I. Dok
P-14 nie była martwa. Martwe bazy milczą. Ta oddychała — źle, nierówno, przez zamarznięte przewody, które ktoś zostawił pod ciśnieniem sześćdziesiąt lat temu i nie wrócił ich zamknąć.
Holownik wszedł w hangar dokowy na gasnącym ciągu i stanął na oszronionej płycie. Za wrotami śluzy sztorm bił w zewnętrzny pancerz bazy — ten sam front, który gdzieś daleko, przy Przetopie, zamykał równinę na biało — ale tutaj, metry pod lodem, w brzuchu wojskowego pylonu, słychać go było tylko jako głuche, odległe tętno w konstrukcji. Jak coś dużego, co przewraca się we śnie i jeszcze się nie obudziło.
Mark Novitzki zszedł pierwszy i położył dłoń na wewnętrznej ścianie hangaru, zanim zdjął hełm. Tak robił zawsze. Inni czytali manifest; on czytał metal. Pod rękawicą czuł powolne, stare osiadanie — konstrukcję, która od dekad szukała nowego kształtu i prawie go już znalazła. To było zrozumiałe. To umiał przeczytać.
Nie umiał przeczytać ciszy. Ani tego, że w hangarze, do którego nikt nie wchodził od pokoleń, światła awaryjne paliły się równym, zadbanym rzędem — a nie powinny. Zasilanie w opuszczonej bazie gaśnie sektor po sektorze. Tu ktoś — albo coś — zostawiło je włączone.
— Osiem godzin — powiedziała Hensa Dray, schodząc za nim z zapiętą do przedramienia tabliczką kontraktu. — Wchodzimy, bierzemy rejestrator z laboratorium w centrali, wychodzimy. Broker chce to na wczoraj. Płaci za wczoraj.
— Broker nie był w środku — powiedziała Sael Teveen.
Stała bokiem do śluzy, jak zawsze, nigdy w jej świetle, z dłonią na zwoju liny u pasa. Grzebienie przy jej czaszce ciemniały ku fioletowi — Veyr pod obciążeniem — i Mark zauważył, że ciemnieją, odkąd weszli. Nie powiedział nic. Sael wiedziała o liniach, śluzach i progach więcej niż ktokolwiek, i miała jedną zasadę, którą powtarzała jak modlitwę techniczną: nie stawaj w świetle wejścia, nie opieraj się o framugę. W ciasnych miejscach to, co cię zabija, czeka właśnie tam.
Było ich sześcioro. Mark, Sael i czworo wynajętych. Corm Veical, ciężki operator z ciężkim miotaczem na plecach, który przez całą drogę nie odezwał się do Marka ani razu i patrzył na jego dłoń na ścianie jak na przesąd. Tovey Lund, medyczka, z torbą pełną rzeczy, których miało wystarczyć na osiem godzin, nie na wojnę. I Davik Sorn, chłopak, którego wszyscy nazywali „Grin", bo się uśmiechał nawet teraz — operator drona i łączności, pierwszy duży kontrakt, oczy jak u kogoś, kto wreszcie pracuje z prawdziwymi Strażnikami Śladu.
Nad wrotami, na starej tablicy, żarzył się komunikat, który przeżył załogę:
WITAJCIE W P-14. BEZPIECZEŃSTWO TO WSPÓLNA WACHTA.
— Miło — powiedziała Sael. — Zawsze chciałam mieć wachtę wspólną z trupami.
Grin się zaśmiał. Corm nie.
Mark obszedł hangar, czytając go dłonią i okiem. Stare stanowiska dokowe, wygięte do wewnątrz, jakby coś kiedyś próbowało się stąd wydostać, nie dostać do środka. Przy ścianie — rząd wojskowych skafandrów na stelażach, zesztywniałych od mrozu, z nazwiskami na napierśnikach. Nikt ich nie zabrał. Ludzie, którzy wychodzą z bazy planowo, zabierają sprzęt. Ludzie, którzy nie wychodzą, zostawiają go wiszący.
— Hensa — powiedział. — Twoje zlecenie mówi, dlaczego ta baza jest pusta?
— Moje zlecenie mówi, gdzie jest rejestrator i ile za niego dostanę — powiedziała Hensa. — Reszta to twój problem, Strażniku.
— Reszta to będzie problem nas wszystkich — powiedział Mark. — Zasilanie jest podtrzymywane. Ktoś to zostawił włączone celowo. W opuszczonej bazie to się nie zdarza samo.
— To dobrze — powiedziała Hensa. — Będzie jaśniej.
Sael spojrzała na nią przez ramię.
— W tej robocie, agentko, „będzie jaśniej" to zwykle ostatnie zdanie człowieka przed tym, co widać w świetle.
Grin rozłożył rig, żeby być przydatny, bo chciał, żeby Strażnicy zobaczyli, że jest przydatny. Poszukał masztu, poszukał przekaźnika, poszukał powierzchni. Znalazł sztorm.
— Mam maszt — powiedział. — Mam... miałem maszt.
Na zewnątrz coś dużego przewróciło się we śnie i tym razem się nie obudziło łagodnie. Front uderzył w zewnętrzną antenę P-14 i ją zabrał — nie uszkodził, zabrał, urwał z mocowania i poniósł w biel. Wskaźnik łączności Grina spadł do zera i tam został.
— To była jedyna antena? — zapytał Corm.
— To była jedyna antena — powiedziała Hensa, i po raz pierwszy w jej głosie coś się nie zgadzało z „osiem godzin".
Byli w środku, odcięci — od holownika za wrotami, od powierzchni, od wszystkiego. Gdzieś daleko, za tym samym sztormem, assessor, którego nazwiska żaden z nich nie znał, liczył właśnie procenty nad innym lodem i nie wiedział, że P-14 istnieje. A oni nie mieli się dowiedzieć o nim. Dwie historie, jeden sztorm, jedna planeta, i żadnego mostu między nimi poza tym, że obie miały się skończyć stratą.
Mark spojrzał w głąb pierwszego korytarza, w rdzę i szron, i poczuł coś, czego nie umiał zmierzyć — nie fakt, nie odczyt, tylko złe miejsce w konstrukcji dalej, za zakrętem, gdzie powietrze powinno być spokojne, a nie było. Odłożył to. Przebłyski nie były mapą. Axiom miał procenty; Mark miał tylko kark, który czasem stawał mu dęba, zanim rozum zdążył to nazwać. Na razie kark milczał. Milczenie też o czymś mówiło.
— Idziemy po rejestrator — powiedział. — I zapamiętajcie każdy metr. Bo jak mapa Hensy jest tak stara jak ta baza, to droga powrotna będzie jedyną rzeczą, którą tu mamy.
Hensa nie odpowiedziała. Mark zapisał i to.
II. Koszary
Pierwsze ślady gniazda wyglądały jak porządek, i to było najgorsze, bo porządek znaczył, że ktoś albo coś tu mieszka, a nie tylko umiera.
W pierścieniu koszarowym płyty serwisowe były pozdejmowane ze ścian i ułożone — nie porozrzucane, ułożone — w niskie, faliste wały wzdłuż korytarzy, oblepione czymś ciemnym i zeschłym. Tovey przyklękła przy jednym i nie dotknęła.
— Organika — powiedziała. — Stara i nowa. Warstwami. — Powąchała przez filtr. — Tu się je i śpi od dawna. I dalej się je.
— Ktoś czy coś? — zapytał Grin.
— Na Kharos-9 to zwykle to samo pytanie — powiedziała Sael.
Szli środkiem korytarza, bo Sael kazała iść środkiem — z dala od grodzi, od świateł awaryjnych, od wnęk, w których coś mogło zastygnąć. Mijali kwatery z pryczami, na których leżał sprzęt zaprojektowany dla ludzi, których już nie było: hełmy z wygrawerowanymi nazwiskami, racje z datami sprzed sześćdziesięciu lat, pralnię próżniową z instrukcją w trzech językach, z których dwóch nikt już nie używał. Na ścianie messy, pod regulaminem bezpieczeństwa, ktoś dawno temu dopisał cienkim markerem, ręką, która się spieszyła: jeśli słyszysz je w ścianie, już jesteś w ścianie.
— Optymista — powiedziała Sael.
W kącie messy stał terminal, który jeszcze żył na resztce celi. Hensa włączyła go, bo Hensa włączała wszystko, co mogło mieć wartość, i terminal pokazał urywki — stare nagrania wachtowe, zdarte, pełne szumu. Głos sprzed sześćdziesięciu lat, zmęczony, rzeczowy: ...trzecia próba identyfikacji okazu nieudana. Obiekt nie reaguje na standardowy wabik termiczny w sposób, który... koryguje. Uczy się szybciej, niż zakłada protokół. Zmiana procedury w załączeniu... Potem szum. Potem inny głos, kobiecy, cichszy, jakby mówiła do siebie, nie do rejestru: ...przestańcie nazywać to okazem. Okaz leży na stole. To chodzi po suficie.
— Co to było? — zapytał Corm.
— Baza wojskowa, która próbowała coś rozpoznać — powiedział Mark. — I jej się nie udało.
Poszli dalej. Przy wyjściu z koszar korytarz miał nisko zawieszoną kratownicę wentylacyjną, czarną od starego smaru i oblepioną szronem, i Grin — który chciał być przydatny — wysłał w jeden z wylotów drona. Mały, czterowirnikowy, z lampą i kamerą, wzniósł się pod sufit i wszedł w pierwszy otwarty szyb, bo przez wentylację szło się szybciej niż przez zalane poziomy. Obraz szedł na jego tabliczkę: kanał, rdza, szron, zakręt.
Na zakręcie coś czekało, i przez chwilę — przez tę jedną okrutną chwilę — dron pokazał im to wyraźnie. Nie rzuciło się. Wisiało w kratownicy kanału, smukłe, mokre, ciemne, wtopione w żebra i rygle tak, że gdyby nie lampa, byłoby po prostu ścianą. Przesunęło się bokiem, równolegle do kierunku, w którym leciał dron, jakby je prowadziło, jakby chciało zobaczyć, dokąd ono zmierza — a potem, kiedy Grin otworzył usta, żeby coś powiedzieć, kanał zafalował, i lampa drona obróciła się do tyłu, w głąb, i zgasła między zębami, których nikt nie zdążył policzyć.
— Widzieliście? — zapytał Grin cicho. — Szło obok. Nie za. Obok.
— Czatownik Ryglowy — powiedziała Sael. — Stary nawyk tego miejsca. Udaje konstrukcję, póki jej nie potrzebujesz. — Spojrzała w martwy ekran. — I nie poluje głupio. Prowadziło drona, żeby sprawdzić, gdzie my idziemy.
— To znaczy, że wie, że tu jesteśmy — powiedział Corm.
— To wiedziało, zanim otworzyliśmy śluzę — powiedziała Sael.
— Straciliśmy oczy — powiedział Mark. — Od teraz idziemy ślepo, i idziemy dołem. Bo górą jest on. — Spojrzał na zawał lodu i gruzu, który zamykał korytarz prowadzący na tabliczce Hensy prosto do centrali, i którego na tabliczce nie było. — I górą, i prosto. Została nam droga, którą zostawili nam oni. Niżej. Zalana.
III. Woda
Sektor zalany zaczynał się tam, gdzie kończyła się podłoga dla ludzi, i uczył pokory wodzie szybciej, niż ktokolwiek chciał się uczyć.
Czarna woda stała w szybie do połowy pierwszego pomostu, nieruchoma, z cienką warstewką lodu u góry, która pękała pod dłonią jak szkło. Była zimniejsza niż wszystko, co dotąd czuli — tak zimna, że skafandry grzejne ledwo nadążały, że po kostki, po kolana, po pas szła w górę nogi jak ktoś, kto cię mierzy. Sael zeszła pierwsza, na linie, i wyznaczyła drogę po zerwanych pomostach, po poręczach, które jeszcze trzymały, i po tych, które trzeba było ominąć, bo nie trzymały. Szli wolno, bo woda tłumi krok, ale nie tłumi tego, co pod spodem.
A pod spodem było słychać wszystko. Woda niosła drgania rur dalej i czyściej niż powietrze. Każdy skrzyp metalu, każde osiadanie, każdy ruch — szedł przez ciecz do kości, i nie dało się powiedzieć, czy to baza, czy to on. Raz, w ciemności za ich plecami, coś weszło do wody — cicho, jednym gładkim ruchem, bez pluśnięcia — i fala doszła do nich przez ciecz, musnęła im uda, i zniknęła, i nikt nie powiedział nic, bo nie było co powiedzieć. Grin szedł blisko Marka, z karabinkiem igłowym w górze, i szeptał, żeby się nie bać, żarty, których nikt nie słuchał, i jego oddech w kanale był za szybki.
— W doku mówili, że będzie ciepło w wodzie — powiedział. — Że woda trzyma ciepło. Kłamali.
— Woda trzyma ciepło na planecie, która ma słońce — powiedziała Tovey. — Tutaj trzyma tylko ciebie.
Droga, którą Mark czytał jako trzymającą, uparła się w jednym miejscu: zatopiona grodź, zamknięta do dwóch trzecich wysokości, z resztką przejścia pod stropem, gdzie woda sięgała pod samą framugę. Żeby przejść, trzeba było zanurzyć się po szyję, przejść pod krawędzią grodzi na wstrzymanym oddechu, metr czarnej wody nad głową, i wynurzyć się po drugiej stronie na ślepo. Sael przeszła pierwsza, na linie, i trzykrotnie szarpnęła — znak, że po drugiej stronie jest powietrze i nie ma zębów. Potem przeprowadzała po jednym, bo pod wodą człowiek nie widzi, nie słyszy i nie wie, czy to, co dotknęło jego nogi, to lina, czy coś innego.
Corm przechodził trzeci i zrobił to, co robią ludzie, których ciało wie o strachu wcześniej niż głowa: w ciemności pod grodzią, szukając dłonią krawędzi, chwycił nie krawędź. Chwycił coś, co przywarło do stropu pod wodą, nieruchome, czekające — Szczeliniaki nie pływają, ale Czatownik, młody, mniejszy, potrafi wejść w wodę na krótko — i to coś ukłuło go w przedramię, raz, płytko, bo go nie trzymało, tylko stało na drodze, i cofnęło się w głąb, zanim ktokolwiek je zobaczył. Corm wynurzył się po drugiej stronie z krzykiem, który woda do połowy zjadła, i z ręką, która już zaczynała sztywnieć.
— Ukłuty — powiedziała Tovey, już przy nim, już rozcinając rękaw. Rana była płytka, ale jad nie liczy głębokości. — Płytko. Mało. Ale jad to jad. — Spojrzała na Marka przez ramię, krótko, i on zobaczył, jak w jej głowie przesuwa się liczba. Potem wbiła Cormowi pierwszą dawkę w przedramię, powyżej rany, i Corm zaklął, i sztywność zaczęła ustępować. — To było niekonieczne — powiedziała Tovey cicho, bardziej do siebie. — Płytkie ukłucie przeżyłby bez dawki. Może. Ale „może" nie było dziś dobrą liczbą, a ja wolę, żeby Corm trzymał broń, niż żebym się przekonała, ile było w tym „może".
Corm patrzył na własną rękę, która wracała do niego.
— Ile ich masz? — zapytał.
— Mniej, niż miałam przed chwilą — powiedziała Tovey, i zamknęła torbę, i nie powiedziała liczby, bo liczby odbierają ludziom chęć do walki, a ona ich potrzebowała jeszcze przez chwilę.
W połowie dalszego sektora Szczeliniaki weszły im w skafandry. Nikt nie zauważył kiedy — ślepe, nitkowate, długie na palec, wchodzące w każdą uszczelkę, w każdy zawór redukcyjny, szukające ciepła i ruchu. Pierwszy krzyknął znów Corm, bo coś weszło mu w zawór przy nadgarstku i zaczęło dusić dopływ powietrza, a skafander zasyczał alarmem spadku ciśnienia. Potem Grin. Potem sama Sael poczuła je w zaworze u szyi.
— Nie szarpać — powiedziała Tovey, już z nożem. — Wyrwiesz, zostanie połowa i zgnije ci w uszczelce. Trzeba wyciąć. — Wcięła się w zawór, w żywe, i wyjęła nitkę, która jeszcze się ruszała, i robiła to samo kolejnej osobie, i kolejnej, po pas w czarnej wodzie, w ciemności, wycinając z zaworów coś, co chciało tylko ich ciepła. To była rzecz, którą sektor im zabrał poza czasem i krwią: pewność, że skafander jest szczelny. Każdy z nich oddychał teraz przez filtr, w którym mogło jeszcze siedzieć coś cienkiego i ślepego, i każdy wiedział, że się o tym nie dowie, póki nie zabraknie powietrza.
Wyszli na suchszą półkę i stanęli, żeby policzyć zawory i złapać rzadkie powietrze. Nad wyjściem z sektora żarzył się komunikat:
STREFA MOKRA. PAMIĘTAJ O WYMIANIE FILTRÓW CO 4 GODZINY.
— Davik — powiedział Mark. — Ile mamy zapasowych filtrów?
Grin sięgnął do plecaka, w którym niósł zapas dla całej grupy, i jego twarz zrobiła coś, czego Mark u niego jeszcze nie widział. Przestała się uśmiechać.
— Niosłem je górą — powiedział. — Z dronem. Żeby dołem było lżej. — Przełknął. — Są w kanale. Z dronem.
Cisza, w której słychać było tylko kapiącą z nich wodę.
— Dobrze — powiedziała w końcu Sael, bardzo spokojnie, bo panika zabija szybciej niż brak filtrów. — To znaczy, że od teraz oddychamy ostrożnie. Każdy. I że nie schodzimy już po nic w górę. — Spojrzała na Grina, i nie było w tym wyrzutu, tylko rachunek, który obaj rozumieli. — I że jesteś mi winien jedną wachtę powietrza, chłopcze. Oddasz, jak wyjdziemy.
Grin skinął głową, i uwierzył jej, że wyjdą, bo chciał uwierzyć, i to była jedyna rzecz, którą jej jeszcze zdążył dać.
Zginął dwadzieścia minut później, i stało się to szybko, i cicho, i bez żadnego ryku, bo Czatownik nie polował rykiem.
Szli korytarzem między sektorem zalanym a pierwszym zamarzniętym zbiornikiem, jeden za drugim, Grin przedostatni, i korytarz miał sufit z paneli wentylacyjnych, które wyglądały jak wszystkie panele wentylacyjne na świecie. Grin właśnie mówił — coś o tym, że jak wróci, to postawi Strażnikom w porcie, że nikt mu nie uwierzy, z kim robił — i jego kombinezon trzeszczał od narastającego mrozu, i para z jego oddechu szła prosto w górę, w panel, ciepła i wilgotna, jak nitka prowadząca do płuc.
Panel nad nim otworzył się bez dźwięku. Nie spadł żaden potwór. Z ciemności wysunął się długi, segmentowany ogon, zakończony kolcem mokrym od czegoś, co nie było wodą, i dotknął karku chłopaka — ostrożnie, raz, jak ktoś, kto w ciemności sprawdza, czy przedmiot leży tam, gdzie go zostawił. Grin znieruchomiał. Zdążył wydać jeden cichy odgłos — nie bólu, zdziwienia — i Mark zobaczył, jak jad wchodzi mu w kark, jak chłopak próbuje unieść rękę i nie może, jak jego twarz robi się nagle bardzo spokojna. Potem ogon się napiął i poderwał go w górę, w panel, bez wysiłku, jak kot podnoszący młode za skórę, i panel wrócił na miejsce, i korytarz znów miał sufit z paneli wentylacyjnych, które wyglądały jak wszystkie panele wentylacyjne na świecie.
Zostali z jego lampą, która upadła i toczyła się po kracie, zataczając kręgi światła po ścianach, i z jego karabinkiem, którego nie zdążył podnieść.
Corm oszalał. W ciasnym korytarzu uniósł ciężki miotacz i wycelował w sufit, w panel, w miejsce, gdzie przed chwilą był chłopak, i Mark rzucił się na lufę, pchnął ją w dół, przycisnął do kraty.
— Nie w sufit! — Jego głos był twardy, bo musiał być twardszy niż strach Corma. — Zrzucisz nam go na głowy i rozszczelnisz korytarz. Jego już nie ma. Słyszysz? Jego już nie ma, a nas jeszcze jest pięcioro, i chcę, żeby było pięcioro, jak będę to liczył za godzinę.
Corm dyszał. Opuścił broń. Jego ręce drżały, i nienawidził tego drżenia, i nienawidził Marka za to, że znów miał rację.
Tovey podeszła do lampy Grina, podniosła ją, zgasiła i schowała do torby, bo lampa się przyda, a żałoba na Kharos-9 jest listą, nie mową. Ale jej dłoń drżała przy zapięciu torby, i Mark zobaczył, że medyczka, której miało wystarczyć na osiem godzin, właśnie policzyła, na co naprawdę wystarczy, i że wynik jej się nie spodobał.
IV. Lód
Zamarznięty zbiornik był piękny, i to było w nim najgorsze.
Woda, która kiedyś go wypełniała, zamarzła w pół-ruchu — wielka, przezroczysta tafla, zastygła fala z uwięzionymi w środku bąblami powietrza, narzędziami, kablem, który ktoś upuścił sześćdziesiąt lat temu i który wisiał teraz w lodzie jak owad w bursztynie. Nad taflą biegł cienki pomost, zerwany w trzech miejscach, a pod pomostem lód schodził w głąb na tyle, że lampa nie sięgała dna. Sael kładła liny nad przerwami, kotwiąc je w ryglach, które Mark wskazywał jako żywe, i przeprowadzała ekipę po jednym, długim holem, nigdy szarpnięciem.
W połowie tafli lód przestał być lodem.
Nie pod ich stopami — obok, w ścianie zbiornika, pas lodu na kilka sekund stał się przezroczysty inaczej niż reszta: nie szkłem, lecz czymś napiętym i drżącym, jak powierzchnia wody tuż przed pęknięciem. I za tym pasem, przez tę jedną chwilę, Mark zobaczył przestrzeń, której za ścianą zbiornika być nie mogło — głębię, korytarz, którego żadna mapa nie łączyła z tym miejscem, idący w dal pod niemożliwym kątem. A na jego końcu coś było. Nie postać. Kształt — pionowy, ciemny, mógł być skafandrem na stelażu, mógł być cieniem rzuconym przez nic, mógł być zgięciem samego lodu. Oko chciało zrobić z niego człowieka. Mark nie dał mu. To był tylko kształt, i kiedy mrugnął, ściana była znowu lodem, a za lodem skałą, i nie było tam ani korytarza, ani kształtu, ani niczego poza ciśnieniem w jego własnej czaszce.
Przebicie. Krótkie, lokalne, bez źródła. Nie przejście, nie ostrzeżenie, nie znak. Coś, co na kilka sekund przepuściło widok miejsca, które nie powinno tam być, i zabrało go z powrotem, nie tłumacząc niczego.
I zostawiło w Marku rzecz gorszą niż strach: pewność, która nie była pewnością. Przez chwilę po przebiciu jego kark mówił mu, że dalsza część pomostu jest dobra, trzyma, można iść szybko — a to było kłamstwo. Przebicie zaburzyło mu odczyt, jak magnes zaburza igłę. Mark zrobił dwa kroki na tej fałszywej pewności, poczuł, jak lód pod pomostem odpowiada źle, głucho, nie-tak, i zatrzymał się w pół kroku, z sercem walącym nie od zimna.
— Nie ufaj mi przez najbliższą minutę — powiedział do Sael, cicho, żeby reszta nie słyszała. — Coś mi przestawiło czucie. Prowadź po linie, nie po mnie.
Sael nie zapytała dlaczego. Poprowadziła po linie.
Na drugim brzegu tafli czekał Czatownik — nie w zasadzce, lecz otwarcie, bo tu, na cienkim lodzie, w ciasnocie, miał przewagę i wiedział to, jak wie drapieżnik, nie jak wie człowiek. Był wielkości dużej pantery, smukły, ociekający, ciemny, i poruszał się tak szybko, że oko gubiło go między jedną a drugą lampą. Rzucił się na Corma, bo Corm był najcięższy i stał najpewniej, i Corm zrobił dokładnie to, przed czym Mark ostrzegał go od doku.
Strzelił.
W ciasnym zbiorniku, nad zamarzniętą taflą, ciężki miotacz zabrzmiał jak koniec świata. Pierwszy pocisk trafił Czatownika w płytę grzbietową i odbił się — chityna była dokładnie po to, żeby się odbijał — i poszedł w ścianę zbiornika, w rygiel, w grodź trzymającą ciśnienie między zbiornikiem a pustką za nim. Corm wypruł pół magazynka, zanim rozum go dogonił, i połowa tych pocisków rykoszetowała od płyt stwora i od ścian, tnąc stalowe żebra bazy jak papier, i jeden z nich zrobił to, czego Mark bał się od pierwszego kroku: rozszczelnił grodź.
Powietrze wyszło ze zbiornika z rykiem, w który wszedł krzyk. Spadek ciśnienia szarpnął taflą, lód pod pomostem pęknął wzdłuż fałszywej pewności Marka, a Czatownik — który nie bał się ani ciśnienia, ani lodu — znikł w szczelinie między płytami, cały, jakby go nigdy nie było, zabierając ze sobą tylko to, że teraz wiedział, jak brzmi ich broń i że jest bezużyteczna.
Przeżyli, bo Mark przeczytał, który odcinek pomostu puści ostatni, i wykrzyczał kolejność, i przeszli po nim, a Sael zakotwiła ich do rygli po drugiej stronie i wciągnęła każdego po kolei, długim holem, w uchodzącym powietrzu, z lodem pękającym pod nimi. Przeżyli wszyscy pięcioro. Ale Corm dostał odłamkiem ryglowym w bok hełmu, i stracił słuch w jednym uchu, i — co gorsze dla wszystkich — ciężki miotacz poszedł w szczelinę razem z magazynkiem, bo nie dało się po niego wrócić na lód, którego już nie było.
Leżeli po drugiej stronie, łapiąc rzadkie, zimne powietrze.
— Mówiłem — powiedział Mark. Bez triumfu. Za bardzo brakowało im powietrza na triumf.
— Wiem, co mówiłeś — powiedział Corm. Krew z ucha zamarzała mu na szyi w ciemne sople. — Mówiłeś, żeby wierzyć wróżce. — Spojrzał na Marka inaczej niż w doku, przez jedno słyszące ucho. — Za późno się zgadzam. Ale się zgadzam. Od teraz idę tam, gdzie pokażesz, i nie strzelam, póki nie powiesz. — Skrzywił się. — Nie mam już czym.
To było trzecie, co stracili: siłę ognia i złudzenie, że przez P-14 da się przejść strzelaniem. Zostali im łom, kilka kolców do lancy, liny Sael, dwa ładunki termiczne — i racja powietrza, która właśnie zmalała jeszcze raz, o cały rozszczelniony zbiornik.
V. Wentylacja
Baza broniła się sama, i nie wiedziała, że broni się przed ostatnimi, którzy przyszli jej pomóc wyjść.
Za zamarzniętym zbiornikiem jedyna droga, którą Mark przeczytał jako trzymającą, prowadziła przez węzeł wentylacyjny — krzyżówkę kanałów i serwisowych przejść, gdzie dawni wojskowi zainstalowali automatyczne wieżyczki przeciwdesantowe. Wieżyczki nie wiedziały, że załoga nie żyje. Wiedziały tylko jedno: ruch to wróg, drgania to wróg. Przez sześćdziesiąt lat strzelały do Szczeliniaków, do opadającego lodu, do Czatowników, które dawno nauczyły się chodzić tak, że czujnik ich nie łapał. A teraz obróciły się na ludzi, którzy chodzili normalnie.
Pierwsza seria o mało nie zabiła Hensy. Weszła w światło na skrzyżowaniu — Sael krzyczała do niej od dziesięciu minut, żeby nie wchodziła w światło — bo chciała zobaczyć, czy dalszy korytarz zgadza się z jej tabliczką, i wieżyczka w suficie obróciła się na drgania jej kroków i otworzyła ogień. Hensa padła w ostatniej chwili, instynktownie, i pociski ze zubożonego uranu przeszły tam, gdzie była jej głowa, i wgryzły się w grodź za nią, i w stalowe żebra, i rozbryznęły się rykoszetem po całej krzyżówce. Wszyscy padli na brzuchy, pod linię czujników, i leżeli w pyle metalu, który sypał się z ciętych ścian, i czekali, aż wieżyczka przestanie znajdować ruch.
— Nie mamy jak ich rozbroić — powiedział Mark, cicho, policzkiem na kracie. — Nie mamy mechanika, który znałby te systemy. Nikogo pokroju tych, co obsługują stare instalacje na Czwartej Pętli. Mamy medyczkę, która umie ciąć ludzi, nie wojsko, i rusznikarza bez rusznicy.
— Dziękuję — mruknął Corm.
— Nie rozbroję ich — powiedziała Sael. — Ale oszukam. — Odpięła od pasa zapasowy hak na lince. — One idą na ruch. Dam im ruch. — Rzuciła hak w poprzek krzyżówki, i hak zadrgał, potoczył się, i wieżyczki obróciły się na niego i wystrzelały w martwy kawałek metalu magazynki, które miały sześćdziesiąt lat i których nikt nigdy nie uzupełnił, aż się skończyły, jedna po drugiej, na sucho. Potem była cisza, i w ciszy, pełznąc, przeszli pod lufami, które już nie miały czym strzelać.
Ale za wieżyczkami, w miejscu, gdzie korytarz powinien iść dalej, czekał świeży zawał — baza osiadła od ostrzału, i to, co było drogą pięć minut temu, było teraz ścianą z lodu i zgiętej stali. Mark położył na niej dłoń, poszukał, i nie znalazł nic, co by puściło bez pogrzebania ich żywcem.
— Nie przejdziemy tędy — powiedział. — Zostaje jedna droga.
Spojrzał w górę, w kratownicę sufitu, w otwarty wylot szybu wentylacyjnego, czarny i ciasny.
— Nie — powiedział Corm. — Nie w kanały. Tam jest on.
— Tam jest on wszędzie — powiedział Mark. — Na dole, na górze, w wodzie. Różnica jest taka, że w kanale przynajmniej on nie może się rozpędzić. — Spojrzał na Sael. — Twoja domena. Prowadź.
Weszli w szyb. I szyb był gorszy niż wszystko dotąd, bo w szybie człowiek przestaje być człowiekiem — staje się czymś, co pełznie na łokciach w ciasnej, lodowatej rurze, w ciemności, którą lampa czołowa rozpycha na metr do przodu i metr do tyłu, a dalej jest to, czego nie widać. Sael szła pierwsza, po cichu, każąc im stawiać dłonie dokładnie tam, gdzie ona stawiała, bo kratownica pod nimi była stara i nie wszędzie trzymała. Corm szedł ostatni, bo był najszerszy i najwolniejszy, i to było złe miejsce dla najwolniejszego.
W kanale usłyszeli je naprawdę. Nie przez wodę, nie przez ścianę — obok, w tym samym metalu, w który byli wciśnięci. Miękkie przesunięcia, raz z lewej odnogi, raz z prawej, raz — i to było najgorsze — z góry, z kanału krzyżującego się nad nimi, oddzielonego jedną warstwą kratownicy. Coś przeszło nad Markiem, w poprzek, metr nad jego plecami, i Mark poczuł na karku strużkę ciepłego powietrza, które nie było jego — oddech stwora, przepuszczony przez kratę — i zamarł, i wszyscy za nim zamarli, i leżeli w rurze, nie oddychając, podczas gdy coś smukłego i ciężkiego przesuwało się nad nimi, obwąchiwało kratę, szukało ciepła, które właśnie nauczyli się wstrzymywać.
Przeszło. Albo udawało, że przeszło, i czekało trzy metry dalej. Nie dało się wiedzieć. Ruszyli dalej, i po stu metrach ciasnoty dotarli do węzła — miejsca, gdzie cztery kanały schodziły się w jedną komorę rozdzielczą, dość dużą, by w niej uklęknąć, i dość otwartą, by w niej zginąć. I tam, w komorze, Corm, który wczołgał się ostatni i opierał zranioną stroną głowy o zimną kratę, spojrzał w górę, w sufit komory, w kratownicę dwa metry nad sobą. I kratownica patrzyła na niego.
Jeden z paneli żebrowania nie był żebrowaniem. Był smukłym, przylgniętym do metalu kształtem, ciemnym i mokrym, nieruchomym tak doskonale, że przez kilka sekund nikt go nie widział, choć wszyscy na niego patrzyli. Potem Corm zobaczył, że żebro ma aparat gębowy — złożony, wsunięty w siebie, drugą szczękę schowaną w pierwszej — i że ten aparat jest skierowany prosto na niego, i że stwór się nie rusza, czeka, mierzy, decyduje, czy Corm jest wart tego, żeby przestać być sufitem.
— Nikt. Się. Nie. Rusza — powiedział Mark, bardzo cicho, nie poruszając wargami bardziej, niż musiał.
Leżeli. Corm leżał pod nim, patrząc w jego aparat gębowy, z twarzą szarą, i nie drgnął, i to go uratowało, bo Czatownik polował na ruch i ciepło, a Corm, zimny ze strachu, nieruchomy, przez te sekundy był prawie częścią bazy, tak jak stwór był prawie częścią sufitu. Trwało to piętnaście sekund. Trwało to godzinę. Z bocznego kanału doszedł drugi oddech, i trzeci — gniazdo schodziło się do komory, zwabione ciepłem pięciorga ciał wciśniętych w jedno miejsce.
Potem Sael, nie wstając, przesunęła dłoń do jednego z dwóch ładunków termicznych i odpaliła go w najdalszy z czterech kanałów. Ciepło buchnęło tam, drżące, głośne dla zmysłów, które czytały ciepło, i kształt w kratownicy nad Cormem przestał być kształtem — rzucił się w bok, w stronę fałszywej, cieplejszej, ruchliwej zdobyczy, bezszelestnie, i razem z nim ruszyły tamte dwa oddechy, całe gniazdo przelewające się w jeden kanał za jednym kłamstwem ciepła. I przez te kilka sekund przeczołgali się przez komorę do zejściowego szybu, który Mark wskazał jako jedyny trzymający, i zjechali nim w dół, na linie Sael, wypadając z wentylacji na twardą podłogę korytarza badawczego jak coś, co baza wypluła.
Leżeli tam, dysząc, i przez chwilę żadne z nich nie było w stanie wstać. Został im jeden ładunek termiczny. I czworo ludzi zamiast sześciorga, bo liczenie było teraz krótsze.
Tovey przykucnęła przy Marku, sprawdzając, czy nic go nie dosięgło w komorze, i Mark zapytał ją cicho, korzystając z tego, że Corm był głuchy na bliższe ucho, a Hensa stała dalej, przy swojej tabliczce.
— Ile masz antytoksyny.
Tovey nie podniosła wzroku.
— Zaczynałam z trzema — powiedziała. — Jedną zużyłam na Corma w wodzie. Zostały dwie. — Zamknęła torbę. — Mówię ci prawdę, bo jesteś Strażnikiem, a Strażnik i tak policzy. Ekipie powiem trzy. Bo rana szarpana na Kharos-9 nie goi się w tym mrozie — krew nie krzepnie, ciało nie odbudowuje, zimno trzyma wszystko otwarte, i jedyne, co tu leczy, to wyjście albo igła. Człowiek, który wie, że zostały dwie igły na czworo ludzi, przestaje walczyć. — Spojrzała na niego. — Więc powiedz mi ty, Strażniku, bo wy liczycie: jaki procent, że wychodzimy w komplecie? Co by dał twój assessor?
— Axiom nigdy nie daje stu — powiedział Mark.
— To już wiem, że nie wyjdziemy w komplecie — powiedziała Tovey, i się uśmiechnęła, uśmiechem Grina, mechanizmem obronnym, i nikt jej nie kazał przestać, bo nikt nie miał lepszego.
VI. Prawda
Laboratorium zaczęło mówić, zanim do niego doszli, i im dłużej mówiło, tym ciszej robiło się w ekipie.
Za węzłem wentylacyjnym korytarze zmieniły charakter. Mniej koszar, więcej stali badawczej. Komory obserwacyjne z grubymi szybami, popękanymi od środka — zawsze od środka. Stare terminale, z których jeden żył jeszcze na resztce celi. I ściany pokryte czymś, co Mark wziął najpierw za korozję, a co było mapą — nie bazy, lecz zachowania. Ktoś, dawno, rysował na ścianach trasy. Trasy Czatowników. Godziny żeru. Punkty oznaczone jednym, powtarzającym się słowem, które ktoś pisał coraz niedbalej, aż przestał: karmienie.
Hensa czytała terminal, i Mark patrzył na jej twarz, nie na ekran, bo twarz mówiła więcej. Nie było na niej zdziwienia. Był na niej rodzaj potwierdzenia — jakby czytała coś, o czym już słyszała, i sprawdzała tylko, czy się zgadza.
— Ty wiedziałaś — powiedział Mark cicho.
Hensa nie przestała czytać.
— Wiedziałam, że broker płaci za dużo za zwykły odzysk — powiedziała. — Wiedziałam, że za rejestratorem stoi coś, czego nie chce nazwać. Nie wiedziałam czego. — Przesunęła zapis. — Teraz wiem. I to niczego nie zmienia. Dalej mam go wynieść. Bo jak wrócę bez niego, to Grin zginął za nic, a ja nie umiem pracować z „za nic".
Terminal pokazał to prostym, wojskowym językiem, który był gorszy niż krzyk. Ostatni kierownik placówki, głosem człowieka, który wie, że to jego ostatnie nagranie, i mówi mimo to, bo wojskowy nawyk każe raportować nawet własny koniec: ...do dowództwa, którego już nie ma. Program Rdzawe Żebra, raport końcowy. Nie stworzyliśmy ich. Chcę, żeby to było jasne w zapisie — nie stworzyliśmy ich. Znaleźliśmy je tu, w ciepłych sektorach, już gnieżdżące się, już polujące na wszystko, co weszło nieproszone. Uznaliśmy to za zasób. Żywa zapora. Nikt nie przejdzie przez P-14, kogo nie wpuścimy, bo P-14 pilnuje się samo. Dokarmialiśmy gniazdo. Kierowaliśmy je. Uczyliśmy je, gdzie wolno, a gdzie nie... — Szum. — ...program przerósł karmienie. Urosło ponad to, co umieliśmy nakarmić i skierować. I kiedy zabrakło tego, co im dawaliśmy, zaczęły brać to, co było pod ręką. Nas. — Dłuższy szum. — Zostawiam zasilanie i czujniki włączone. Nie po to, żeby ktoś wrócił. Po to, żeby jak wejdzie, zobaczył, że światło się pali, i pomyślał, że tu bezpiecznie. Przepraszam. To jedyne kłamstwo, które mogę zostawić w spadku...
Zapis się urwał. Nikt nie powiedział nic przez chwilę, w której baza osiadła o milimetr.
— Oni to wyhodowali — powiedział Corm w końcu, przez jedno słyszące ucho. — Trzymali to na smyczy i karmili, a potem to zjadło smycz. I zostawili zapalone światło, żeby zjadło i nas.
— Nie wyhodowali — powiedziała Sael. — Znaleźli i wykorzystali. To gorzej. Wyhodować można przez pomyłkę. To był pomysł.
Mark położył dłoń na ścianie laboratorium i poczuł, jak baza oddycha pod nim, i jak gdzieś niżej, w centrali, w najcieplejszym sektorze, gniazdo oddycha razem z nią — dziesiątki oddechów, dorosłych i mniejszych. Gniazdo zajęło centralę, bo centrala była najcieplejsza, nie dlatego, że coś tam pilnowało. Rejestrator leżał w sercu gniazda przez zbieżność, nie przez zamiar. A ludzie, jak zawsze, wzięli zbieżność za znaczenie, i zapłacili za to pomyłkę.
To było trzecie, co stracili, i najgorsze: złudzenie, że są tu po coś czystego. Weszli do grobu ludzi, którzy sami go wykopali, a jedyna droga na zewnątrz prowadziła przez samo serce tego, co tamci dokarmiali.
VII. Gniazdo
Centrala była ciepła, i to ciepło było obrzydliwe.
Po raz pierwszy od doku było im ciepło, i żadne z nich się z tego nie ucieszyło, bo to ciepło nie było ratunkiem — było oddechem. Powietrze w centrali stało gęste, cuchnące stęchłym amoniakiem z martwego chłodziwa i czymś pod spodem, słodkawym, ciężkim, zapachem przegrzanej biologii, który wchodził w gardło i nie chciał wyjść. Po ścianach i podłodze ciągnęły się zwały czarnej, parującej wydzieliny. Płyty serwisowe — zdarte ze wszystkich ścian bazy i zniesione tu przez pokolenia — ułożone były w kopce, niskie, faliste, ciepłe, i w kopcach coś się ruszało.
Nie jaja. Nie larwy. Młode. Smuklejsze od dorosłych, szybsze, wielkości psa, poruszające się nie pojedynczo, lecz chmarą, jak garść stalowych kleszczy wysypana na podłogę — i tam, gdzie przechodziły po metalu, zostawały matowe, wyżarte smugi, bo to, czym młode broniły się i żywiły, parzyło jak kwas. Nie atakowały frontem. Przelewały się przy nogach, próbując kombinezonów, zmuszając ekipę do ciągłego ruchu, bo kto stanął, temu kleszcze zaczynały wyjadać podeszwę i kostkę. Trzeba było iść. Cały czas iść.
A dorosłe były ścianą, sufitem, konsolą, zaworem — do chwili, w której przestawały nimi być.
Rejestrator leżał na konsoli w centrum, tam gdzie go zostawiono sześćdziesiąt lat temu — moduł wielkości torby, matowy, martwy, z niepełnym zapisem, którego nikt tu już nigdy nie odczyta w całości. I Hensa, która przez całą drogę nie zmieniła jednej rzeczy — że artefakt był wart więcej niż ludzie, nawet teraz, może zwłaszcza teraz, bo gdyby wyszła z pustymi rękami, to Grin, i Corm, i powietrze, i wszystko, byłoby za nic — Hensa poszła po niego pierwsza, między kopcami, po parzącej podłodze, odpychając kleszcze kolbą pistoletu.
Doszła. Wzięła moduł w obie ręce. I w tej samej chwili dorosły Czatownik, który był krawędzią konsoli, przestał nią być.
Ogon trafił ją w bok, kolec wszedł głęboko, pod żebra, i Hensa nie puściła. Padła na kolana, przyciskając moduł do piersi, i jad zaczął iść w górę — w przeponę, w płuca — i próbowała czołgać się z powrotem, ku nim, ku wyjściu, z rejestratorem w objęciach, zostawiając na parującej podłodze smugę, która nie była tylko krwią. Tovey rzuciła się ku niej z igłą, z jedną z dwóch, przez kleszcze, przez kwas, i Mark krzyknął, że za późno, że jad jest już w płucach, że to zmarnowana dawka — i miał rację, i Hensa też to wiedziała.
— Nie na mnie — wydusiła Hensa, i to było najjaśniejsze, co powiedziała, odkąd weszli. — Na kogoś, kto... wyjdzie. — Spojrzała na moduł w swoich rękach, na rzecz, dla której to zrobiła, i coś w jej twarzy się załamało, bo zrozumiała, w ostatniej chwili, że nie wyniesie go nikt. — Powiedzcie brokerowi... — ale drugi Czatownik zabrał ją całą, razem z modułem, w kopiec, w ciemność, i nie było już ani Hensy, ani dowodu, ani końca zdania.
Tovey stała z igłą w ręce, nad pustym miejscem, w którym przed chwilą klęczała Hensa, i Mark zobaczył, że medyczka podejmuje decyzję, którą medyczka podejmuje raz w życiu. Odwróciła się — nie ku Cormowi, nie ku Sael, ku niemu — i wbiła igłę w jego udo, zanim zdążył zrozumieć, że ogon, który minął go o centymetry przy konsoli, jednak go nie minął, że ma w nodze rankę, której nie poczuł w gorączce adrenaliny, że jad już w nim jest.
Odepchnął ją. Odruchowo, ze złością, bo nie chciał, nie kosztem jej, nie kosztem ostatniej —
— Nie — powiedział. — Tovey, nie na mnie, daj to komuś, kto —
— Ty wyprowadzisz Sael — powiedziała Tovey, i wcisnęła tłok do końca, z siłą zdesperowanej medyczki, która wie, że ma rację i ma na to trzy sekundy. — Albo ona ciebie. Ty czytasz ściany, ona wiąże liny. Beze mnie wyjdziecie. Beze was dwojga nikt. — Wyjęła pustą igłę z jego uda i odrzuciła ją w kopiec, żeby nie było pokusy, żeby nie było sporu o ostatnią, której już nie było. — Ja nikogo już nie wyprowadzę. Patrzyłam, jak kończy się moja poprzednia ekipa, i tym razem przynajmniej wybiorę, na kogo pójdzie ostatnia dawka. — Uśmiechnęła się uśmiechem Grina. — Wpiszcie mi dobry procent, jak zobaczycie assessora.
Została przy kopcu, osłaniając ich odwrót tym, co jej zostało — lampą Grina, którą wyjęła z torby i zapaliła, i rzuciła w drugą stronę centrali, żeby ciepło i ruch światła poszły tam, nie za nimi. Nikt nie widział dokładnie, jak zginęła, i to było jej jedyne miłosierdzie.
Zostało ich troje. Potem dwoje. Corm — głuchy, ranny Corm, który nie wierzył w potwory, póki jednego nie zobaczył dwa metry nad sobą — stanął w gardzieli centrali, w jedynym miejscu, gdzie dwa korytarze schodziły się w jeden, i zatrzymał to, co szło za Markiem i Sael. Nie bronią; bronią nie dało się. Łomem ryglowym, w szczelinę płyty, w jedyne miejsce, gdzie chityna była miękka. Mark, cofając się, słyszał to za sobą — chrzęst łamanej chityny i chrzęst łamanego metalu, pękające żebra, które mogły być żebrami stwora albo żebrami Corma, nie dało się rozróżnić, i może na końcu to było to samo — i słyszał głos Corma, który między jednym uderzeniem a drugim krzyczał coś, co brzmiało jak śmiech albo jak przekleństwo pod adresem wszystkich wróżek świata, i który urwał się nie na krzyku, lecz w pół słowa, jak urywa się nagranie, któremu skończyła się cela.
Ten jeden bój kupił Markowi i Sael dziesięć kroków. Dziesięć kroków wystarczyło, żeby wypaść z centrali w chłodny korytarz badawczy, zatrzasnąć za sobą grodź i usłyszeć, jak po drugiej stronie gniazdo uderza w metal całym ciężarem naraz — i nie przebija się, jeszcze nie. Ale liczenie, które Mark prowadził od doku, miało jeszcze jedną pozycję, o której nie wiedział. Nie wszystkie dorosłe były w centrali.
VIII. Wyjście
Nie zabili gniazda. Gniazda się nie zabija. Gniazdo się zamyka — i to też kosztuje, i to też nie jest tym samym co bezpieczeństwo.
Dotarli do kolektora chłodziwa amoniakalnego, martwego serca bazy, które dawna załoga trzymała jako granicę gniazda. Mark zrobił to, do czego służył — przeczytał bazę: które grodzie puszczą i w jakiej kolejności, które rygle są słabe, gdzie jeden spadek ciśnienia pociągnie całą sekcję. Sael zrobiła to, do czego służyła — wzięła liny, kontrnapięcia i wiedzę o progach, i zbroiła kaskadę. Nie pułapkę na jednego potwora. Pułapkę na całą drogę, którą za nimi szło gniazdo.
Zajęło to więcej niż jeden ruch. Każdy etap otwierał Czatownikom nową drogę, i trzeba było każdą policzyć, zanim się ją otworzyło. Mark wskazywał rygiel; Sael go zbroiła; a kiedy go zbroiła, powstawała luka gdzie indziej, i z luki szedł oddech, i trzeba było zdążyć z następnym ryglem, zanim oddech dojdzie. Pracowali tak, jak pracuje się razem po latach — on mówił „ten", ona już trzymała linę, on mówił „nie ten", ona już cofała dłoń — i żadne nie mówiło o tym, że są we dwoje, bo liczenie było teraz tylko ich.
Na końcu zwabili gniazdo ciepłem. Nie mieli już ładunków, więc Mark otworzył martwy przewód grzejny i puścił w gardło kolektora ostatnią resztkę ciepła w całej bazie, i gniazdo poszło na nie, bo gniazdo zawsze idzie na ciepło. Dziesiątki smukłych ciał wlały się w sektor za nimi, dorosłe i młode, chmara kleszczy i cienie w kratownicy. Sael pociągnęła główną linę; Mark otworzył zrzut chłodziwa. Amoniak wypełnił kolektor — toksyczny, duszący, w temperaturze, w której wszystko żywe zwalnia i gaśnie — a kaskada ryglowa poszła po kolei, grodź po grodzi, dokładnie tak, jak Mark przeczytał. Sektor gniazda zamknął się: rozhermetyzowany, zatruty, odcięty od reszty P-14 na stałe.
I wtedy, w ciszy po zatrzaśnięciu ostatniej grodzi, usłyszeli pojedynczy oddech. Nie za grodzią. Przed nimi. Między nimi a dokiem.
— Jeden nie poszedł na ciepło — powiedziała Sael, bardzo cicho, nie odwracając głowy.
Dorosły. Duży, stary, ze zmatowiałym pancerzem w bliznach po innych zdobyczach — ten, który nie dał się zwabić, bo nauczył się, dawno, że ciepło w kolektorze kłamie. Był w górnych korytarzach przez cały czas, polując nie na gniazdo, lecz na nich, i teraz, kiedy droga powrotna została im jedna, stał na niej. Nie w świetle. Nie w pełnym cieniu. W ożebrowaniu ściany tuż za załomem, tak że widzieli tylko krawędź — rygiel, który nie był ryglem.
Nie mieli już czym go zabić. Łom został przy Cormie. Kolce poszły w wodę. Ładunki się skończyły. Zostali im: lina, baza, i to, co Mark umiał z niej przeczytać.
— Gna nas do doku — powiedział Mark. — Dobrze. My też tam idziemy. — Dotknął ściany, poczuł, policzył. — Prowadzę. Trzymaj się za mną o pół kroku i rób dokładnie to, co powiem, nawet jak powiem coś, co nie ma sensu.
Poszli, i stwór szedł z nimi — nie za nimi, obok, tak jak szedł z dronem: raz w suficie, raz w grodzi po prawej, raz zniknął zupełnie, i to zniknięcie było gorsze niż obecność. Mark prowadził ich nie najkrótszą drogą, lecz najciaśniejszą — przez przewężenia, w których stwór nie mógł się rozpędzić, przez miejsca, gdzie Sael, idąc tyłem, rozpinała za nimi cienką linkę na wysokości stawu skokowego, nie po to, żeby go powstrzymać, bo nic by go nie powstrzymało, lecz żeby wiedzieć, w której sekundzie przekroczy próg. Dwa razy linka drgnęła. Dwa razy Mark kazał im paść, i dwa razy coś przeszło nad nimi, i dwa razy wstali i poszli dalej, bo stanąć znaczyło umrzeć.
W doku, pod tablicą, która żarzyła się tak samo jak sześć godzin i cztery śmierci temu — BEZPIECZEŃSTWO TO WSPÓLNA WACHTA — stwór przestał się bawić. Wyszedł z ożebrowania na otwartą płytę, między nimi a holownikiem, smukły, mokry, cały, i Mark zobaczył, że nie zdążą do kabiny, zanim on zdąży do nich.
— Śluza — powiedział, i to było wszystko, co zdążył powiedzieć, bo Sael już wiedziała.
Rzuciła się nie do holownika, lecz do panelu zewnętrznej śluzy dokowej — wrót, przez które wjechali, wielkich, dwuczęściowych, obsługiwanych cyklem ciśnieniowym, który Mark znał na pamięć, bo to była pierwsza rzecz, którą przeczytał po wejściu. Krzyknął jej sekwencję — wewnętrzne otworzyć, zewnętrzne trzymać, czekać na zrównanie — a sam ruszył w bok, w światło, w którym nie wolno stawać, i stanął w nim, w świetle śluzy, i zadrgał, i był ciepły i ruchomy, bo tego właśnie stwór szukał.
Stwór skoczył na niego. I Mark — który nie widział przyszłości, tylko odczytał ze ścian i z ustawienia stwora, w którą stronę najpewniej padnie skok, i mógł się mylić, i wiedział, że może się mylić — nie był już tam, gdzie skoczył stwór. Rzucił się w bok, na płytę, pod linię ruchu, bo zgadł dobrze; gdyby zgadł źle, zginąłby, i to była cała różnica między nim a assessorem, który dałby na to procent. A Sael domknęła wewnętrzne wrota śluzy dokładnie w chwili, w której Czatownik wpadł w jej gardło za fałszywą, ciepłą, ruchomą zdobyczą. Wewnętrzne wrota zamknęły się za nim. Stwór był w śluzie. Oni byli po właściwej stronie.
Nie zabili go. Śluza nie zabija — otwiera. Sael otworzyła zewnętrzne wrota prosto w sztorm, i różnica ciśnień między nagrzaną komorą a mroźną nawałnicą na zewnątrz wyrwała z niej wszystko, co nie było przykręcone — szron, lód, i jedno smukłe, ciężkie ciało, które przez ułamek sekundy czepiało się jeszcze kraty pazurami, a potem sztorm porwał je w biel, w minus sześćdziesiąt, w wiatr, który nie znał litości dla niczego, co wyszło z ciepła.
Przez grubą szybę wziernika śluzy, zanim Sael domknęła cykl, zobaczyli go ostatni raz. Nie zginął od razu. Leżał na lodzie za wrotami, w białej ścianie, podkurczony, zwalniający w mrozie — i podniósł głowę, i obrócił aparat gębowy ku szybie, ku nim, i przez tę jedną sekundę patrzył, nie z nienawiścią, bo stwór nie zna nienawiści, lecz z tym samym cierpliwym rachunkiem, z jakim żebro patrzyło na drona: jakby liczył, czy jeszcze zdąży. Potem sztorm go przykrył, i nie dało się powiedzieć, czy zamarzł, czy odszedł, i to było wszystko, czego się o P-14 dowiedzieli na pewno: że nawet zapieczętowana, nawet zatruta, baza wypuściła na lód jedną rzecz, której nikt już nie policzy.
— Jeden wyszedł — powiedziała Sael, patrząc w biel za szybą.
— Wiem — powiedział Mark. — Nie wpiszemy tego do raportu. — Spojrzał na nią. — Bo gdyby ktoś przeczytał, że z P-14 coś wychodzi na powierzchnię, przyszłoby tu wojsko, i zginęłoby więcej ludzi, niż wyszło Czatowników.
Weszli do holownika. Maszyna zadławiła się w mrozie, złapała, i wywiozła ich dwoje w sam środek sztormu — tego samego, który do tej pory słyszeli tylko jako tętno w konstrukcji, a który na powierzchni okazał się tym, czym był naprawdę: białą ścianą bez dna i bez góry.
Dopiero kilometr od bazy, kiedy rdzawe żebra P-14 zniknęły w bieli za nimi, Mark kazał Sael zatrzymać holownik. Nie dlatego, że było bezpiecznie. Dlatego, że przestali uciekać, a człowiek, który przestaje uciekać, musi gdzieś postawić nogę. Siedzieli w kabinie, w wyjącym wietrze, kapała z nich woda z P-14, która natychmiast zamarzała, i przez długą chwilę żadne nie powiedziało nic.
— Davik był mi winien wachtę powietrza — odezwała się w końcu Sael. — Nie oddał. Corm wreszcie się ze mną zgodził, że trzeba cię słuchać, i zaraz potem umarł. Tovey wybrała, komu da ostatnią igłę, i wybrała ciebie, nie siebie. Hensa nie puściła czegoś, co i tak przepadło. — Patrzyła w biel. — Czworo. W osiem godzin, które trwały dłużej niż niejedna zima.
— Wiem — powiedział Mark. Nie miał nic więcej. Czasem „wiem" jest całą żałobą, na jaką starcza człowiekowi, który jeszcze nie dojechał.
Sael sięgnęła pod kombinezon i wyjęła jedyną rzecz, jaką przyniosła z centrali — odłamek modułu, który odpadł, gdy Hensa go upuszczała. Obróciła go w świetle: matowy, martwy, pęknięty.
— Nie ma na nim nic — powiedziała, rzeczowo, jak czyta się odczyt. — Żadnej mapy. Żadnego klucza. Żadnej współrzędnej. Nawet nie całego zdania tamtego kierownika. Po tym nikt do niczego nie dojdzie. To tylko dowód, że oficjalna wersja kłamie. — Zamknęła go w dłoni. — Czyli dokładnie tyle, ile trzeba, żeby nikt go nie chciał na tyle mocno, by tu wrócić — i żebyśmy my wiedzieli, czego nie wpisać do raportu.
— A co wpiszemy?
— Że była awaria. Że był sztorm. Że baza się zawaliła i nie warto wracać. — Schowała odłamek głęboko. — Żadnej pełnej mapy w jednej ręce, Mark. A tu nawet nie ma pełnej mapy w ogóle. I nikt się nie dowie, że P-14 jeszcze żyje. Bo gdyby się dowiedzieli, przyszliby następni. I znów ktoś liczyłby do zera.
Ruszyli. Droga przez sztorm do miejsca zbiórki zajęła im resztę tego, co zostało Markowi z gorączki — holownik szedł po omacku, po tym, co Sael pamiętała z mapy, i po tym, co Mark czuł w drganiach lodu pod gąsienicami. Dojechali na kilka godzin przed tym, nim główna grupa — ludzie, o których nic nie wiedzieli, assessor, o którego istnieniu nie mieli pojęcia — miała zejść pod inny lód, w inną katastrofę. Zajechali do osady od strony, z której nikt nie przyjeżdża, zostawili holownik przy obcych pojazdach, i weszli do hali, w której zbierano właśnie konwój.
Nikt ich nie zapytał, skąd przyszli. Byli dwojgiem Strażników Śladu — przychodzą, kiedy coś pod lodem przyciąga za dużo rąk, i nikt nie oczekuje, że powiedzą, gdzie byli wczoraj. Mark stanął przy stole mapowym i położył dłoń nad schematem, nie dotykając go, czytając go tak, jak czytał wszystko, i nikt nie zauważył, że dłoń ma świeżą bliznę i że drży mu bardziej, niż powinna. Sael stanęła bokiem do drzwi, nigdy w świetle śluzy, z grzebieniem zmatowiałym od amoniaku, którego nikt tu nie umiał rozpoznać. Mieli na skafandrach szron, który nie był z tego sztormu. Mieli w sobie czworo nazwisk. I nie powiedzieli żadnego.
Nie było zwycięstwa. Było czworo ludzi, którzy weszli i nie wyszli — Davik, który chciał być lżejszy; Corm, który za późno uwierzył i stanął w gardzieli; Tovey, która wybrała, na kogo pójdzie ostatnia dawka; Hensa, która nie puściła dowodu nawet umierając. Była baza bardziej śmiertelna niż przedtem — zatruta, rozhermetyzowana, z nowym przebiciem, z gniazdem zapieczętowanym w ciemności i z jednym dorosłym gdzieś na lodzie, którego nikt już nie policzy. I była ta jedna rzecz, którą Strażnicy wynieśli i której nie oddali: nie artefakt, lecz zasada, sprawdzona kolejny raz ciałem, cudzą śmiercią i czworgiem nazwisk, których nie ma w żadnym oficjalnym zapisie.
Żywi przed dowodem.
Mark niósł gorączkę, która miała go opuścić, bliznę, która miała zostać, i jeden niepewny przebłysk, którego nie umiał nazwać i nie próbował. Sael niosła odłamek, na którym nie było nic poza dowodem kłamstwa, i czworo nazwisk, których nie było w żadnym oficjalnym raporcie, i których żadne z nich nigdy nie wymazało.
A P-14 „Rdzawe Żebra" została za nimi — martwa i pełna, zamknięta i nie pusta, z zapalonym światłem w doku, które ktoś sześćdziesiąt lat temu zostawił włączone, żeby następny pomyślał, że tu bezpiecznie. I z jednym nowym śladem na śniegu przy zewnętrznej śluzie, który sztorm właśnie zasypywał — i którego do wiosny nikt nie miał zobaczyć. Czekająca, jak czeka wszystko na Kharos-9, aż ktoś znów uwierzy, że pod lodem jest coś, co warto stamtąd wyrwać.



