła ją na kowadle tak, żeby krawędź przy pęknięciu nie brała na siebie ciężaru. Przesunęła miejsca pod gwoździe na zdrową stronę ściany, zostawiła pękniętej kwarterze więcej luzu i sprawdziła, czy koń stawia nogę równo.
Koń postawił. Nie kulał — ale Inés widziała, że odciąża tę stronę minimalnie, odruchowo, jak ktoś, kto ma otarcie w bucie i stawia stopę trochę na boku.
Kerr wyjechał. Inés stała przy kowadle i patrzyła na grafik w księdze. Piąty zespół — środa. Szósty — piątek. Zwroty z krótszych tras — czwartek. Pęknięcie u wałacha potrzebowało porządnej naprawy — pół dnia pracy, a potem przynajmniej trzy dni obserwacji.
Margines w grafiku Kerra — praktycznie żaden. Wszyscy jechali na styk. Jeśli jeden koń wypadnie na dłużej — wóz stoi, ładunek się przekłada, termin przesuwa. Jeśli dwa konie wypadną — cały harmonogram się sypie.
Inés nie myślała o tym w kategoriach, które Kerr by rozpoznał. Myślała w koniach, gwoździach i dniach: ten koń potrzebuje tygodnia, tamten wyjeżdża w środę, ten trzeci jeszcze nie obejrzany. Ale wynik był ten sam.
Wałach wrócił w czwartek rano i Inés wiedziała od pierwszego kroku, że jest gorzej.
Dawes prowadził go za uzdę i koń szedł ostrożnie, stawiając prawą tylną z wahaniem, które wcześniej było ledwo widoczne, a teraz było wyraźne. Pęknięcie się rozszerzyło — linia od koronki biegła teraz prawie do połowy ściany kopyta, a brzegi pęknięcia rozeszły się na milimetr, może dwa. Róg przy krawędzi oddzielił się od żywej tkanki pod spodem.
— Ile miał ciągnąć? — zapytała Inés.
— Krótka trasa. Lżejszy ładunek. Wrócił wczoraj wieczorem. — Dawes patrzył na kopyto z miną człowieka, który liczy konie zamiast pieniędzy i wychodzi mu za mało.
Za nim, przy murze, stały dwa konie z szóstego zespołu, czekając na przycięcie. Przy bramie — jeden z piątego, który miał wyjechać jutro z ładunkiem na wschód. Podwórze kuźni było pełne: narzędzia na każdej płaskiej powierzchni, uprzęże na hakach, wiadra z wodą pod kowadłem, drewno do pieca ułożone pod murem, ogryzione kopytami. Piec pracował od piątej rano i bił gorącem jak w sierpniu, choć był dopiero wrzesień. Powietrze było ciężkie od dymu, potu i gorąca — nawet o dziewiątej rano. Jeden z handlarzy Dawesa stał przy bramie i co kilka minut patrzył na słońce, jakby mógł je tym pospieszyć; wóz na wschód miał być załadowany do południa i człowiek chciał już wiedzieć, który koń pójdzie. Dwa konie z szóstego zespołu szarpały uwięzi, zniecierpliwione, obce w tej ciasnocie. Kuźnia, która rano przyjmowała trzy spokojne zwierzęta, teraz mieściła pięć i dwóch ludzi, i każdy z nich czegoś chciał w tej samej chwili.
Inés niczego nie słyszała oprócz konia przed sobą.
Inés podniosła nogę wałacha. Pęknięcie było niestabilne — nacisk powodował, że kawałek ściany lekko się ruszał pod palcami. Koń szarpnął nogą i Inés przytrzymała mocniej, opierając się plecami o jego bok. Musiał ważyć ze tysiąc dwieście funtów.
Przesunęła palcem wzdłuż pęknięcia. Żywa tkanka pod rogiem była widoczna w najszerszym miejscu — różowa, wrażliwa, wilgotna.
— Nie jedzie — powiedziała do Dawesa.
— Pan Kerr potrzebuje go jutro. Piąty zespół wraca z tym koniem.
— Nie wraca z tym koniem jutro.
Dawes otworzył notatnik. Na jego twarzy Inés widziała arytmetykę — pięć koni na wóz, ten wypadał, cztery nie ciągną pełnego ładunku, przeładunek na inny wóz, zmiana grafiku, opóźnienie.
— A gdyby—
— Nie.
Inés wzięła nóż kopytowy, klęknęła i zaczęła ostrożnie usuwać martwy róg wokół pęknięcia. Koń stał niespokojnie, ale pozwolił jej pracować — może dlatego, że noga bolała mniej, kiedy Inés ją trzymała, niż kiedy stał na niej. Zdjęła tylko to, co było luźne, odsłoniła krawędź pęknięcia i oczyściła ją z brudu i kamienia.
Wzięła raspę i delikatnie wyrównała krawędzie rogu, żeby dalsze odpryskiwanie nie pogłębiało pęknięcia. Potem sprawdziła podkowę — tymczasowa korekta, którą zrobiła wcześniej, nadal trzymała, ale teraz pęknięcie sięgało dalej niż obszar, który odciążyła. Trzeba było nowej podkowy, z innym kątem podparcia, takiej, która przeniesie ciężar na zdrową stronę kopyta i zostawi pękniętą kwarterę w spokoju.
Pracowała stabilnie, bez pośpiechu. Koń musiał dostać choćby tymczasowe odciążenie. To nie była kwestia umowy, kontraktu, grafiku. To była kwestia zwierzęcia, które stało przed nią i bolało. Za plecami Inés słyszała niecierpliwość reszty podwórza — dwa konie z szóstego zespołu szarpały uwięzi, jeden z handlarzy Dawesa coś mówił o wozie, który miał być załadowany do południa. Nie odwróciła się. Najpierw ten koń, potem rozmowy.
Dopiero kiedy pęknięta kwartera była odciążona, a koń stanął ostrożniej, ale bez gwałtownego szarpnięcia, Inés pozwoliła sobie pomyśleć o reszcie.
Kerr przyjechał, kiedy kończyła zabezpieczenie — krawędzie były oczyszczone, nacisk zdjęty z pękniętej części ściany, a noga ustawiona tak, żeby koń mógł stać bez pełnego ciężaru na uszkodzonym miejscu.
Stanął przy murze. Patrzył.
— Jak źle? — zapytał.
— Pęknięcie poszło dalej. Tymczasowa korekta nie wystarczy na dłuższą trasę. Trzeba odciążyć całą kwarterę, zrobić podkowę korygującą, dać mu tydzień bez ciągnięcia.
— Tydzień?
— Minimum. Jeśli pójdzie z ładunkiem, za trzy dni pęknięcie dojdzie do krwi i koń stanie na miesiąc. Albo dłużej.
Kerr nie dyskutował z diagnozą. Nie pytał, czy jest pewna. Dyskutował z czasem.
— To było w kontrakcie. Naprawa, przycięcie, podkucie. Wszystko, co trzeba.
Inés opuściła nogę konia. Wyprostowała się — plecy bolały od pochylania, ręce od trzymania. Otarła dłonie o fartuch. Odłożyła raspę na kowadło — spokojnie, nie rzucając.
— Kontrakt obejmował podkuwanie i rutynowe naprawy — powiedziała. — To nie jest rutynowa naprawa. To jest korygowanie pęknięcia nośnego, które wymaga nowej podkowy, nowych pomiarów i czasu. To jest osobna robota.
— Ile? — zapytał Kerr.
— Trzy pięćdziesiąt za podkowę korygującą. Plus czas — pół dnia. I koń zostaje u mnie na obserwację do poniedziałku.
— To więcej niż normalna stawka.
— Bo to nie jest normalna robota.
Kerr popatrzył na konia, potem na podwórze — na konie czekające przy murze, na Dawesa, na piec.
Inés czekała.
Stali w kuźni — Inés przy kowadle, Kerr po drugiej stronie pieca. Wałach z pękniętym kopytem stał między nimi, przywiązany do słupka, z opatrzoną nogą lekko uniesioną nad ziemią. Piec promieniował gorącem. Na kowadle leżała niedokończona podkowa z wcześniejszej roboty.
— Skoro jesteśmy przy warunkach — powiedziała Inés — mam propozycję. Nie tylko na tego konia.
Kerr czekał. Nie usiadł, nie oparł się. Stał prosto i patrzył.
— Normalna stawka za podkucie — dwa dwadzieścia pięć za konia. Praca awaryjna osobno, po trzy pięćdziesiąt. Bez wyłączności — nie wszystkie moje terminy idą na twoje konie. Ja ustalam kolejność.
— Mam kontrakt — odpowiedział Kerr. Głos spokojny, ale twarde dno pod spodem. — Płacę za priorytet. Taki był układ.
— Układ obejmował podkucie trzydziestu koni po stawce hurtowej. Nie obejmował pracy awaryjnej. Nie obejmował tego — wskazała na kopyto wałacha — i nie obejmował zamykania mojej kuźni dla wszystkich innych na dwa tygodnie.
— Twoi klienci mogli poczekać kilka dni. Za to ci płaciłem.
— Jeden nie mógł.
Kerr zmarszczył brwi, ale nie skomentował.
— Jeśli każdy dostawca zmienia warunki w połowie kontraktu — ciągnął — mój interes staje się niemożliwy do prowadzenia. Mam terminy. Mam ludzi. Mam ładunek. Umawiam się z tuzinem ludzi na wschód od przełęczy i każdy z nich liczy na mnie, że wóz przyjdzie, kiedy powiedziałem. Jeśli kowal w środku kontraktu mówi: „płać więcej, bo mogę” — jutro powie to woźnica, pojutrze człowiek od siana. I co wtedy zostaje z umowy?
Miał rację. Inés to wiedziała. Kontrakt, który podpisała, dawał mu prawo do priorytetu. Płacił za to i dotrzymywał warunków — co do centa, co do dnia, co do konia. Nie łamał umowy. Nie groził. Nie oszukiwał. Kupił priorytet i korzystał z niego dokładnie tak, jak się umówili.
— Umawialiśmy się na trzydzieści koni — powiedziała. — Nie na to, że ten jeden wróci z rozdartą ścianą, bo pojechał wbrew temu, co radziłam.
— Pozwoliłaś mu jechać.
— Na krótką trasę. Z lżejszym wozem. Pytałeś, czy dociągnie, i powiedziałam: pod jednym warunkiem. Warunek nie został dotrzymany, albo droga była gorsza, niż ktoś myślał. Tak czy inaczej — koń jest tu teraz i potrzebuje tygodnia, nie dnia.
Kerr nie zaprzeczył. To była prawda, którą obaj znali — margines był jego, nie jej, i margines się skończył.
Wałach szarpnął się i próbował opuścić uniesioną nogę. Inés podeszła, złapała go za nadpęcie i przytrzymała. Koń oparł ciężki łeb o jej ramię — gorący, mokry od potu. Inés sprawdziła opatrunek — trzymał. Koń oddychał ciężko, parskał, przestępował zdrową nogą.
— Nie mówię, że mnie oszukałeś — powiedziała, nie puszczając nogi konia. — Mówię, że sytuacja się zmieniła. Masz konia, który potrzebuje roboty, której nie przewidzieliśmy. Masz wozy, które zależą od mojego grafiku. I mam klientów, których straciłam, bo twoje konie zajęły cały mój czas.
— Straciłaś? — zapytał Kerr, i w jego głosie była zaskoczona nuta, jakby dopiero teraz zrozumiał, że Padilla to nie jest przesunięcie o dzień, tylko coś innego.
— Jednego na pewno. Może więcej.
Inés puściła nogę konia i wróciła do kowadła.
— Nie próbuję cię zrujnować — dodała. — Próbuję pracować uczciwie. Ale nie za warunki, które się skończyły, kiedy ten koń wrócił gorszy niż wyjechał.
Kerr patrzył na nią. Potem rozejrzał się po kuźni — po narzędziach, koniach, dymiącym piecu, po Dawesie, który siedział na ławce i bardzo uważnie studiował pustą ścianę.
Koń obok nich przestąpił z nogi na nogę i trącił łbem drewnianą skrzynkę z gwoździami. Gwoździe zabrzęczały.
— Daj mi godzinę — powiedział Kerr i wyszedł.
Przez tę godzinę Inés pracowała nad wałachem.
Zdjęła tymczasową podkowę i zaczęła przygotowywać kopyto pod korygującą — oczyszczenie, pomiar, ocena, ile ściany można odciążyć, nie osłabiając reszty. Ręce wiedziały, co robić, i robiły to same, co było dobre, bo głowa była gdzie indziej.
Zastanawiała się, czy nie posunęła się za daleko. Kerr płacił w terminie. Kerr nie oszukiwał. Kerr dał jej kontrakt, który miał zamknąć Montoyę — a ona w połowie zmieniła warunki, dokładnie tak, jak powiedział: „płać więcej, bo mogę”. Z drugiej strony kowadła musiało to tak wyglądać.
Przez dwa tygodnie przesuwała siebie, nie klienta — póki nie było już klienta do przesunięcia. Straciła Padillę. Jadła jedną tortillę zamiast dwóch. Zszywała fartuch zamiast kupić pasek. Wszystko po to, żeby dotrzymać warunków, które przestały pasować do konia stojącego przed nią.
Przyłożyła raspę do ściany kopyta i wyrównała ją równym, pewnym ruchem. Kiedy Kerr wrócił, koń stał spokojnie, a Inés miała już gotowy kształt podkowy na kowadle.
Wrócił przed południem. Bez Dawesa. Sam, na swoim koniu, którego przywiązał do słupka na podwórzu.
Stanął przy kowadle i położył na nim kartkę z cyframi, napisanymi prostym, wyraźnym pismem — takim samym jak na notatce, którą przysłał przez chłopaka Mendozów tydzień wcześniej.
— Sto dwadzieścia dolarów — powiedział. — Teraz. Od ręki. Pokrywa twój dług u Montoyi i zostaje ci pięćdziesiąt dwa na zapas. W zamian — jesteś moim głównym kowalem na stałe. Priorytet przy moich koniach. Gwarantowany wolumen: minimum dwanaście koni miesięcznie, nawet zimą. Stawka: dwa dolary za podkucie, dolar siedemdziesiąt pięć za przycięcie, trzy dolary za pracę awaryjną.
Inés wzięła kartkę. Cyfry były wyraźne. Obok każdej pozycji — krótki opis: priorytet, gwarantowany wolumen, główny kowal, stawki jw.
Sto dwadzieścia dolarów. Montoya — zamknięty. Sześćdziesiąt osiem dolarów długu — znikają. Żadnego przeliczania, czy Vigil zapłaci, czy Sánchez sprzedał siano. Żadnego patrzenia na rachunek pod kamieniem na stole.
I dwanaście koni miesięcznie przez zimę.
Inés znała zimę w Santa Luz. Znała ją od dwudziestu lat. Od listopada do lutego przychodziło może pięciu, sześciu klientów miesięcznie. Mulice, parę koni roboczych, okazjonalna naprawa. W styczniu bywały tygodnie, kiedy nikt nie wchodził przez bramę. Siedziała w kuźni z jedną lampą, z ryżem i fasolą na kolację, i liczyła w głowie, ile tygodni może tak pociągnąć, zanim będzie musiała pożyczyć albo sprzedać coś, czego nie chce sprzedawać.
Dwanaście koni od Kerra to był inny świat. To były ciepłe miesiące w środku zimy. To było żelazo kupione bez czekania na kredyt. To było jedzenie, które nie wymagało przeliczania, ile tortilli na dziś, a ile na jutro.
Inés przeczytała kartkę jeszcze raz. Priorytet. Gwarantowany wolumen. Główny kowal.
Spojrzała na księgę leżącą obok — na stronę z przekreślonym wpisem Padilli, na listę zaległości, na rachunek Montoyi. Potem na wałacha z pękniętym kopytem, który stał przy słupku z opatrzoną nogą. Potem na drzwi kuźni — na plac za nimi, na kawałek ulicy, gdzie normalnie stawały konie jej klientów.
Sto dwadzieścia dolarów. Żadnej zimy.
Ale priorytet. Wyłączność. Grafik, który nie jest jej.
Myślała o tym. Nie trzy sekundy — długo. Kerr stał po drugiej stronie kowadła i czekał. Nie ponaglał. Ciepło z pieca promieniowało między nimi.
Wałach przy słupku przeniósł ciężar i opuścił opatrzoną nogę za nisko — Inés zobaczyła, jak krzywi się i cofa. Odłożyła kartkę na kowadło, podeszła do konia, uniosła nogę z powrotem i podparła ją własnym kolanem, żeby nie dociskał rany. Koń oddychał ciężko przy jej ramieniu. Sprawdziła opatrunek palcami. Trzymał.
Nie puszczając nogi, myślała dalej.
Myślała o lutym ubiegłego roku — o trzech tygodniach bez roboty, o Montoyi, który pytał uprzejmie, ale częściej, o nocy, kiedy przeliczyła wszystko i wyszło jej, że ma na sześć tygodni, a potem nic. Dwanaście koni miesięcznie oznaczało, że nigdy więcej nie przeliczy tortilli na jutro. Montoya nie postawi już rachunku pod kamieniem. Żelazo będzie czekać na półce, zanim go będzie potrzebować, a nie odwrotnie.
To był dobry układ. Inés wiedziała, że jest dobry. Kerr nie podsunął pułapki — podsunął dokładnie to, czego się bała przez dwadzieścia zim.
Koń znów chciał opuścić nogę. Inés podparła mocniej.
Sto dwadzieścia dolarów i żadna zima nigdy nie będzie tamtą zimą.
Ale podniosła wzrok i zobaczyła, czego ten układ wymaga, żeby był prawdziwy. Dwanaście koni miesięcznie to dwanaście razy: „potrzebuję moje miejsce wolne”. Dwanaście razy przekreślanie wpisów. Dwanaście razy „kiedy będą gotowe” od Dawesa albo kogoś takiego jak Dawes. Linia pod przekreślonym wpisem Padilli zostanie pusta nie dlatego, że nie ma kogo wpisać, tylko dlatego, że nie będzie gdzie.
Kuźnia przetrwa. A dzień w niej nie będzie jej. Będzie go sprzedawała co miesiąc, po kawałku, za cenę, która nigdy już nie zaboli — i nigdy już nie będzie całkiem jej.
Opuściła nogę konia — ostrożnie, na tyle, na ile koń mógł znieść. Wyprostowała się. Otarła ręce o fartuch.
Inés wzięła kartkę z kowadła i odłożyła ją z powrotem, bliżej Kerra.
— Normalna stawka — powiedziała. — Dwa dwadzieścia pięć. Praca awaryjna po trzy pięćdziesiąt. Bez wyłączności. Ja ustalam kolejkę. Jeśli twoje konie potrzebują priorytetu — umawiamy się z wyprzedzeniem, nie z dnia na dzień. Żadnego gwarantowanego wolumenu.
Kerr nie uśmiechnął się. Nie pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie powiedział, że szanuje jej decyzję. Patrzył na nią tak, jak patrzył na kolumnę cyfr — szukając wyniku.
— Wiesz, że zima jest twoja — powiedział. — Nie moja.
— Wiem.
— I wiesz, że mogę znaleźć kogoś innego. Nie na ten tydzień, ale na przyszłe zlecenie.
— Możesz.
Kerr popatrzył na wałacha z pękniętym kopytem. Potem na ścianę kuźni, na zegar z połamanym cyferblatem, na rząd podków wiszących na hakach.
Przeliczył. Inés widziała, jak to robi — nie na papierze, ale w głowie, szybko, jak ktoś, kto liczy pieniądze od dwudziestu lat. Jeśli wyjedzie bez tego konia, piąty zespół stoi. Dzień stania — woźnica, ładunek, składowanie. Delgado — dwa dni drogi, kowal, który nie zna tych koni. Griegos — trzy dni.
Nie patrzył na nią z podziwem. Nie skinął głową na znak, że ceni jej upór. Dla niego to nie była kwestia charakteru ani zasad — była to kolumna, w której jedna strona kosztowała więcej niż druga. Zmiana kowala w środku sezonu kosztowała więcej niż normalna stawka u kogoś, kto już zna jego konie i ma je na podwórzu. To było wszystko, co liczyło. Inés nie miała złudzeń, że wygrała coś poza tą jedną kolumną. Gdyby Delgado był o dzień bliżej, rozmowa skończyłaby się inaczej.
— Dobrze — powiedział. — Ale ten koń musi być gotowy do poniedziałku.
— Będzie.
Kerr wyjął z kieszeni banknoty — gruby plik, złożony podwójnie. Odliczył na kowadle. Nie sto dwadzieścia — bo to nie była ta umowa. Sześćdziesiąt za pozostałe konie z kontraktu, przeliczone po nowej stawce. Trzy pięćdziesiąt za korygowanie kopyta. Reszta — wyrównanie różnicy między starą a nową stawką za to, co już zrobiła.
— Razem? — zapytał.
Inés przeliczyła. Osiemdziesiąt siedem dolarów i pięćdziesiąt centów.
Kerr odliczył, położył na kowadle i wyszedł.
Inés popatrzyła na pieniądze. Potem wzięła młot, podeszła do wałacha z pękniętym kopytem i wyciągnęła żelazo z pieca.
Podkowa korygująca wymagała precyzji — innej niż rutynowa robota. Więcej oparcia po zdrowej stronie kopyta. Mniej nacisku na pękniętą kwarterę. Gwoździe tam, gdzie ściana trzymała, nie tam, gdzie miała ustąpić. Inés włożyła podkowę w ogień, poczekała, aż metal zajaśnieje na wiśniowo, i wyciągnęła go kleszczami na kowadło.
Pierwszy raz tego dnia uderzenie młota brzmiało wyraźnie. Nie szybko, nie wolno. Czysto. Metal odpowiedział pod młotem jasnym, twardym dźwiękiem. Obrót. Trzy uderzenia. Obrót. Sprawdzenie przy kopycie. Korekta. Woda. Syknięcie.
Inés pracowała.
Freight Kerra wyjechał z Santa Luz we wtorek rano.
Nie perfekcyjnie — piąty zespół jechał z pięcioma końmi zamiast sześcioma, bo wałach z pękniętym kopytem zostawał u Inés na obserwację. Dawes rozłożył ładunek na dwa wozy, dobrał szóstego konia od kogoś za miastem i wyjechał o godzinę później niż planował, z wyrazem twarzy sugerującym, że jego notatnik nie przewidział tego scenariusza. Ale wyjechał. Wozy skręciły na wschód, w stronę przełęczy, i kurz za nimi opadł, zanim Inés doszła do bramy. Kerr nie został zrujnowany. Stracił godzinę, może dzień na trasie, konia, którego musiał pożyczyć. Towar dojedzie.
Kerr zapłacił resztę przed wyjazdem — dokładnie tyle, ile wynikało z nowej stawki, za ostatnie konie. Żadnych dopłat, żadnych gestów, żadnego słowa o tym, co się stało przy kowadle poprzedniego dnia. Położył pieniądze na kowadle, policzył przy niej i wyjechał konno za wozami. Przy bramie zatrzymał się na chwilę.
— Wałach ma być gotowy, kiedy wrócę po niego — powiedział. — Dasz znać przez Dawesa, kiedy.
— Dam znać kiedy — odpowiedziała Inés.
Kerr skinął głową i pojechał.
Inés odłożyła pieniądze do skrzynki i przeliczyła wszystko. Razem z tym, co dostała wcześniej i co dostała wczoraj — razem starczało, żeby zapłacić Montoyi pięćdziesiąt dolarów, kupić węgiel na trzy tygodnie i zostawić kilka dolarów na coś, co może się zdarzyć. Nie pięćdziesiąt dwa. Nie „spokojne miesiące”. Osiemnaście dolarów u Montoyi nadal zostawało.
Zima — nadal była problemem.
Po południu umyła podłogę warsztatu — wodą z wiadra, szczotką, na kolanach. Robiła to raz na dwa tygodnie, ale przez dwa tygodnie kontraktu podłoga nie widziała szczotki. Gruba warstwa pyłu, zgorzeliny, rogu, błota, rozsypanych gwoździ. Powiesiła narzędzia na hakach. Kleszcze — hak przy kowadle. Raspa — stół. Młoty — uchwyt na ścianie, od ciężkiego do lekkiego. Noże kopytowe — szuflada. Przez dwa tygodnie narzędzia żyły tam, gdzie spadły — teraz wracały na swoje miejsca. Kuźnia oddychała.
Koło trzeciej przyszedł mężczyzna z mułem.
Mężczyzna był niski, ciemny, w kapeluszu, który widział już niejeden deszcz. Muł był siwy, stary, z miną pełną godności i niechęci do współpracy.
— Żona mówi, żeby go zastrzelić — powiedział mężczyzna. — Ja mówię: oczyść mu kopyta. Muł mówi: nikt mnie nie dotyka.
— Niech pan go tu przywiąże.
Muł nie zamierzał się dać przywiązać. Mężczyzna go ciągnął. Inés go pchała. Muł stał jak wmurowany i patrzył na nich z wyrazem głębokiej, filozoficznej dezaprobaty. Kiedy wreszcie stanął przy słupku, Inés podniosła przednią lewą — muł zabrał ją natychmiast. Próbowała ponownie. Muł zabrał. Za trzecim razem pozwolił na trzy sekundy, po czym obrócił łeb i spróbował ugryźć ją w rękaw.
Inés pracowała cierpliwie, spokojnie, z rękami, które robiły to od dwudziestu lat i widziały gorsze muły. Kopyto było twarde i zaniedbane — strzałka zarośnięta, rogi wyrośnięte, trochę gnijącej tkanki w bruzdach. Oczyściła, przycięła, wyrównała. Muł co chwilę próbował zabrać nogę — albo ugryźć cokolwiek w zasięgu. Raz trafił w drewno słupka. Raz w powietrze. Raz prawie w ucho Inés.
— On zawsze taki? — zapytała Inés między jednym a drugim kopytem.
— Tylko kiedy nie śpi — powiedział mężczyzna. Stał z boku, trzymając uzdę luźno, z miną człowieka, który dawno przestał mieć na cokolwiek wpływ. — Żona mówi, że to zły charakter. Ja mówię, że po prostu stary. On nic nie mówi, bo akurat gryzie.
Muł, jakby na potwierdzenie, chwycił zębami brzeg fartucha Inés i pociągnął. Inés odebrała fartuch i oparła ramię o jego bok, żeby stał. Muł westchnął — głębokim, urażonym westchnieniem — i pozwolił dokończyć.
To była zwykła robota. Taka, jakiej nie było przez dwa tygodnie: jeden koń, jeden właściciel, żadnego notatnika, żadnego wozu, który czeka za miastem. Tylko muł, który nie chce, i człowiek, który musi.
Dawes — wciąż w Santa Luz, czekając na powrotne wozy — przyszedł odebrać zapasowe podkowy, które zostawił w kuźni.
— Ten następny kiedy? — zapytał, wskazując notatnik.
— Kiedy — powiedziała Inés. Jedno słowo. Bez akcentu. Harmonogram.
Dawes zapisał coś i wyszedł.
Mężczyzna z mułem zapłacił dolara pięćdziesiąt gotówką — od razu, bez „w piątek”, bez „jak sprzedam siano” — i odszedł, ciągnąc muła za sobą. Muł stawiał nowe kopyta ostrożnie, jakby nie był pewien, czy mu się podobają.
Kuźnia była cicha. Wałach z pękniętym kopytem stał w zagrodzie za warsztatem — na obserwacji, z nogą, która goiła się powoli, ale goiła. Jedna klacz Kerra czekała na odbiór w środę. Reszta — odjechała.
Wieczorem, po zamknięciu, Inés usiadła przy stole z księgą. Przejrzała stronę z kontraktem Kerra — wszystko zamknięte, kwoty się zgadzały. Przeliczyła, co może oddać Montoyi, i zapisała na kartce: Montoya — $50 — jutro rano. Zostaje $18.
Odliczyła pieniądze ze skrzynki i odłożyła pięćdziesiąt dolarów osobno, zawinięte w ścierkę, na jutro. Osiemnaście zostawało w księdze, nie w powietrzu. To, co miała przy sobie, zmieściło się w jednej dłoni. Dość na węgiel, na mąkę, na kilka tygodni. Nie dość, żeby nie liczyć. Montoya znów postawi rachunek pod kamieniem — za sześć tygodni, za osiem, kiedy skończy się żelazo. Zima przyjdzie tak samo jak co roku i styczeń będzie pusty tak samo jak co roku. Nic z tego się nie zmieniło. Wałach w zagrodzie, pieniądze w dłoni, zima przed nią — to było wszystko, co miała, i wszystko było niepewne.
Mogła mieć pewność. Leżała dziś rano na kowadle, napisana prostym pismem, sto dwadzieścia dolarów i dwanaście koni miesięcznie. Odłożyła ją z powrotem.
Przewróciła na nową stronę.
Czysta kartka. Żadnego wpisu. Żadnego terminu. Żadnego zespołu, żadnego grafiku, żadnego Dawesa z notatnikiem.
Wzięła ołówek. Trzymała go nad papierem przez chwilę — nie pisząc. Lampa naftowa rzucała ciepłe, żółte światło na białą kartkę. Kuźnia była cicha — tylko trzaskanie węgla w piecu, który ostygał, i odgłosy ulicy za murem.
Za warsztatem, w zagrodzie, wałach z pękniętym kopytem przestąpił z nogi na nogę. Inés usłyszała — cichy stuk kopyta o twardą ziemię, przeniesienie ciężaru, ciężki oddech przez nozdrza.
Inés odłożyła ołówek.
Wstała do konia.



